czwartek, 20 maja 2004

Rozgoryczenie sięgneło zenitu


Prognozy zapowiadały się naprawde super, ale Zegrze nas niestety troszke zawiodło. Lepsze takie pływanie niż żadne, ale pozostaje spory niedosyt ...

Na ten dzień czekaliśmy bardzo niecierpliwie, zazdroszcząc Wirowi wypadu nad zatokę. Prognozy wyglądały naprawde super, wiało ostro już od 2 dni a my ciągle w pracy :(. Co się tak naprawde działo najlepiej widać na mapce ponizej. Rzadko się zdaża żeby front był na tyle duży. Nie dość, że obejmował swym zasięgiem całą Polske to jeszcze utrzymywał sie nad nami 2 dni. W końcu adrelanina wzięła górę i postanowiłem w środe, że trzeba uciec trochę wcześniej z fabryki, żeby zaliczyć choć kilka ślizgów (miałem nawet cichą nadzieję, że będe mógł w końcu popływać na 5.4). Zapakowałem więc cały sprzęcior do fury i pojechałem z tym całym badziewiem prosto do roboty. Około 11 Ufo drażnił mnie telefonami, że już jedzie nad wode ale rozładowany akumulator skutecznie go powstrzymał na kolejną godzinkę. Jako że załatwiłem sobie wcześniej parking nie było stresu z zostawieniem tego wszystkiego w centrum. Kiero pozwolił mi lecieć o 14 więc szybko do fury i z buta nad wode. Wiatr wydawał się wiać więc optymizm był wielki. Na miejscu zastałem juz Ufa i Huberta, którzy przybyli chwilę przede mną. Wiatr wiał z pod mostu więc tworzyła się mała dysza i gdyby nie to, niewiele popływalibyśmy sobie. Widząc co się dzieje od razu otaklowałem swoje 6.4 i sru na wode. Było strasznie dziurawo, ale spod mostu momentami fajnie szkwaliło. Pływanko przez jakąś godzine było dosyć komfortowe a reszta to bujanie się w poszukiwaniu wiatru. Udało mi się zaliczyć pierwsze bodydragi, kilka ładnych skoków więc dzień zaliczam do udanych :) Jak już zaczęło siadać pojawił się jeszcze Hevi w swoim niebieskim rumaku i na 6.9 zdążył zaliczyć kilka ostatnich już tego wieczoru ślizgów.



Pokaż całość ...

niedziela, 9 maja 2004

Zaskoczeni prognozą ...


Tym razem nie spodziewaliśmy się, że tego dnia znajdziemy się nad wodą. Jednak około 11 zadzwonił do mnie Konrad i poinformował mnie, że jest na dzikiej i wieje. Szybkie zerkniecie w prognozy i....




Tym razem nie spodziewaliśmy się, że tego dnia znajdziemy się nad wodą. Jednak około 11 zadzwonił do mnie Konrad i poinformował mnie, że jest na dzikiej i wieje. Szybkie zerkniecie w prognozy i okazało się, że rzeczywiście raporty z lotniska pokazują fajny wiaterek. Więc telefon do Huberta i umawiamy się na 13 w WKSie. Na miejscu zastaliśmy już wymęczonego i zmarzniętego Heviego, który powierzył mi swój swój sprzęcik. Oprócz Heviego na miejscu przywitał nas również padający zimny deszcz. Wiała jakaś czwóreczka więc nie musząc się taklować na wodzie znalazłem się w ciągu 5 minut (wciągając na siebie tylko piankę). Udało mi się zaliczyć kilka ślizgów gdy wiaterek siadł i zaczęło jeszcze mocniej padać. Hubert dysponujący sprzętem Ufa miał w końcu szanse sobie popływać. Taklował i przebierał się w deszcz ale gdy zniósł sprzęt na wode wiaterek znów zaczął zdychać. Po około 30 minutach oczekiwania na wiatr zmarznięci już do szpiku kości razem z Hevim, (który zaczął już biegać dookoła żeby się rozgżać) zaczęliśmy się ogrzewać w samochodach i powoli przebierać w cywilne ciuchy. Aż tu nagle zaczęły pojawiać się szkwały. Spragniony wiatru Hubert rzucił się na wodę ale złapać w końcu jakieś ślizgi. Gdy Hubert był na wodzie, zdążyliśmy się przebrać i pstryknąć mu kilka fotek. Wiaterku nie starczyło na wiele, ale kilka ślizgów udało sie Hubiemu zaliczyć. Do domu dojechałem mokry, zmarznięty, ale zadowolony :)

Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

czwartek, 6 maja 2004

Spodziewany dym na Śródziemiu


Tym razem na pływanko urwał się z fabryki WIR i razem udaliśmy się nad brązowy zalew. Po dwóch godzinach WIRa wymienił Qter. Wiaterku wystarczyło dla wszystkich...

Tym razem wybraliśmy się nad Zegrze wraz z WIRem. Na miejscu byliśmy klika minut po 14. Najpierw podjechaliśy na dziką, aby sprawdzić kierunek i podjąć decyzję czy jedziemy na inny spot, czy zostajemy tutaj. Jednak wiaterek wiał side/on więc postanowiliśmy zostać. Szybkie taklowanie i sru na wodę. WIR miał raptem jakieś 2 godziny czasu (musiał wracać ponownie do roboty) więc staraliśmy się nie marnować czasu. Na wodzie zastały nas warunki typowo Zegrzyńskie. Momentami wiatr osiągał 6B ale również i 3B. W głębi zalewu zaczęły się już kształtować fajne falki, które powoli zaczęłem uczyć się ujażmiać i wykorzystywać do oderwania desi od wody. WIR popłynął aż pod ośrodek pod którym startowaliśmy wczoraj i stwierdził, że następnym razem jedziemy tam niezależnie od kierunku wiatru. Miało tam wiać równiej i było większe zafalowanie. Po dwóch godzinach WIR zaczął sie roztaklowywać, by zdążyć do roboty. Wynosząc żagiel z wody zdążył jednak zawadzić o wystający z ziemi metalowy słupek i rozdarł sobie dakron koło kieszeni masztowej. Po odjeździe WIRa wiaterek rozwiał się do równej 5B+, więc na 6.4 latałem jak na dzikiej kobyle. Po jakiś 30 min pojawił się Qter, który przyjechał prosto z fabryki. Po zejściu Qtra popływaliśmy sobie prawie do zmroku, i gdy wiaterek zaczął już siadać daliśmy sobie na spokój (w między czasie zjawił się Konrad który pomachał jeszcze chwile żagielkiem). Po dwóch dniach z rzędu naprawde fajnego pływania wracałem do domu niesamowicie wykończony i jednocześnie spełniony :). Udało się w końcu zaliczyć pierwsze, porządne skoki, przetestowałem desie WIRa i Qtra tylko zabrakło kogoś, kto mógłby nam porobić trochę zdjęć. Oby więcej takich dni !!!

Pokaż całość ...

środa, 5 maja 2004

Niespodziewany dym w Śródziemiu


O 7:30 dostałem SMSa od Ufa: -śpisz ? Po godzinie siedziałem już w samochodzie przebijając sie przez korki w strone chawiry Ufa.

Prognozy zapowiadały słabe 4B, ale głód pływania był silniejszy więc nie mogliśmy darować sobie nawet tego marginalnego wiaterku. Zapakowaliśmy sprzęt Ufa do fury, desie na dach i wyruszyliśmy nad nasze bajoro. Z Hubertem umówiłem się, że jak kierunek wiatru będzie odpowiedni na "Dziką" to tam się spotykamy o 9 a jak będzie offshore to walimy do ośrodka po drugiej stronie. I tak też się stało. Równo o 9 zawitaliśmy w ośrodku WKŻ i zaczeliśmy się taklować. Wiała żeczywiście słaba czwóreczka a Hubert ciągle się nie pojawiał. Otaklowaliśmy się, zeszliśmy na wodę i zaliczyliśmy jakieś 45 minut ślizgania. Nie było rewelacji, ale jak to stwierdził Ufo: "Wyjazd udany bo kilka ślizgów było. Kilka minut po 10 pojawił się zaspany Hubert, i wtedy zdechło. 


Windguru powiedziało nam że po 11 można spodziewać się ponownie wiaterku więc Hubert nie zrażony zaczął się powoli taklować. I jak już kończył, rzeczywiście zaczęło dmuchać. Z początku słaba czwóreczka ale szkwały stawały się coraz silniejsze. Hubert na swoich 85l ciągle czuł niedosyt podczas gdy ja z Ufem już śmigaliśmy z komarami w zębach :) Gdy już zaczęło być naprawdę fajnie nagle Ufokowi przypomniało się że za niecałą godzine musi stawić się w robocie. Zaczął się więc roztaklowywać i razem z Hubertem pomknęli w strone miasta. Zostałem sam. W ciągu godziny rozwiało się do równej 5 i tak już zostało do mojego odjazdu. W międzyczasie zjawiło się jeszcze dwóch windsurferów (min. kolega, który pisuje czasami na grupie pod pseudonimem Pol). Około 15 zaczęło mi już brakować sił na walke z mega kartoflichiem i zaczęłem się powoli roztaklowywać. Do domku dojechałem super szczęśliwy i pierwszy raz w tym roku naprawde wypływany.
Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

poniedziałek, 3 maja 2004

Dłuższy weekend w Działdowie

Na długi weekend jedziemy na Hel ........ do Szczecina ..... nie - oszczędzamy kasę i siedzimy w Warszawce ..... no chociaż zobaczymy gdzie jest jezioro Sulejowskie ..... moment - Muki dzwoni....... No - to zgodnie z ustaleniami jedziemy do Działdowa.



Na długi weekend jedziemy na Hel ........ do Szczecina ..... nie - oszczędzamy kasę i siedzimy w Warszawce ..... no chociaż zobaczymy gdzie jest jezioro Sulejowskie ..... moment - Muki dzwoni....... No - to zgodnie z ustaleniami jedziemy do Działdowa. Ze spontanicznością=10 (w skali 1-10) skorzystaliśmy z zaproszenia człowieka o spontaniczności=10 do miejsca znanego z imprez o spontanicności=10 - w ten sposób znaleźliśmy się w miejscu znanym reszcie teamu wyłącznie z opowieści (dziwnej treści przeważnie) - ojczyźnie Mukiego, Batmana i Urlicha von Jungingena - czyli w Działdowie. Jako totalny nieuk geograficzny, jeżeli chodzi o tereny inne, niż Pomorze Zachodnie - do końca byłem przekonany, że jadę na Mazury.



Jakież było moje zdziwienie, kiedy znaleźliśmy się z Dominiką na Warmii :). Do Działdowa zajechaliśmy ok. 13 i po krótkim wstępie krajoznawczym poturlaliśmy się w kierunku wylęgarni działdowskich talentów windsurfingowych - jeziora X. Jako max-profesjonalista olałem takie detale, jak zabieranie sprzętu - w końcu na miejscu na pewno będzie cała armia ludzi taklujących dla mnie żagle i pucujących deski (czytaj - wg nie miało wiać a wiało ledwo co). Pobujaliśmy się jakieś 2 godzinki z Mukim na spółkę na jego Exocet Free Slide 100 l i NS Disco 6.4 (najbardziej tunowany żagiel w Warszawie i na Warmii). Układ był dobry, bo zawsze, jak jeden pływał, to drugi zabawiał rozmową Dominikę.



Na koniec pojawiła się lokalna legenda - Batman - by przypomnieć nam, że nie pływać tutaj przyjechaliśmy i czas się zabrać ostro do roboty. Zasiedliśmy więc na Rovera i popedałowaliśmy do mieszkania Mukiego, w celu wymiany odzieży na wieczorową (dysponowaliśmy na spółkę jedną peruką i jedna wyczesaną koszulą wyciągniętą z grobu Freddyego Mercury -no ale od czegoś trzeba zacząć). Ok. 18 zajechaliśmy z piskiem opon do pensjonatu będącego w posiadaniu klanu Batmana (nazwa robocza - jaskinia nietoperzy). Tam przy grillu poznaliśmy resztę załogi - grill rozgrzewał się na tyle długo, że można było spokojnie poznać legion rzymski i rodziny wszystkich centurionów do 4 pokolenia wstecz - ale nikt nie marudził bo pić co było. Po obgadaniu wszystkich możliwych tematów poszliśmy z Dominiką podziwiać lokalne cudo - psa Barona. Pies jest tu dosyć przybliżonym terminem, bo moim zdaniem jest to wykopany przez miejscowych archeologów Piesus Rex. Zwierzę waży tak ze 2x tyle co ja, łeb ma 4x większy od mojej głowy, a jak stanie na tylnych łapach to go pewnie mogę bez schylania po jajkach podrapać. Jest przy tym łagodną przytulanką dla dzieci co dopełnia klimatu. Ustaliłem z Mukim, że Baron urósł tak od picia wódki więc pognaliśmy szybko do sklepu z nadzieją, że nam też się to uda. Nie udało się - ale i tak było nieźle:) Ledwo wróciliśmy, a ktoś rzucił 'Poloneza czas zacząć' - no i się zaczęło.Bo nie zna życia, kto nie imprezował z działdowskim teamem .. śpiewają okoliczni pieśniarze... Męskie streepteasy na stole suto zastawionym kiełbachą i wódką, nagie laski zakładające Mukiemu majtki na głowę, Batman pilnujący, żeby w ruch nie poszły wiszące na ścianach miecze, lance i pałasze, no i zespół trubadurów wyśpiewujących ekstatyczne "Znów jestem krową!!" - dzieciom w przyszłości na pewno nie będę tego opowiadać!. Kiedy my nażerci jak świnie oddalaliśmy się już w stronę spokojnego mieszkanka Mukiego, najwytrwalsi zażywali kąpieli na waleta w basenie pensjonatu - z tego co pamiętam męski streeptease, to nawet dobrze, że nie widziałem kąpieli na waleta ;).

Poranny tupot białych mew pozwolił nam tylko na geriatryczny spacerek po Działdowie. Jedynym wyzwaniem, które sobie postawiliśmy, było znalezienie zimnej coli dla Mukiego - misja została uwieńczona sukcesem po ok. 3 godzinach człapania po rynku. Do pionu wróciliśmy po obiedzie przyrządzonym przez opiekuńczego Mukiego (to z serii - 'Nieznane oblicza Mukiego') - no i oczywiście nagle nabraliśmy ochoty na kolejną imprezkę, tym razem trochę lżejszego kalibru. Nabyliśmy kiełbachy, kurczaczki, piwka i inne dobra i pobrykaliśmy z grillowym nastawieniem na działkę rodziców Mukiego. Tym razem zachowaliśmy głęboką kulturę osobistą i trzeźwi jak prosiaki wcześnie wróciliśmy do domu na nocleg. Ostatni dzień spędziliśmy u rodziców Gosiaka (dziewczyna Mukiego). Jak grzeczne dzieci posiedzieliśmy przy kawce i przetworach mlecznych, poasystowaliśmy przy myciu Rovera - no i w drogę. A droga, jak to droga do Wwy po długim weekendzie - kto to miasto postawił w takim miejscu, że kto żyw to z niego na weekend wyjeżdża?!?!

Wiecej zdjęć tutaj .. Pokaż całość ...

sobota, 1 maja 2004

II Ogólnopolski Zlot Uczestników Grupy pl.rec.windsurfing - relacja Qter

Na zlot naszej grupy w tym roku udaliśmy się do Sopotu. Zlot odbywał się w dniach 1-3.05.2004r. i miał na celu oficjalne otwarcie sezonu WS w naszym pięknym kraju. Ale po kolei. W piątek rano lekko zaspani

Na zlot naszej grupy w tym roku udaliśmy się do Sopotu. Zlot odbywał się w dniach 1-3.05.2004r. i miał na celu oficjalne otwarcie sezonu WS w naszym pięknym kraju. Ale po kolei. W piątek rano lekko zaspani spotkaliśmy się (Qter & Sylwia) z Ufolami, Hubertem, Alexandrą i Górkiem pod Ufoli blokiem. Szybkie pakowanie i karawana ruszyła pod twierdze Modlin. Tam spotkaliśmy się z Hevim i nastąpiło szybkie przepakowywanie się co by nasza podróż była bardziej komfortowa. Jechaliśmy więc sobie spokojnie aż tu nagle dzwoni Pieniu - jest tuz przed nami (za Ostródą) jak wynikało z relacji Ufa. Długo nie myśląc, Hubert przyśpieszył (tak na oko do 150 km/h) i zaczął go "gonić"/ Po około 20 km. okazało się, że Pieniu jest jednak za nami :) :P. Poczekaliśmy więc na niego na najbliższej stacji benzynowej. W międzyczasie doszły nas wieści od Kubusia ze on z Pikiem szykują się na Rewe - wiec długo się nie zastanawiając ruszyliśmy w tamtym kierunku. Do Rewy dotarliśmy około 11. Na pierwszy rzut oka to na wodzie niewiele się działo - wiec pojechaliśmy do Hydrosfery na "zakupy" (w Rewie został Hevi i Pieniu) a nastepnie juz w Rewie posililiśmy się w pobliski barze plackami ziemniaczanymi (PYCHA !) i powolutku wzięliśmy się do taklowania. Ja byłem na tyle leniwy ze pomogłem otaklować się Heviemu i nawet nie wyjąłem swojego sprzętu tylko pływałem na cudzych. Dzień na wodzie szybko mijał, wiatr z resztą tez. W sumie nie było źle, każdy "coś" zaliczył (a niektórzy aż nadto). Po pływanku pojechaliśmy do Soppot. Tam już była spora cześć grupowiczów. Właśnie otrzymali przesyłkę od Kl@mry więc się "działo". Reszta piątku upłynęła nam na integracji, zwiedzaniu okolicy i odpoczynku. Jak zwykle bywa w "tak pięknych okolicznościach przyrody" wieczorny odbył się integracyjny grillik - Matex z Kaśką serwowali nam lokalne i nie tylko lokalne specjały (i tak już zostało do końca zlotu) a Gumiak super boczuś J. W sobotę dzień przywitał nas pięknym słońcem i prawie bezchmurnym niebem. Flaga na SKŻ-cie "czasem" powiewała. Do SKŻ-tu zawitali lokalesi w postaci Kubusia, Pika i Cypriano. Po kilku chwilach przy piwie doszliśmy do wniosku ze w Zoppot kicha będzie i ruszyliśmy do Rewy. W Rewie szybkie taklowanko i na wode... Tego dnia wiało jednak jeszcze mniej niż dnia wcześniej więc były raczej uprawiane dupo-ślizgi niż konkretne pływanko. Ale dzień na wodzie zaliczony. Z Rewy wróciliśmy na wykład Goliego nt żagielków i ich poprawnego trymu. Wykład był ciekawy i można było z niego dużo się dowiedzieć- przypomnieć. Warto w tym miejscu jest dodać konkluzje: "NAWET NAJGORSZY ŻAGIELEK DOBRZE ZTRYMOWANY BĘDZIE LEPIEJ DZIAŁAŁ OD ŹLE OTAKLOWANEGO NOWEGO ŻAGLA". :D . Popołudnie sobotnie upływało w sielskiej atmosferze leniuchowania. Wieczorny grill bardzo nas wszystkich zintegrował - oprócz samego grilika i napoi "chłodzących" posilaliśmy się czekoladką (oczywiście jedynie słuszną Terravitą) oraz oglądaliśmy filmiki WS i koncerty. Niestety nie wiem jak impreza się zakończyła i o której bo poszedłem spać po dniu spędzonym na wodzie ;). Niedziela - to dopiero był oficjalny dzień. Na maszt SKŻ pod komendą Komandora SKŻ została wciągnięta flaga Unii Europejskiej. W ciągu dnia nie wiało więc się nam grupa rozlazła. Kilka osób zrobiło udane ślizgi w motorówce, cześć leniuchowała na plaży i w okolicach, część poszła na basen itd... Ja próbowałem z Hevim ujeżdżać Zoppockie fale - ale jakoś qlawo nam to wychodziło ;). Wieczorna feta była długa i wszyscy na pewno mają co wspominać. Co prawda doszło do zgrzytu z chujowym barmanem kantyny w SKŻ ale złych żeczy się nie powinno pamiętać. Wiem tyle, że imprezka się udała i skończyła na parkingu w samochodzie Cypriana na "dywagacjach". Poniedziałek - dzień pakowania i wyjazdów. Grupa zaczęła się rozjażdzać wiec my też. Spragnieni wiatru ruszyliśmy koło 12-tej w kierunku Helu. Dojechaliśmy na Małe Morze - i dupa. Po pierwsze zimno, po drugie mgła, po trzecie nie wiało. Szkoda się nam trochę zrobiło że już musimy jechać do Warszawki więc aby poprawić sobie nastrój (a właściwie naszym termosiarą) pojechaliśmy na Zamek do Rzucewa na obiad. Ehh, obiad był pierwsza klasa ... do tej pory wspominam ten smak i zapach.. POLECAM. Z Rzucewa do Wawy jest ok. 450 km. Więc chcąc uniknąć korków ruszyliśmy w trasę przez Malbork... Droga była całkiem niezła - tak więc w domu byliśmy około północy. Mimo tego że się nie napływaliśmy wyjazd był super bo windsurfing to nie tylko wiatr i woda - to także styl życia. (Ale mi qrna wyszło lamersko :P).
Pokaż całość ...