sobota, 1 maja 2004

II Ogólnopolski Zlot Uczestników Grupy pl.rec.windsurfing - relacja Qter

Na zlot naszej grupy w tym roku udaliśmy się do Sopotu. Zlot odbywał się w dniach 1-3.05.2004r. i miał na celu oficjalne otwarcie sezonu WS w naszym pięknym kraju. Ale po kolei. W piątek rano lekko zaspani

Na zlot naszej grupy w tym roku udaliśmy się do Sopotu. Zlot odbywał się w dniach 1-3.05.2004r. i miał na celu oficjalne otwarcie sezonu WS w naszym pięknym kraju. Ale po kolei. W piątek rano lekko zaspani spotkaliśmy się (Qter & Sylwia) z Ufolami, Hubertem, Alexandrą i Górkiem pod Ufoli blokiem. Szybkie pakowanie i karawana ruszyła pod twierdze Modlin. Tam spotkaliśmy się z Hevim i nastąpiło szybkie przepakowywanie się co by nasza podróż była bardziej komfortowa. Jechaliśmy więc sobie spokojnie aż tu nagle dzwoni Pieniu - jest tuz przed nami (za Ostródą) jak wynikało z relacji Ufa. Długo nie myśląc, Hubert przyśpieszył (tak na oko do 150 km/h) i zaczął go "gonić"/ Po około 20 km. okazało się, że Pieniu jest jednak za nami :) :P. Poczekaliśmy więc na niego na najbliższej stacji benzynowej. W międzyczasie doszły nas wieści od Kubusia ze on z Pikiem szykują się na Rewe - wiec długo się nie zastanawiając ruszyliśmy w tamtym kierunku. Do Rewy dotarliśmy około 11. Na pierwszy rzut oka to na wodzie niewiele się działo - wiec pojechaliśmy do Hydrosfery na "zakupy" (w Rewie został Hevi i Pieniu) a nastepnie juz w Rewie posililiśmy się w pobliski barze plackami ziemniaczanymi (PYCHA !) i powolutku wzięliśmy się do taklowania. Ja byłem na tyle leniwy ze pomogłem otaklować się Heviemu i nawet nie wyjąłem swojego sprzętu tylko pływałem na cudzych. Dzień na wodzie szybko mijał, wiatr z resztą tez. W sumie nie było źle, każdy "coś" zaliczył (a niektórzy aż nadto). Po pływanku pojechaliśmy do Soppot. Tam już była spora cześć grupowiczów. Właśnie otrzymali przesyłkę od Kl@mry więc się "działo". Reszta piątku upłynęła nam na integracji, zwiedzaniu okolicy i odpoczynku. Jak zwykle bywa w "tak pięknych okolicznościach przyrody" wieczorny odbył się integracyjny grillik - Matex z Kaśką serwowali nam lokalne i nie tylko lokalne specjały (i tak już zostało do końca zlotu) a Gumiak super boczuś J. W sobotę dzień przywitał nas pięknym słońcem i prawie bezchmurnym niebem. Flaga na SKŻ-cie "czasem" powiewała. Do SKŻ-tu zawitali lokalesi w postaci Kubusia, Pika i Cypriano. Po kilku chwilach przy piwie doszliśmy do wniosku ze w Zoppot kicha będzie i ruszyliśmy do Rewy. W Rewie szybkie taklowanko i na wode... Tego dnia wiało jednak jeszcze mniej niż dnia wcześniej więc były raczej uprawiane dupo-ślizgi niż konkretne pływanko. Ale dzień na wodzie zaliczony. Z Rewy wróciliśmy na wykład Goliego nt żagielków i ich poprawnego trymu. Wykład był ciekawy i można było z niego dużo się dowiedzieć- przypomnieć. Warto w tym miejscu jest dodać konkluzje: "NAWET NAJGORSZY ŻAGIELEK DOBRZE ZTRYMOWANY BĘDZIE LEPIEJ DZIAŁAŁ OD ŹLE OTAKLOWANEGO NOWEGO ŻAGLA". :D . Popołudnie sobotnie upływało w sielskiej atmosferze leniuchowania. Wieczorny grill bardzo nas wszystkich zintegrował - oprócz samego grilika i napoi "chłodzących" posilaliśmy się czekoladką (oczywiście jedynie słuszną Terravitą) oraz oglądaliśmy filmiki WS i koncerty. Niestety nie wiem jak impreza się zakończyła i o której bo poszedłem spać po dniu spędzonym na wodzie ;). Niedziela - to dopiero był oficjalny dzień. Na maszt SKŻ pod komendą Komandora SKŻ została wciągnięta flaga Unii Europejskiej. W ciągu dnia nie wiało więc się nam grupa rozlazła. Kilka osób zrobiło udane ślizgi w motorówce, cześć leniuchowała na plaży i w okolicach, część poszła na basen itd... Ja próbowałem z Hevim ujeżdżać Zoppockie fale - ale jakoś qlawo nam to wychodziło ;). Wieczorna feta była długa i wszyscy na pewno mają co wspominać. Co prawda doszło do zgrzytu z chujowym barmanem kantyny w SKŻ ale złych żeczy się nie powinno pamiętać. Wiem tyle, że imprezka się udała i skończyła na parkingu w samochodzie Cypriana na "dywagacjach". Poniedziałek - dzień pakowania i wyjazdów. Grupa zaczęła się rozjażdzać wiec my też. Spragnieni wiatru ruszyliśmy koło 12-tej w kierunku Helu. Dojechaliśmy na Małe Morze - i dupa. Po pierwsze zimno, po drugie mgła, po trzecie nie wiało. Szkoda się nam trochę zrobiło że już musimy jechać do Warszawki więc aby poprawić sobie nastrój (a właściwie naszym termosiarą) pojechaliśmy na Zamek do Rzucewa na obiad. Ehh, obiad był pierwsza klasa ... do tej pory wspominam ten smak i zapach.. POLECAM. Z Rzucewa do Wawy jest ok. 450 km. Więc chcąc uniknąć korków ruszyliśmy w trasę przez Malbork... Droga była całkiem niezła - tak więc w domu byliśmy około północy. Mimo tego że się nie napływaliśmy wyjazd był super bo windsurfing to nie tylko wiatr i woda - to także styl życia. (Ale mi qrna wyszło lamersko :P).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz