poniedziałek, 3 maja 2004

Dłuższy weekend w Działdowie

Na długi weekend jedziemy na Hel ........ do Szczecina ..... nie - oszczędzamy kasę i siedzimy w Warszawce ..... no chociaż zobaczymy gdzie jest jezioro Sulejowskie ..... moment - Muki dzwoni....... No - to zgodnie z ustaleniami jedziemy do Działdowa.



Na długi weekend jedziemy na Hel ........ do Szczecina ..... nie - oszczędzamy kasę i siedzimy w Warszawce ..... no chociaż zobaczymy gdzie jest jezioro Sulejowskie ..... moment - Muki dzwoni....... No - to zgodnie z ustaleniami jedziemy do Działdowa. Ze spontanicznością=10 (w skali 1-10) skorzystaliśmy z zaproszenia człowieka o spontaniczności=10 do miejsca znanego z imprez o spontanicności=10 - w ten sposób znaleźliśmy się w miejscu znanym reszcie teamu wyłącznie z opowieści (dziwnej treści przeważnie) - ojczyźnie Mukiego, Batmana i Urlicha von Jungingena - czyli w Działdowie. Jako totalny nieuk geograficzny, jeżeli chodzi o tereny inne, niż Pomorze Zachodnie - do końca byłem przekonany, że jadę na Mazury.



Jakież było moje zdziwienie, kiedy znaleźliśmy się z Dominiką na Warmii :). Do Działdowa zajechaliśmy ok. 13 i po krótkim wstępie krajoznawczym poturlaliśmy się w kierunku wylęgarni działdowskich talentów windsurfingowych - jeziora X. Jako max-profesjonalista olałem takie detale, jak zabieranie sprzętu - w końcu na miejscu na pewno będzie cała armia ludzi taklujących dla mnie żagle i pucujących deski (czytaj - wg nie miało wiać a wiało ledwo co). Pobujaliśmy się jakieś 2 godzinki z Mukim na spółkę na jego Exocet Free Slide 100 l i NS Disco 6.4 (najbardziej tunowany żagiel w Warszawie i na Warmii). Układ był dobry, bo zawsze, jak jeden pływał, to drugi zabawiał rozmową Dominikę.



Na koniec pojawiła się lokalna legenda - Batman - by przypomnieć nam, że nie pływać tutaj przyjechaliśmy i czas się zabrać ostro do roboty. Zasiedliśmy więc na Rovera i popedałowaliśmy do mieszkania Mukiego, w celu wymiany odzieży na wieczorową (dysponowaliśmy na spółkę jedną peruką i jedna wyczesaną koszulą wyciągniętą z grobu Freddyego Mercury -no ale od czegoś trzeba zacząć). Ok. 18 zajechaliśmy z piskiem opon do pensjonatu będącego w posiadaniu klanu Batmana (nazwa robocza - jaskinia nietoperzy). Tam przy grillu poznaliśmy resztę załogi - grill rozgrzewał się na tyle długo, że można było spokojnie poznać legion rzymski i rodziny wszystkich centurionów do 4 pokolenia wstecz - ale nikt nie marudził bo pić co było. Po obgadaniu wszystkich możliwych tematów poszliśmy z Dominiką podziwiać lokalne cudo - psa Barona. Pies jest tu dosyć przybliżonym terminem, bo moim zdaniem jest to wykopany przez miejscowych archeologów Piesus Rex. Zwierzę waży tak ze 2x tyle co ja, łeb ma 4x większy od mojej głowy, a jak stanie na tylnych łapach to go pewnie mogę bez schylania po jajkach podrapać. Jest przy tym łagodną przytulanką dla dzieci co dopełnia klimatu. Ustaliłem z Mukim, że Baron urósł tak od picia wódki więc pognaliśmy szybko do sklepu z nadzieją, że nam też się to uda. Nie udało się - ale i tak było nieźle:) Ledwo wróciliśmy, a ktoś rzucił 'Poloneza czas zacząć' - no i się zaczęło.Bo nie zna życia, kto nie imprezował z działdowskim teamem .. śpiewają okoliczni pieśniarze... Męskie streepteasy na stole suto zastawionym kiełbachą i wódką, nagie laski zakładające Mukiemu majtki na głowę, Batman pilnujący, żeby w ruch nie poszły wiszące na ścianach miecze, lance i pałasze, no i zespół trubadurów wyśpiewujących ekstatyczne "Znów jestem krową!!" - dzieciom w przyszłości na pewno nie będę tego opowiadać!. Kiedy my nażerci jak świnie oddalaliśmy się już w stronę spokojnego mieszkanka Mukiego, najwytrwalsi zażywali kąpieli na waleta w basenie pensjonatu - z tego co pamiętam męski streeptease, to nawet dobrze, że nie widziałem kąpieli na waleta ;).

Poranny tupot białych mew pozwolił nam tylko na geriatryczny spacerek po Działdowie. Jedynym wyzwaniem, które sobie postawiliśmy, było znalezienie zimnej coli dla Mukiego - misja została uwieńczona sukcesem po ok. 3 godzinach człapania po rynku. Do pionu wróciliśmy po obiedzie przyrządzonym przez opiekuńczego Mukiego (to z serii - 'Nieznane oblicza Mukiego') - no i oczywiście nagle nabraliśmy ochoty na kolejną imprezkę, tym razem trochę lżejszego kalibru. Nabyliśmy kiełbachy, kurczaczki, piwka i inne dobra i pobrykaliśmy z grillowym nastawieniem na działkę rodziców Mukiego. Tym razem zachowaliśmy głęboką kulturę osobistą i trzeźwi jak prosiaki wcześnie wróciliśmy do domu na nocleg. Ostatni dzień spędziliśmy u rodziców Gosiaka (dziewczyna Mukiego). Jak grzeczne dzieci posiedzieliśmy przy kawce i przetworach mlecznych, poasystowaliśmy przy myciu Rovera - no i w drogę. A droga, jak to droga do Wwy po długim weekendzie - kto to miasto postawił w takim miejscu, że kto żyw to z niego na weekend wyjeżdża?!?!

Wiecej zdjęć tutaj ..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz