niedziela, 12 grudnia 2004



Tym razem udało nam sie zebrać i mimo zupełnej flauty udaliśmy sie w jedyne właściwe miejsce na rollsa czyli pod pomnik przy porcie Praskim. Pojawił sie Qter, Hevi, Chrabcio z kolega no i ja. Na miejscu również nie uświadczyliśmy większych podmuchów, ale nie przeszkodziło nam to fajnie sie bobawić i troszke zmęczyć. .


Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

niedziela, 24 października 2004

Wietrzna jesień


I kolejny dzień tej jesieni, w który kilku osobom udało się jeszcze popływać. Kilka słów o tym jak było spłodził Konrad. .

Jesień w tym roku rozpieszcza nas słoneczną, cieplutką pogodą. Dla nas najważniejszy jest jednak wiatr. Na Winguru eksperymentalnym zapowiadali 21 węzłów. Niektórzy ruszyli w poszukiwaniu wiatru nad Zatokę. Nasza mała gromadka w składzie Ja, Hevi i Qter, która pozostała w Wawie postanowiła pojechać nad Zegrze. W niedzielny poranek po wystawieniu głowy za okno i sprawdzeniu w serwisach czy będzie wiało szybko podjęliśmy decyzje że ruszamy. Z Hevim umówiłem się o 11 na WKS. Jadąc przez Nieporęt zgarnąłem kolegę Michała, który przez uszkodzone kolano nie mógł pływać, pełnił więc role kamerzysty. Jego pierwszy filmik będzie można zobaczyć już wkrótce. Po jedenastej zameldowałem się na miejscu. Hevi, który dojechał wcześniej nie tracił czasu i rozkładał swoje zabawki. Nie mając swojego żagielka 6,9 zainstalował Disco 5,4 na deseczce 102litry ja zaś popływałem z 6,2 na 121 litrów. Qter który dojechał do nas po godzinie pływał na obydwu na zmianę .Jak zwykle na Zegrzu zamiast równego wiatru były kopy od 2 do 5 B ale i tak super się pływało. Jedynym mankamentem byli wędkarze w łódkach, którzy skutecznie uniemożliwiali wypłynięcie z brzegu. Dopiero po mega-awanturze gdy niechcący jeden kolega przejechał po ich żyłkach zrobili nam trochę miejsca. Na wodzie było kilkadziesiąt desek, z dzikiej startowali formularze na żaglach ok.9,8m2 na WKS dominowały jednak bardziej poręczne zestawy. Jak na październik to były prawdziwe Hawaje dopisało słoneczko i 20 stopni ciepła, a woda miała ok. 10 stopni i przede wszystkim wiało. Dla mnie był to kolejny mały kroczek w nauce pływania ślizgowego w strapach. Oczywiście nie obeszło się bez strat w sprzęcie. Zaliczyliśmy po jednej dziurze w żaglach razem z Hevim.
Pokaż całość ...

czwartek, 7 października 2004

Historia pewnej zimy czyli jak (z)budowałem sobie rollsa....

Wielu zastanawia się nad pozasezonowymi alternatywami dla windsurfingu. I wielu zapewne słyszało o rollboardzie, ale nie wielu zdaje sobie sprawe, że zrobić go można naprawde niewielkim nakładem pracy i finansów.


WSTĘP

Tak, jak mówi tytuł.. zacząłem w zimie (2003/2004) myśleć o budowie rollsa.... W okresie letnim nie ma czasu na "pierdoły" - wiec została tylko zima... Wcześniej miałem możliwość spróbowania jazdy na rolsie Gałązka - i ogólnie mi się podobało... więc czemu nie mógł bym mieć własnego ?

ROZWINIĘCIE

Całą pracę zacząłem od "porządnego" przygotowania się merytorycznego pod względem budowy. Przeszukiwałem więc Internet ściągając zdjęcia i filmy z jazdy na rollsie a następnie je analizowałem... Zgromadziłem materiały - pojechałem więc do supermarketu budowlanego i kupiłem płachtę sklejki wodoodpornej (120x35x2.5cm) pędzle, bejce, lakier bezbarwny do wymalowań zewnętrznych, zamierzałem użyć zwrotnice (trucki) od starej deskorolki, oraz kółka od hulajnogi kupione na wyprzedaży w jednym z supermarketu... i się zaczęło.

BUDOWA

Wycięcie kształtu - Aby rolls był w miarę symetryczny z papieru wyciąłem sobie "krzywik" a następnie odrysowałem go na sklejce (foto 1 - 3).


foto 1


foto 2



foto 3

Następnym krokiem było wycięcie kształtu - w tym celu posłużyła mi pożyczona od kolegi wyrzynarka za co jestem mu dozgonnie wdzięczny... (foto 4)


foto 4

Użycie wyżynarki zaoszczędziło mi kupę czasu. Cala operacja wyciecia kształtu nie zabrała mi więcej niż 15min. (foto 5).


foto 5

Te dwa klocki widoczne na zdjęciu (foto 5) posłużyły mi za podstawę do zwrotnic. Następnym krokiem było pomalowanie sklejki bejca - dwukrotnie (foto 6 i foto 7).


foto 6


foto 7

W dalszej cześć zabrałem się za grafikę. W tym celu użyłem farb modelarskich. Po położeniu grafiki całość pomalowałem dwukrotnie lakierem bezbarwnym do wymalowań zewnętrznych (foto 8, foto9, foto10).


foto 8


foto 9


foto 10

Następnie wywierciłem otwory pod zwrotnice - i tu pierwsza uwaga - powinienem to zrobić przed malowaniem - wiercenie w pomalowanej sklejce może uszkodzić grafikę - ale to tylko kwestia estetyki.... Tylna zwrotnica znajduje się maksymalnie z tylu, przednia ma możliwość regulacji co 10cm. Miejsce na przymocowanie palety jest również regulowane co 5 cm.. Po tych wszystkich zabiegach przyszła pora na testy (fofo 11-14).



foto 11


foto 12


foto 13


foto 14

Po testach wyszły dwa poważne niedociągnięcia: deck był strasznie ślizgi oraz cały rolls był miękki - uginał się niebezpiecznie pod moim ciężarem - mimo tego ze sklejka która użyłem ma 2,5 cm. grubości. Wróciłem wiec do domu i rozpocząłem tunning. Aby rolls nie uginał się tak bardzo (co widać na foto15) zamontowałem od spodu dwie równolegle do siebie biegnące szyny metalowe w kształcie litery L (foto 16 i foto 17). Pozwoliło to na znaczne zwiększenie sztywności wzdłużnej rollsa (foto 18).


foto 15



foto 16


foto 17


foto 18

Aby zmniejszyć śliskość pokładu w sklepie z deskorolkami kupiłem płachtę papieru na deck. Po kolejnych testach okazało się że rozstaw osi jest za mały. Znajomy ślusarz dotoczył więc dwa pręty, które przymocowałem do deskorolkowych trucków za pomocą ścisków kablowych kupionych w supermarkecie budowlanym. (zdjęcia 19 - 21).


foto 19


foto 20


foto 21

Odkręciłem również stalowe wzmocnienia aby rolls był bardziej miękki (okazało się, że na miekkim rollsie jeżdzi sie przyjemniej ;)).


foto 22

Pokaż całość ...

środa, 22 września 2004

Debiut Konrada ...:)


Kolejny dzień z dwudniowego pływanka na Zegrzu ...

Tym razem umawialiśmy się już od poniedziałku na początku miał być Dobrzyń nad Wisłą, ale kierując się prognozą zdecydowaliśmy się na Zegrze. Zresztą tak bliziutko a pogoda zapowiadała się super i nawet ci, którym urlopu nie dali i musieli wrócić do pracy po południu mogli spędzić tu super dzień. Około 9 rano Muki pojawił się u mnie pod blokiem, szybkie pakowanie sprzętu do auta i w drogę. Ze względu na kierunek wiatru południowo-zachodni wybraliśmy znaną już miejscówkę na WKSie. Przejeżdżając koło Qlubu na dzikiej potwierdza się trafność wyboru, tutaj prawie nie widać śladu wiatru. Dojeżdżamy na WKS tam już jest Dzioman na wodzie na żagielku 7m2.Bez zbytniego pośpiechu rozkładamy sprzęt, a wiatr powoli się wzmaga. Muki wciąga na maszt swoje poklejone Disco 6,4, szybkie klejenie rozerwanego monofilmu i gotowe. Ja wciągam 6,2 i dalej na wodę. Troszkę pływania i z Mukim spływamy na ciepłą herbatkę.





W między czasie dobija do nas Hubert z Ufolem. Mały odpoczynek, chłopaki się rozkładają i razem schodzimy na wodę. Czas mija a wiatr z małymi przerwami na odpoczynek nie przestaje, wieje cały czas pomiędzy 4 a 5 Bft. Od czasu do czasu padał deszcz pierwszy jesienny deszczyk. O 15 zmęczeni zwinęliśmy sprzęt i ruszyliśmy do domku. Ja zaliczyłem kolejny dzień fajnego pływania, ale niestety w większości czasu w wodzie a nie na desce. Straty- zgięta przedłużka stopy masztu z resztą po efektownym skoku Dziomana. A oto zdjęcia, które udało się nam zrobić.

Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

wtorek, 21 września 2004

Strzał znikąd


Koniec sezonu coraz bliżej. Udało się wyrwać jeszcze dwa dni pływania. Woda już dosyć chłodna, powietrze spada poniżej 10 st. Czy to już nasze ostatnie pływanie ... ?



Dnia disiejszego przewidziałem sytuacje i pozwoliłem sobie wziąść urlop. Zaczęłem powoli zdawać sobie sprawe, że zbliża się już koniec sezonu i jeśli teraz się nie wypływam, to w tym roku już nie będę miał okazji. Niestey nikt inny nie mógł się zerwać wiec pojawiła się obawa, że nad wode będe musiał jechać sam. Obiecująco wyglądał również Dobrzyń, ale niestety samemu nie chciało mi się dymać taki kawał. Rano po pobudce na dworzu jeszcze było spokojnie ale raporty z lotnisk pokazywały stopniowy wzrost siły wiatru. Nauczony doświadczeniem pakowałem się w fure biorąc nawet 4.6.Nad wodą byłem około 10 rano i zastałem 1 w porywach do 2B i Dziomana puszczającego latawiec. Powoli jednak zaczęło się coś dziać. Bez pośpiechu zaczęliśmy taklować największe szmaty (ja 6.4, Dzioman 7.2) jednak zaczęliśmy mieć wątpliwości czy jednak nie założyć czegoś mniejszego. Po 30 min na wodzie decyzja zapadła. Zakładamy mniejsze szmatki. Lataliśmy więc cały przedpołudnie na żagielkach w granicach 5.5. Ja za namową Dziomana przymierzyłem sie nawet do vulcana (podstawa to przełamać się psychocznie), ale nie udało mi się ani razu zmusić deseczki do podążania w powietrzu za mna :) Około gdzodziny 14 przyszedł piorunujący wiaterek, który zmusił nas do ucieczki z wody i przeczekania nawałnicy na brzegu. Efekty wiaterku widać na załączonych fotach. Na wodzie o dziwo było tylko kilka żagielków, a w WKSie tylko my dwaj. Zwijać zaczęliśmy sie chwile po 15 gdy wiaterek suabilizował sie na jakies 4B.Woda jest rzeczywiście już chłodniejsza, ale temperatura powietrza pozostawia jeszcze więcej do życzenia.

Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

środa, 8 września 2004

Piękne dmuchanie ...



Dziś zaskoczyły nas piękne warunki na zegrzu. Słońce, ciepło i 6B. Takich dni wiele nie ma w tych stronach. Pozwoliłem sobie na zrobienie kilku fotek i opisanie w kilku słowach tego dnia.



Tym razem prognoza wyglądała optymistycznie już dłuższy czas. Jak zwykle pakowanie fury już dzień wcześniej, aby móc jechać prosto z roboty. Nad wodą byłem juz po 14. Wiało side shore na dzikiej więc pomyslałem, że jeszcze lepiej bedzie w WKSie. Jednak się zawiodłem. Szybki powrót na dziką i taklowanie tego co miałem najmniejsze czyli 5.4.Szybko zacząłem kląć, że nie wzięłem 4.6. Zanim zszedłem na wode pojawił sie Zbrochaty (kolega z grupy), który szybko zaczął narzekać na nadmiar monofilmu. Ja również będac na wodzie zaczęłem naprawde marzyć o lejwie i żagielku 4.6, które to leżały sobie spokojnie w domu. No cóż wypadało walczyć na tym co się miało. W czasie przerwy w pływaniu spotkałem Tadka, który pływał od rana i był już u resztek sił. Po jakiejś godzince mojej walki z wiatrem, pojawił się Ufo z Jarkiem i Martinezz.Według raportów Martinezza wiało 5+ do 7B. Walczyliśmy dzielnie do 19. Wtedy wiaterek siadł i ustabilizował sie w granicach 3+,4B. Zaczęło się robić ciemno więc pakowanko i zmęczeni zaczęliśmy się rozjeżdzać do domków. Był to piękny dzień na Zegrzu i szkoda, że nie przygotowaliśmy się do niego sprzętowo. Udało sie nawet zrobić kilka fajnych fotek więc zapraszam do obejrzenia galerii.

Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

środa, 25 sierpnia 2004

Maraton po ślizg

Wczoraj w nocy wróciliśmy z szaleńczej wyprawy na wybrzeże. Kierowani super prognozą, kombinowaliśmy wolne, braliśmy wavowy sprzęt i troszkę się przejechaliśmy. Relacyjkę spłodził WiR, zdjęcia robiłem ja więc jest co poczytać i pooglądać. Ja dodam od siebie tylko tyle, że spotkaliśmy sporo osób (Megi, Alda, Muzyk, Szczypes, Jastu, Zioło i jeszcze kilka innych ) Dla wszystkich najserdeczniejsze pozdrowienia.



Pisze, żeby dąć radość tym wszystkim, którzy olali ostatnie rewelacyjne prognozy i spędzili milo czas w pracy albo w domu :) Razem z Mukim postanowiliśmy jechać na srode/czwartek na Hel - oczywiście ze względu na super prognozy, trochę szkoda, ze z południowych kierunków i na Zatokę, no ale ważne, ze takie stabilne te prognozy i 20kts pokazują i w ogóle super. We wtorek wydarłem wręcz 2 dni urlopu, poza tym kombinowałem jak koń pod gore, czy aby na pewno Chałupy. A może Rowy? A może przynajmniej Jastarnia, jeśli już plw. Ponieważ nie trzymam sprzętu w domu, wiec po pracy we wtorek pojechałem po cały ten bajzel do Martineza (w tym sporcie sprzętu jest stanowczo, stanowczo za dużo:). Wróciłem od niego po 22 - jeszcze spakowałem kilka rzeczy na te 2 dni, przygotowałem namiot, śpiwór i inne duperele. No i przed 24 spać. Pobudka o 3:40, szybkie śniadanie, prysznic i w drogę - tzn. najpierw jeszcze 30 minut ładowania całego tego gówna na samochód. O 5 rano wylądowałem u Mukiego na Tarchominie - pakowanie wszystkiego na jego samochód zakończyliśmy ok 6 .... i po tak mile spędzonym poranku, rura na Hel.


Po drodze jeszcze krotka przerwa w rodzinnym Działdowie Mukiego (trzeba przecież zabrać jego wave'wowke i 4.6, bo na pewno się przyda) i 'już' o 11 byliśmy w 3-city. O kurna - fajnie się prognoza sprawdziła, ale wieje super. No jednak południe - no jednak tak, ale i tak jest git. No to po kawce w McDonalds (będę musiał odpokutować to, wspomogłem finansowo ta firmę), bo przecież jak tak wieje, to powieje równo jeszcze i można sobie kawę strzelić na rozruch. O 11:30 staliśmy już przy FunSurf w Chałupach. No wieje niby fajnie ale cos tak kolesie na żaglach 5.x się bujają dziwnie. Ale nic to - taklowanie 5.6. Skończyłem taklować ten cholerny żagiel (czy kiedyś wymyśla takie pompowane, co to się będą w 5 sekund rozkładać?) - z wody wychodzi Muzyk, rzuca jakiś wyraz na 'k', czy na 'ch', żeby opisać jak silny jest wiatr. No to chyba jednak 6.6 - znowu ta radość taklowania kolejnego Hot'a na maszcie nie będącym rdm'em. 6.6 popracowało przyzwoicie tak do 13 - potem przez godzinę ćwiczyłem sztangi, żeby wrócić do punktu wyjścia - ślizg kosztował mnie sporo odpadania. No ale przynajmniej sztangi znowu mi wychodzą po 2 latach przerwy :) Ok 14-15 (już nie pamiętam) jak nie pizgnie - na 6.6 jazda na dzikiej świni - parę prób airjibe i volcano (w zależności od tego, czy zdążyłem wyskoczyć ze strapów, czy nie) zakończone prawie identycznie (czyli mega pieprznięciem o wódę). Nie da rady na 6.6 - jak Rambo albo jaki inny Terminator, wydarłem na brzeg z prędkością dobrze zmotywowanego do biegu geparda. 5.6 trzeba brać - 'ale k... wieje', szybko, szybko -dobrze, ze się nie zsikałem jeszcze w locie z tej głupoty. Warunki na 5.6 skończyły się jednak definitywnie, jak już dobiegłem do wody - czyli 20-30 minut po tym, jak się zaczęły. Postanowiłem zostać na 5.6, bo już mi się niedobrze robiło na myśl o kolejnej zmianie żagla.


Nawet się jeszcze parę razy dało ślizgnąć - ale po 16 nastąpił definitywny koniec jakichkolwiek ślizgów. Do 19:30 zajmowałem się na przemian jedzeniem, piciem albo kręceniem helikopterów - no w końcu zaczęły mi wychodzić, bo kiepski byłem w tym, ze aż żal gadać. Ok. 20 sprawdziliśmy telefonicznie (przy użyciu protokółu o nazwie 'Chrabcio weź sprawdź prognozy') oraz przez WAP prognozy na czwartek i ..... postanowiliśmy jednak wracać do Wwy. Ja stwierdziłem, ze wole oszczędzić jeden dzień urlopu, a Muki wołał pospać w domu, zamiast w samochodzie. Załadowaliśmy znowu wszystko na biednego Roverka (zrobiliśmy z niego taki carbon-polypropylen sandwich) i ok. 21 - przelot powrotny. Przynajmniej wielu osobom poprawiliśmy nastrój - bo jak patrzyli na samochód obładowany na dachu 4 deskami, 4 bomami + quiverem na jakieś 30 kg (lekko licząc) to im się michy śmiały od razu. Droga minęła radośnie (ja bredziłem przez sen, starając się nie spać, a Muki udawał, ze jeszcze cos widzi i nie kieruje na ślepo). Drobne 5 godzin i byliśmy na Tarchominie u Mukiego. Teraz tylko przeładować mój sprzęt na mój samochód, potem dojechać do domu, rozpakować się, wnieść wszystko na 2 piętro - no można iść spać. Jest 3:30 - czyli w 24 godzinach od wstania się zmieściłem. Super. O 8 jakiś miły pan odpalił za oknem młot pneumatyczny - o 8:10 wyłączył go i tyle go widzieli. Bardzo, bardzo miły człowiek - znajdę go dzisiaj o utopie go w pierwszym sraczu, jaki znajdę. No dosyć już tego relaksującego urlopu - czas do pracy ..... odpocząć :) Podsumowanie: Nie było źle. Jestem zadowolony, bo przynajmniej trochę żaglem pomachałem i trochę się podszkoliłem z tego machania. Poza tym jednak parę ślizgów i parę skoków było. Nie było to jednak chyba do końca warte przejechania ponad 900km, kosztów paliwa itp. Dodatkowo na plus pisze się nam to, ze sprowadziliśmy Chrabciowi używane Ezzy 5.8 z FunSurfu. Chyba przestanę patrzeć na prognozy i będę jeździł 'na ślepo'. Wyjdzie na to samo, a przynajmniej będę mógł lepiej czas planować :)


Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

sobota, 21 sierpnia 2004

Jazda na prognozę - czyli łikend na CHVI (21-22.08.2004)

Tym razem Qter napisał kilka słów o wypadzie na Półwysep Helski.Niestety pech Qtra nie opuścił i prócz pływanka zdarzył się też nieprzyjemny incydent...

Siedząc na szyszy w pewnej knajpce na Nowym Świecie zrodził się pomysł pojechania na łikend na Hel na prognozę. Tak wiec trzeba było pomysł wprowadzić w życie i... jazda. Pierwsza część ekipy (Chrabcio, Adam, Hubert, Ufo, Uf-ola, Leszczyna) ruszyła już w piątek około 19-tej. Ja, Sylwia i Fafik ruszyliśmy w sobotę koło 4 rano. Po drodze spotkaliśmy się z Konradem i resztą jego rodzinki. Na Chałupy VI dotarliśmy po niecałych 5 godzinach jazdy. Reszta ekipy jeszcze smacznie sobie spała - poza Ufem oczywiście - który nie mogąc spać akurat wracał z porannego spławikowania. Szybkie śniadanko, rozbicie namiotów, taklowanie sprzętu i na wodę. Sobota była bardzo lajtowa. Zaliczonych kilka ślizgów na dużych żaglach. Ja dzięki uprzejmości Chrabcia katowałem Pietruche 285 z pożyczonym żagielkiem 6.7. Koło 14-tej siadło zupełnie. W tym czasie żeńska część ekipy wróciła już znad morza i wszyscy udaliśmy się na "małe co nieco". Po obiadku nie zapowiadało się na wiatr a na domiar złego wyglądało że będzie padać. I padało. Pobyt na kempingu nie należy do przyjemnych jak pada więc wyruszyliśmy do pobliskiego baru na pifko. Tam dołączył do nas Pete (który przebywał już na kempingu z rodzinką czas bliżej nieokreślony). Koło 19-tej zaczęło się przejaśniać więc była pora na tradycyjny grilik. Swoją obecnością na grillu oprócz Petego zaszczycił nas Wini z synem Michałem. Ja zaraz po griliku odpadłem w śpiwór - bo nieprzespana noc i trochę czasu na wodzie dały mi się we znaki. Z opowieści wiem że reszta ekipy po grillu przeniosła się do wcześniej wspomnianego już baru gdzie bawiła się do wczesnych godzin porannych.


Niedziela powitała nas pięknym słońcem i wiatrem. Przed śniadaniem zaliczyłem kilka udanych ślizgów - poranne pływanie to jest to - Daje zajebistego kopa na cały niemal dzień. Po 1,5 h wróciłem sobie na śniadanko. W tym czasie reszta ekipy powoli zwlekała się z karimat... O godzinie 11-tej już wszyscy byli na wodzie. Rozwiało się na tyle mocno że non stop jeździliśmy w ślizgu. Ufo nawet swojego łejwa odpalił - co było niezłym zaskoczeniem. Dzień mijał szybko. Dobił do nas Zioło oraz Matex z rodzinką i się zrobiło bardzo swojsko. Dzień bardzo udany poza... no właśnie.... wracając z Pucka z Ziołem w pełnym ślizgu naprzeciw nam płynęła kawalkada w osobach Chrabcia, Huberta i Ufa... Oni szli prawym, my lewym. Tak sobie płynąc nie odpadłem na tyle wcześnie aby ich mijać z mojej lewej - a potem już było za późno - wpadłem na Chrabcia niszcząc jego Fisha L. Całe szczęście że było płytko i każdy się zasłonił jak mógł. Fisz pękł, mi spuchła ręka. Dla mnie tego dnia był to koniec pływania. Wkurwiony na maxa wróciłem na brzeg. Reszta dalej pływała korzystając z "życia". Szybki obiadek, pakowanko i do domu. W domu byliśmy koło 23 - więc nie tak źle. Reszta ekipy dotarła koło 2 w nocy. Następnego dnia zaliczyłem wizytę u lekarza. Zrobili mi zdjęcia, dali maści i proszki oraz tydzień zwolnienia. Okazało się że złamań nie mam - jedynie zbite dwa stawy - i ręka na temblak poszła...

Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

niedziela, 15 sierpnia 2004

Szczupliny

Kolejny dzien spędzony w Działdowie. Tym razem pływanie było w Szczuplinach ...



Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

sobota, 14 sierpnia 2004

Dąbrówno



W końcu tego lata pojawiły się perspektywy na jakiekolwiek pływanie. Pojechałem więc do domu z myślą, że spędze zarówno sobote jak i niedziele na wodzie. Jak to zwykle bywa w ostatniej chwili prognozy trochę pofolgowały i z zapowiadanych 15 węzłów zostało raptem 11-12 ale i to mnie usatysfakcjonowało po tak długiej przerwie (około miesiąca). W końcu udało mi sie zdobyć porządny aparat i dzięki cierpliwemu fotografowi (moja mama) udało się nawet uwiecznić kilka chwil. Załatwiłem nawet motorówke, aby można było porobić zdjęcia z wody tam gdzie są wieksze falki, ale zabrakło sternika :(.

Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

czwartek, 24 czerwca 2004

Zdwórz ...

Tym razem zdecydowaliśmy się skorzystać z zaproszenia chłopaków z 7B i udać sie na urodzinową imprezę Jacka Bednarskiego (POL 96) i na testy, które chłopaki zorganizowali nad malowniczym jeziorkiem. WIR napisał kilka zdań, które okraszone zostały garstka zdjęć,

Hasło wyjazdu nad jezioro Zdworskie rzucił Qter. Przez ok. tydzień prowadził jakąś ściśle tajną korespondencje z organizującymi tam testy chłopakami z Wind7B - do nas docierały wyłącznie ściśle wyselekcjonowane kawałki. Biorac pod uwagę enigmatyczność całej akcji w piątkowe popołudnie z pewnym niepokojem ruszyłem w stronę Płocka - mogli tam przecież na nas czekać wyznawcy jakiejś krwiożerczej sekty. Z drogi pamiętam niewiele - komfortowa podróż w Citroenie BX Górka upłynęła mi na błogiej drzemce. Zwykle siedzę za kierownicą ale muszę przyznać, że fotel prezesa jest jednak fajnym miejscem w samochodzie - chyba się starzeje, ale w końcu jako 'Pan Jarzyna ze Szczecina, Szef wszystkich szefów' mam ewidentne prawo do prezesowskich foteli ;). Muszę kiedyś pogadać z Górkiem i Fafikiem, żeby wozili mnie i Dominikę do Szczecina ;). Słodką drzemkę przerwał postój przed sklepem w stylu old-school-GS, w którym spotkaliśmy Qtra, Huberta i Mukiego. Zrobiliśmy zakupy, wysłuchaliśmy mrożącej krew w żyłach opowieści o dzikach wpieprzających truskawki (bard opiewający tą straszliwą historię miał krew ewidentnie już zmrożoną i to w trybie ciągłym najprawdopodobniej) po czym ruszyliśmy już prosto na imprezkę. Na miejscu powitał nas całkiem sympatyczny ośrodek i spora ilość imprezujących surferów i około-surferów. Okazało się, że kupowanie czegokolwiek było zbędne, bo ilość żarcia zgromadzona na imprezie wskazywała na to, iż zaopatrzeniem zajęła się ok. setka nadopiekuńczych babć ;) Okazało się, że impreza przed-testowa jest równocześnie ostrym jublem z okazji urodzin Jacka Bednarskiego. Nieświadomi tego faktu, a co ważniejsze, nie potrafiący stwierdzić, jak wygląda Jacek Bednarski, zamiast złożyć życzenia, wypić brudzia itp., zadaliśmy maksymalnie przyziemne i burackie pytania w stylu 'Gdzie jest browar' i 'gdzie jest grill' - usatysfakcjonowani ruszyliśmy do konsumpcji, by dopiero później się trochę zrehabilitować.


Po wstępnym 'Wersalu' impreza potoczyła się ostro. Jedlim, pilim, lulki palilim, tańczylim i muzykę puszczalim. Na tle repertuaru toczyły się czasem małe spory ale do rozlewu krwi szczęśliwie nie doszło. Co słabsi fizycznie czasami wymiękali z tańca zasłaniając się pogawędkami o windsurfingu - jakby kogoś to w ogóle z towarzystwa obchodziło ;) - albo (o zgrozo) oglądali mecz (przepraszam za wyrażenie) piłki nożnej (wyjaśniam pojęcie - 20 dziwaków zapierdziela po paru hektarach, które można by spokojnie zalać wodą i przynajmniej byłby z nich pożytek, starając się trafić piłką w jaja dwóch biedaków stojących pod wieszakami). Na szczęście takie zachowania stanowiły margines imprezy ;). Dla mnie i dla mojej żony impreza zakończyła się tuż po północy ale jak się okazało, najtwardsi dotrwali do rana. A kto był najtwardszy? Oczywiście Muki i Qter - tych to trzeba z imprezy kijem wyganiać :) Rano w trakcie śniadanka okazało się, że o ile Qter dzielnie znosi 'rany zadane w boju' o tyle Muki błaga, żeby ktoś go dobił (stan kliniczny, który medycyna zna pod nazwą 'nażerty jak świnia'). Łącząc się w bólu z kolegą postanowiłem wyprzedzić wszystkich ew. chętnych i przystąpić do zapowiadanych testów sprzętu. Nie zwracają uwagi na fakt, iż na jeziorze szaleje jadowite 2Bf w porywach do morderczego 3Bf (to wtedy, jak okoliczne kaczory dostawały wiatrów) = ruszyłem w stroju ninja w stronę testowanego sprzętu. Pośliniłem palec, podniosłem go do góry i zadałem krótkie pytanie - "Co macie największego". Następnie pobrałem NS Natural 7.5 + dechę RRD w okolicach 130 litrów i ruszyłem na podbój Loch-Zdworskie. Zestaw się sprawdził - nawet dało się trochę popływać w ślizgu, a w przerwach pokręcić odrobinę żaglem. W międzyczasie Górek zwerbował moją żonę do marynarki i na pokładzie bliżej nie nazwanej jednostki śródlądowej wykrzykiwał radośnie 'prawy foka szot wybierz' - nie wiem, co dokładnie knuli, ale parokrotnie usiłowali mnie rozjechać ;)). Do freestylu dołączył wkrótce Qter na 120 litrowym Naishu i NS Duke 6.6 - dokonaliśmy tradycyjnej wymiany sprzętu i muszę przyznać, że mniejszy zestaw był bardzo przyjemny (szkoda tylko, że nie zawiało trochę mocniej). Przy okazji zaznaliśmy trochę ekstremalnej jazdy na rowerach wodnych (uczy pokory lepiej, niż puzzle - szybciej można chyba w kółku plażowym się przemieszczać:).


Ok. 13 postanowiliśmy zjeść coś w lokalnym barze, pożegnać przemiłych gospodarzy i ruszyć pod wodzą Jacka Bednarskiego na wiślańskie spoty. Do ekipy dołączyli Konrad i Chrabcio więc kolumna składała się już łącznie z Transporterem Jacka z 4 samochodów. Najpierw zajechaliśmy do knajpy położonej naprzeciw Dobrzynia - ale z braku wiatru podziwialiśmy tylko widoki, pogadaliśmy i ruszyliśmy dalej. Następny przystanek (Modzerewo) okazał się szczęśliwszy - zaliczyliśmy godzinkę pływania na zestawach w okolicy 6.5 + desek 100l.
Spocik bardzo sympatyczny - trawiasty wał przeciwpowodziowy, na który można wjechać i spokojnie otaklować na nim żagiel. Na wodzie sporo miejsca - Wisła jest tam naprawdę szeroka - i niezłe warunki. Równy wiatr z kierunków W i E (czyli wzdłuż koryta rzeki) i spore urozmaicenie - z jednej strony płaska woda, a z drugiej zaskakująco wysoka fala, naprawdę jest na czym skakać. Napływali się w zasadzie wszyscy - oprócz niepływających Dominiki, Fafika i Górka - tylko biedny Muki musiał się wycofać, bo już wejście do wody było dla niego tego dnia ekstremalnym posunięciem. Po miłym pływanku zasiedliśmy do bolidów i ruszyliśmy do domów, bo każdy miał jeszcze n rzeczy do zrobienia. Generalnie bardzo, bardzo pozytywny wyjazd i super alternatywa przy wiatrach z W i E. Będziemy tam wracać (z resztą już wracaliśmy, bo relacja trochę z opóźnieniem napisana:)

Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

niedziela, 13 czerwca 2004

Mierzeja Wiślana - Piaski - czyli długi weekend Bożo-Ciałowy


Qter napisał kilka słów o wyjeździe do Piasków, które to ułożyły się w bardzo fajną relacyjkę. Zapraszamy więc do przeczytania jej i obejrzenia zdjęć których tym razem jest naprawdę sporo.

W tym roku grupa w składzie: Qter, Hevi, Muki, Ufo, Hubert, Adam oraz osoby "towarzyszące" ( w sumie było nas 15 osób) wybrała się na długi weekend Bożo-Ciałowy nie na Hel lecz do Piasek na Mierzei Wiślanej (w tak zwanym międzyczasie przybyli na jeden dzień poimprezować/popływać Zioło i Matex z 3City). Wybraliśmy się tam z czystej ciekawości - czas zobaczyć coś nowego. Na decyzję wpływ miała też odległość. (Warszawa - Piaski to ok. 360 km) oraz zapewnienia o "dziewiczości" tego miejsca.


Piaski są usytuowane 13km od Krynicy Morskiej i 1,5 km od granicy z Rosją. W miejscowości tej kończy się droga - jest to prawdziwy "koniec świata". Miejscowość jest jeszcze "mało" turystyczna tzn. owszem można wynająć kwatery, są jakieś ośrodki wypoczynkowe ale np. jest tylko jeden sklep z pamiątkami, jedna restauracja (nie licząc tych w ośrodkach), dwa sklepy i tyle... Mierzeja Wiślana w tym miejscu nie jest zbyt szeroka - spacer z nad Zalewu Wiślanego na plaże zajmuje spacerkiem ok. 15 min. My mieszkaliśmy tu: http://www.piaskiclub.mierzeja.com. Ośrodek na samym końcu Piasek - tuż przed granicą. Wynajmowaliśmy domki - zdjęcia ośrodka znacznie różnią się od stanu zastanego - domki dzielą się na 3 standardy: stare "Brdy" które są w opłakanym stanie, domki "Mieruszów" - stan średni, domki "Nowy" - standard "wysoki". Wszystkie domki są wyposażone w łazienki - lecz w przypadku domków "Brda" i "Mieruszów" można było zapomnieć o ciepłej wodzie (stara instalacja z wodą z kotłowni -
domki "Nowy" mają w łazienkach własne boilery). Ośrodek jest "zaniedbany" ale - spoko. Właściciel zapewniał nas, że wszystko jest w chwili obecnej j reorganizowane-modernizowane - i już niedługo będzie "full wypas". Same Piaski są bardzo kameralne - zero tłumów, na plaży czasem byliśmy zupełnie sami, piękna przyroda (ach jak sobie przypomnę ten ptaków śpiew, lisy, i np. "oswojone" dziki).



Akwen i pływanie- czyli to co najważniejsze: Od strony Zalewu Wiślanego przy samym ośrodku - a właściwie w całych Piaskach nie ma dobrego dostępu do wody z powodu trzcin (właściciel ośrodka mówił że w tym roku do końca czerwca zostanie wybudowany pomost a trzciny wykarczowane).
Jedne rozsądne zejście na Zalew jest kawałek za Piaskami jadąc w stronę Krynicy.. (w sumie w drugą się już nie da ;)). Zaraz za miejscowością Piaski należy skręcić w pierwszy zjazd w "las" w lewo - tuż przed taką betonową barierką zabezpieczającą drogę. Zalew w tym miejscu jest dość płytki - jeszcze 600m od brzegu ma się grunt. Najlepsze wiatry to od zachodniego do wschodniego poprzez kierunki południowe. Dno jest czasami muliste - zwłaszcza na wysokości portu. Utrudnieniem są też dość gęsto poustawiane sieci. Na Zalewie pływaliśmy tylko pierwszego dnia - w szkwałach była dolna 5Bf - zrobiła się całkiem przyjemna falka miejscami dochodząca do 1m.


Morze. Do plaży można dojechać samochodem przez las - jadąc samochodem prosto przy kościele - pod gorę - najlepiej jest dojechać do portu (podobno jedyne miejsce gdzie się da "bezkarnie" parkować - tak przynajmniej mówili nam panowie ze straży granicznej - bo nie można wjeżdżać do lasu) a następnie kierować się na lewo wzdłuż wydm do pierwszego - lepszego zejścia na plaże (lokalesi mówili nam że na wysokości portu są zatopione jakieś barki, kutry i inne badziewie z czasów wojny i jest niebezpiecznie). Fala na samej plaży jest dość wysoka nawet gdy nie wieje. W momencie pojawienia się wiatru (najlepsze kierunki od zachodniego do wschodniego poprzez północne) pojawia się bardzo silny prąd wsteczny - na tyle silny że ciężko przejść 40m ze sprzętem na plaże. Bałtyk powitał nas łagodnie pozwalając początkowo na surfing, dupoślizgi, oswojenie się z "bujaniem" itp.. Bawiliśmy się więc tak przez dwa kolejne dni testując "Bic-a Novą" na falach przy 3Bf z żagielkiem 5.5 (deska została zabrana do nauki dla reszty gawiedzi).


Przez dwa kolejne dni nie było już tak "lajtowo". Dla większości z nas było to pierwsze tak poważne spotkanie z "prawdziwym" morzem. Najpierw przywiało trochę więcej niż w poprzedni dni więc przyszła pora na inne deski. Mielenie w przyboju nie oszczędzało nikogo. "Na szczęście" tego dnia skończyło się tylko na rozerwanej tasiemce topu żagla Mukiego. Można było również zobaczyć jak chodzi w ślizgu "Nova" z żagle 7.8. Dnia następnego część się zmyła do domu a na wodę zeszli tylko Ufo i Hubert. Dzień ten nie był już tak łaskawy - zmielone zostały żagielki 5,8 i 6,7 - wyleciały okienka. Hubert polatał na 80ltr. Saxo i 5.2. Walka była okrutna. Inne. Nie odbyło się oczywiście od rozrywek wieczornych typu wspólne grillowanie itp.. Podsumowując: na pewno tam wrócimy, jest pięknie - cisza, spokój - z wiatrem mogło by być lepiej ale i tak źle nie było.


Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

czwartek, 20 maja 2004

Rozgoryczenie sięgneło zenitu


Prognozy zapowiadały się naprawde super, ale Zegrze nas niestety troszke zawiodło. Lepsze takie pływanie niż żadne, ale pozostaje spory niedosyt ...

Na ten dzień czekaliśmy bardzo niecierpliwie, zazdroszcząc Wirowi wypadu nad zatokę. Prognozy wyglądały naprawde super, wiało ostro już od 2 dni a my ciągle w pracy :(. Co się tak naprawde działo najlepiej widać na mapce ponizej. Rzadko się zdaża żeby front był na tyle duży. Nie dość, że obejmował swym zasięgiem całą Polske to jeszcze utrzymywał sie nad nami 2 dni. W końcu adrelanina wzięła górę i postanowiłem w środe, że trzeba uciec trochę wcześniej z fabryki, żeby zaliczyć choć kilka ślizgów (miałem nawet cichą nadzieję, że będe mógł w końcu popływać na 5.4). Zapakowałem więc cały sprzęcior do fury i pojechałem z tym całym badziewiem prosto do roboty. Około 11 Ufo drażnił mnie telefonami, że już jedzie nad wode ale rozładowany akumulator skutecznie go powstrzymał na kolejną godzinkę. Jako że załatwiłem sobie wcześniej parking nie było stresu z zostawieniem tego wszystkiego w centrum. Kiero pozwolił mi lecieć o 14 więc szybko do fury i z buta nad wode. Wiatr wydawał się wiać więc optymizm był wielki. Na miejscu zastałem juz Ufa i Huberta, którzy przybyli chwilę przede mną. Wiatr wiał z pod mostu więc tworzyła się mała dysza i gdyby nie to, niewiele popływalibyśmy sobie. Widząc co się dzieje od razu otaklowałem swoje 6.4 i sru na wode. Było strasznie dziurawo, ale spod mostu momentami fajnie szkwaliło. Pływanko przez jakąś godzine było dosyć komfortowe a reszta to bujanie się w poszukiwaniu wiatru. Udało mi się zaliczyć pierwsze bodydragi, kilka ładnych skoków więc dzień zaliczam do udanych :) Jak już zaczęło siadać pojawił się jeszcze Hevi w swoim niebieskim rumaku i na 6.9 zdążył zaliczyć kilka ostatnich już tego wieczoru ślizgów.



Pokaż całość ...

niedziela, 9 maja 2004

Zaskoczeni prognozą ...


Tym razem nie spodziewaliśmy się, że tego dnia znajdziemy się nad wodą. Jednak około 11 zadzwonił do mnie Konrad i poinformował mnie, że jest na dzikiej i wieje. Szybkie zerkniecie w prognozy i....




Tym razem nie spodziewaliśmy się, że tego dnia znajdziemy się nad wodą. Jednak około 11 zadzwonił do mnie Konrad i poinformował mnie, że jest na dzikiej i wieje. Szybkie zerkniecie w prognozy i okazało się, że rzeczywiście raporty z lotniska pokazują fajny wiaterek. Więc telefon do Huberta i umawiamy się na 13 w WKSie. Na miejscu zastaliśmy już wymęczonego i zmarzniętego Heviego, który powierzył mi swój swój sprzęcik. Oprócz Heviego na miejscu przywitał nas również padający zimny deszcz. Wiała jakaś czwóreczka więc nie musząc się taklować na wodzie znalazłem się w ciągu 5 minut (wciągając na siebie tylko piankę). Udało mi się zaliczyć kilka ślizgów gdy wiaterek siadł i zaczęło jeszcze mocniej padać. Hubert dysponujący sprzętem Ufa miał w końcu szanse sobie popływać. Taklował i przebierał się w deszcz ale gdy zniósł sprzęt na wode wiaterek znów zaczął zdychać. Po około 30 minutach oczekiwania na wiatr zmarznięci już do szpiku kości razem z Hevim, (który zaczął już biegać dookoła żeby się rozgżać) zaczęliśmy się ogrzewać w samochodach i powoli przebierać w cywilne ciuchy. Aż tu nagle zaczęły pojawiać się szkwały. Spragniony wiatru Hubert rzucił się na wodę ale złapać w końcu jakieś ślizgi. Gdy Hubert był na wodzie, zdążyliśmy się przebrać i pstryknąć mu kilka fotek. Wiaterku nie starczyło na wiele, ale kilka ślizgów udało sie Hubiemu zaliczyć. Do domu dojechałem mokry, zmarznięty, ale zadowolony :)

Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...