środa, 25 sierpnia 2004

Maraton po ślizg

Wczoraj w nocy wróciliśmy z szaleńczej wyprawy na wybrzeże. Kierowani super prognozą, kombinowaliśmy wolne, braliśmy wavowy sprzęt i troszkę się przejechaliśmy. Relacyjkę spłodził WiR, zdjęcia robiłem ja więc jest co poczytać i pooglądać. Ja dodam od siebie tylko tyle, że spotkaliśmy sporo osób (Megi, Alda, Muzyk, Szczypes, Jastu, Zioło i jeszcze kilka innych ) Dla wszystkich najserdeczniejsze pozdrowienia.



Pisze, żeby dąć radość tym wszystkim, którzy olali ostatnie rewelacyjne prognozy i spędzili milo czas w pracy albo w domu :) Razem z Mukim postanowiliśmy jechać na srode/czwartek na Hel - oczywiście ze względu na super prognozy, trochę szkoda, ze z południowych kierunków i na Zatokę, no ale ważne, ze takie stabilne te prognozy i 20kts pokazują i w ogóle super. We wtorek wydarłem wręcz 2 dni urlopu, poza tym kombinowałem jak koń pod gore, czy aby na pewno Chałupy. A może Rowy? A może przynajmniej Jastarnia, jeśli już plw. Ponieważ nie trzymam sprzętu w domu, wiec po pracy we wtorek pojechałem po cały ten bajzel do Martineza (w tym sporcie sprzętu jest stanowczo, stanowczo za dużo:). Wróciłem od niego po 22 - jeszcze spakowałem kilka rzeczy na te 2 dni, przygotowałem namiot, śpiwór i inne duperele. No i przed 24 spać. Pobudka o 3:40, szybkie śniadanie, prysznic i w drogę - tzn. najpierw jeszcze 30 minut ładowania całego tego gówna na samochód. O 5 rano wylądowałem u Mukiego na Tarchominie - pakowanie wszystkiego na jego samochód zakończyliśmy ok 6 .... i po tak mile spędzonym poranku, rura na Hel.


Po drodze jeszcze krotka przerwa w rodzinnym Działdowie Mukiego (trzeba przecież zabrać jego wave'wowke i 4.6, bo na pewno się przyda) i 'już' o 11 byliśmy w 3-city. O kurna - fajnie się prognoza sprawdziła, ale wieje super. No jednak południe - no jednak tak, ale i tak jest git. No to po kawce w McDonalds (będę musiał odpokutować to, wspomogłem finansowo ta firmę), bo przecież jak tak wieje, to powieje równo jeszcze i można sobie kawę strzelić na rozruch. O 11:30 staliśmy już przy FunSurf w Chałupach. No wieje niby fajnie ale cos tak kolesie na żaglach 5.x się bujają dziwnie. Ale nic to - taklowanie 5.6. Skończyłem taklować ten cholerny żagiel (czy kiedyś wymyśla takie pompowane, co to się będą w 5 sekund rozkładać?) - z wody wychodzi Muzyk, rzuca jakiś wyraz na 'k', czy na 'ch', żeby opisać jak silny jest wiatr. No to chyba jednak 6.6 - znowu ta radość taklowania kolejnego Hot'a na maszcie nie będącym rdm'em. 6.6 popracowało przyzwoicie tak do 13 - potem przez godzinę ćwiczyłem sztangi, żeby wrócić do punktu wyjścia - ślizg kosztował mnie sporo odpadania. No ale przynajmniej sztangi znowu mi wychodzą po 2 latach przerwy :) Ok 14-15 (już nie pamiętam) jak nie pizgnie - na 6.6 jazda na dzikiej świni - parę prób airjibe i volcano (w zależności od tego, czy zdążyłem wyskoczyć ze strapów, czy nie) zakończone prawie identycznie (czyli mega pieprznięciem o wódę). Nie da rady na 6.6 - jak Rambo albo jaki inny Terminator, wydarłem na brzeg z prędkością dobrze zmotywowanego do biegu geparda. 5.6 trzeba brać - 'ale k... wieje', szybko, szybko -dobrze, ze się nie zsikałem jeszcze w locie z tej głupoty. Warunki na 5.6 skończyły się jednak definitywnie, jak już dobiegłem do wody - czyli 20-30 minut po tym, jak się zaczęły. Postanowiłem zostać na 5.6, bo już mi się niedobrze robiło na myśl o kolejnej zmianie żagla.


Nawet się jeszcze parę razy dało ślizgnąć - ale po 16 nastąpił definitywny koniec jakichkolwiek ślizgów. Do 19:30 zajmowałem się na przemian jedzeniem, piciem albo kręceniem helikopterów - no w końcu zaczęły mi wychodzić, bo kiepski byłem w tym, ze aż żal gadać. Ok. 20 sprawdziliśmy telefonicznie (przy użyciu protokółu o nazwie 'Chrabcio weź sprawdź prognozy') oraz przez WAP prognozy na czwartek i ..... postanowiliśmy jednak wracać do Wwy. Ja stwierdziłem, ze wole oszczędzić jeden dzień urlopu, a Muki wołał pospać w domu, zamiast w samochodzie. Załadowaliśmy znowu wszystko na biednego Roverka (zrobiliśmy z niego taki carbon-polypropylen sandwich) i ok. 21 - przelot powrotny. Przynajmniej wielu osobom poprawiliśmy nastrój - bo jak patrzyli na samochód obładowany na dachu 4 deskami, 4 bomami + quiverem na jakieś 30 kg (lekko licząc) to im się michy śmiały od razu. Droga minęła radośnie (ja bredziłem przez sen, starając się nie spać, a Muki udawał, ze jeszcze cos widzi i nie kieruje na ślepo). Drobne 5 godzin i byliśmy na Tarchominie u Mukiego. Teraz tylko przeładować mój sprzęt na mój samochód, potem dojechać do domu, rozpakować się, wnieść wszystko na 2 piętro - no można iść spać. Jest 3:30 - czyli w 24 godzinach od wstania się zmieściłem. Super. O 8 jakiś miły pan odpalił za oknem młot pneumatyczny - o 8:10 wyłączył go i tyle go widzieli. Bardzo, bardzo miły człowiek - znajdę go dzisiaj o utopie go w pierwszym sraczu, jaki znajdę. No dosyć już tego relaksującego urlopu - czas do pracy ..... odpocząć :) Podsumowanie: Nie było źle. Jestem zadowolony, bo przynajmniej trochę żaglem pomachałem i trochę się podszkoliłem z tego machania. Poza tym jednak parę ślizgów i parę skoków było. Nie było to jednak chyba do końca warte przejechania ponad 900km, kosztów paliwa itp. Dodatkowo na plus pisze się nam to, ze sprowadziliśmy Chrabciowi używane Ezzy 5.8 z FunSurfu. Chyba przestanę patrzeć na prognozy i będę jeździł 'na ślepo'. Wyjdzie na to samo, a przynajmniej będę mógł lepiej czas planować :)


Więcej zdjęć tutaj

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz