poniedziałek, 26 września 2005

Klitmøller 19.09 – 26.09.2005


Pomysł narodził się…. prawdopodobnie podczas jednej z tych bezalkoholowych imprez ;-) Złożenia były takie: to będzie Klitmøller, wyjazd nastąpi z Czarnocina po jesiennym Zlocie grupy pl.rec.windsurfing.

Pomysł narodził się…. prawdopodobnie podczas jednej z tych bezalkoholowych imprez ;-) Złożenia były takie: to będzie Klitmøller, wyjazd nastąpi z Czarnocina po jesiennym Zlocie grupy pl.rec.windsurfing. Trzy tygodnie przed Zlotem przystąpiliśmy do konkretyzowania dotychczas niezbyt ściśle ustalonych planów. Mimo, że termin był już przesądzony, sporo zostało do ustalenia. Przede wszystkim ekipa – kilku kandydatów odpadło w przedbiegach. Ich niezdecydowanie przyczyniło się do wielu zmian w planach, nie tu jednak miejsce na ich opisywanie. Wystarczy powiedzieć, że ostateczny skład wyglądał następująco: Fafik, Hubert, Martinezz, Muki, Pete, Qter i Wir (kolejność alfabetyczna). Wyjazd nastąpi z Czarnocina w ostatni dzień Zlotu – 18 września po południu. Wszyscy pakujemy się do jednego samochodu. Plymouth Grand Voyager jak sama nazwa wskazuje, idealnie nadaje się do takich zadań. Zabiera 7 pasażerów ciągnąc jednocześnie za dyszel przyczepkę ze sprzętem. Przyczepa pożyczona ze Statoil zostanie dodatkowo zapełniona jedzeniem, piciem i pomieści jeszcze parę innych gadżetów. Warto wspomnieć o nowym rekordzie świata w przedwyjazdowej determinacji, jakim popisał się Martinezz. Jako rasowy windsurfer trzymał sobie spokojnie sprzęt w przyczepie na Helu, tymczasem tuż przed wyjazdem okazało się, że nie ma za bardzo jak tego wszystkiego przetransportować do punktu Z czyli Czarnocina. Ostatecznym ratunkiem okazał się …. pociąg!!! Uzbrojony w cały swój windsurfingowy stuff, czyli dwie deski, trzy żagle, dwa maszty, bomy i resztę dupereli, pojawił się nasz bohater na dworcu PKP w Gdyni. Tu na jego drodze stanęła niemiła przeszkoda - konduktor, który z niewiadomych powodów nie chciał zrozumieć, że to co dzielny Martinezz taszczy na sobie jest pewną odmianą roweru i jako taki jak najbardziej zasługuje na miejsce w rowerowym wagonie. Przepustką okazał się, jak w większości rozmów z konduktorami, bonusowy banknot o nominale „reszty nie trzeba”. Sama podróż pociągiem w towarzystwie niemieckich emerytów podbijających Polskę na rowerach minęła beztrosko, podobnie jak ostatni etap Szczecin-Czarnocin, który Martinezz przebył odmianą VW Transportera adresowaną do szczególnej grupy odbiorców tzw. „Kapciowozem”. Potem pozostało mu już tylko cieszyć się z zakończenia tej nietypowej wycieczki na wieczornej imprezce w Czarnocinie, którą nie wiedzieć czemu w większości spędził jeżdżąc na trójkołowym rowerku.

Galeria Czarnocin

Ruszamy

Pakowanie odbywa się zgodnie z wcześniej ustalonym planem w niedzielę. Wyjeżdżamy z Czarnocina o godzinie 1730. Wcześniej sprzęt został perfekcyjnie spakowany, dopasowując się idealnie do całej objętości przyczepy. Pozostało miejsce na jadło i napoje różne, które zgodnie z planem zostały dokupione lołkostowo już po rozpoczęciu tripu w jednym z dużych sklepów spożywczych znajdujących się na terenie Szczecina. Tu ostatecznie wszelkie wolne szczeliny pod plandeką zostały uzupełnione i mieliśmy obrać kierunek „west”. Niestety coś odwróciło naszą uwagę i godzina wyjazdu ze Szczecina odwlekła się nieco… do 2330. W międzyczasie zwiększyliśmy obroty szczecińskiego baru KFC. Pani Jadzia, zamknięta w niewielkiej bryle palmtopa, wyprowadziła nas z uśpionego już nieco miasta kanałów bardzo sprawnie, na granicy w Lubieszyniu zobaczyli nas już po północy. Widać wpadliśmy w oko niemieckiemu celnikowi, ponieważ wyraźnie był pod wrażeniem tego, co zobaczył po plandeką. Wynikiem jego fascynacji było ważenie przyczepy. Wyrok brzmiał dość zaskakująco – dopuszczalna ładowność przyczepy 750kg, waga zmierzona 1,08 tony. Nadmiarowe 330kg wyraźnie zainteresowało celników wywołując żywiołową dyskusję i lawinę pytań. Bezprecedensowa wymiana zdań w języku polsko-niemiecko-angielsko-rosyjskim zakończona została pełnym sukcesem, celnicy zrozumieli, że grupa siedmiu windsurferów musi wlec ze sobą mnóstwo dziwnych gratów. Opuszczamy teren Polski z wyrazem szczerej chęci poprawy i obietnicą, „że to ostatni raz”.

Do Danii

Fakt przekroczenia granicy został nam niezawodnie zasygnalizowany przez nieskazitelny stan dróg niemieckich. Jadzia z Automapy została w kraju ustępując miejsca zdecydowanie męskiemu głosowi pilota z mapy Tom Tom. Parę minut później mknęliśmy już po pustej autostradzie A20. Pustej? Zbyt pustej! Jak się okazało nie bez powodu. Przekonaliśmy się o tym po dojechaniu do poprzecznie ustawionych na autostradzie pomarańczowych pachołków. Przymusowy zjazd z autostrady zakończył się kompletną dezorientacją naszego nowego pilota, stratą czasu i pewnej ilości drogocennego paliwa. Zjechaliśmy jak się okazało z jeszcze niewybudowanej autostrady, by znaleźć się na bocznych drogach prowadzących donikąd. Po 20 minutach podróży wąską drogą gminną wszystko wskazywało na to, że jedziemy w niewłaściwym kierunku. Trzeba było zawrócić, jednak rufa 9 metrowej karawany na maleńkim, nieoświetlonym wiejskim skrzyżowaniu, jak się miało okazać, nie należy do najłatwiejszych i najbezpieczniejszych manewrów. Duży łuk skrętu spowodował, że zwrot zakończyliśmy na przeciwległej krawędzi szosy. Gdy trzeba było karawanę szybko wycofać, przyczepa postanowiła jechać w niewłaściwym kierunku. Kiedy staliśmy dokładnie w poprzek drogi okazało się, że skrzyżowanie połączone jest z ostrym i mocno opadającym ku dołowi zakrętem, zza którego wyłoniła się szybko jadąca, sporych rozmiarów terenówka. Na szczęście wyhamowała, ale jej przepuszczanie wydłużyło czas spędzony na skrzyżowaniu i spowodowało powrót do niezamierzonego kierunku jazdy. Kiedy mieliśmy wykonać już właściwy manewr zawracania, usłyszeliśmy krzyk Martinezza: „Panowie Tir jedzie, ja pier..lę i wysiadam!!!”, co zresztą natychmiast uczynił. Szybko zbliżające się światła, charakterystyczne dla 16 tonowych ciągników siodłowych uświadomiły nam, że mamy najwyżej kilka sekund na odblokowanie jezdni. Należało szybko zapomnieć o zawracaniu. Bez zastanawiania ruszyliśmy, natychmiast przyspieszając. Zostawiliśmy w tyle ciężarówkę, i Martinezza na ciemnym wiejskim skrzyżowaniu. Przejechaliśmy dopiero 200 km, a już było nas o jednego mniej J. Zawróciliśmy w najbliższej wiosce i w drodze powrotnej zabraliśmy zmarzniętego Martinezza, który biegnąc za nami w japonkach obudził klapaniem chyba pół dojczlandi. Parę kilometrów dalej kupiliśmy na stacji benzynowej najtańszą mapę (7 ojro), która umożliwiła nam względną orientację w terenie i przejazd na zastępczą autostradę. Dalsze kilkaset kilometrów uśpiony surfmobil pokonał bez problemów ze średnią prędkością ok. 110km/h. Podróż niemieckimi autostradami do przyjemnych należy… pod warunkiem, że się dobrze rozplanuje dojazd do najbliższej stacji benzynowej. Nie jest to jednak takie proste, gdy ma się zepsuty wskaźnik paliwa, dość nietypowy balast w postaci 7 osób na pokładzie i doczepionej przyczepy z plandeką, a odległości między stacjami dochodzą do 70km. Charakterystyczne dławienie się silnika wskazywało jednoznacznie na zbliżające się kłopoty. Zatrzymaliśmy się przy znaku wskazującym odległości: najbliższy parking 500m, najbliższa stacja benzynowa 5km. Pobocze niemieckiej autostrady A7 jest wystarczająco szerokie, aby bez problemu zmieścić każdej szerokości pojazd. W przyczepce czekał w gotowości kanister z 20 litrami „taniej” J polskiej benzyny, tyle że schowany dość głęboko przed wścibskimi oczami celników. Akcja p.t. „wydobycie kanistra połączone z tankowaniem w kompletnych ciemnościach” odbyła się wśród świstu dziesiątek śmigających obok tirów. Zakup kamizelek odblaskowych okazał się dobrą inwestycją. Decyzja dotycząca ilości wlanej benzyny okazała się jednak błędna – wystarczyło na zalanie pompy - akcję należało powtórzyć. Nie wiadomo, czy zajęło nam to tyle czasu czy było to kwestią przypadku, jednak gdy w końcu ruszyliśmy, niebo zaczęło rozjaśniać panujące wkoło ciemności. Pierwsza mijana stacja benzynowa jednogłośnie została wybrana naszym źródłem zaopatrzenia. 1,30€ za litr benzyny gotówką (ostatnia stacja przed duńską granicą, z parkingiem na kilkadziesiąt tirów nie akceptuje kart typu Visa Elektron) to obrzydliwa stawka ale w Danii miało być jeszcze drożej, więc tankujemy do pełna i jeszcze uzupełniamy kanister. Niemcy pożegnały nas gęstą mgłą zaściełającą autostradę i ukrywającą jadące przed nami pojazdy.

Galeria podróż


Dania – dzień pierwszy (19 wrzesień)


Przejście graniczne okazało się czystą formalnością. Brodaty wiking będący chyba celnikiem nie pozwolił się nam nawet zatrzymać. Machnął tylko ręką żebyśmy jechali i nie blokowali przejścia granicznego. Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów zatrzymujemy się na duńskiej stacji benzynowej, żeby rozprostować kości i zrobić małą roszadę w samochodzie. Chłopacy zamieniają się miejscami, bo nie wszystkie są jednakowo wygodne, a Martinezz zastępuje Pete przy kierownicy. Stacja wyposażona jest w duży parking dla tirów, bogaty bar, sporej wielkości sklep, hot spot, czyste kibelki i co najciekawsze – cena benzyny wynosi nieco ponad 9 koron, czyli jest tańsza niż w Niemczech! Jedziemy dalej - pozostało nam 180km, najpierw po autostradzie, dalej po drogach krajowych nr 13 i 26 urozmaiconych nieskończoną ilością małych rond spowalniających jazdę. Wszyscy się już przebudzili, obserwują mijane olbrzymie fiordy, przecinające je mosty oraz ogromne trawiaste stepy z porozrzucanymi na nich setkami elektrowni wiatrowych. W końcu drogą numer 11 mijamy miasto Thisted i zjeżdżamy na drogę 557, która poprowadzi nas obok malowniczego Vandet Sø wprost do celu naszej podróży. Parę minut przed jedenastą trzydzieści, po osiemnastu godzinach spędzonych w podróży, zatrzymujemy się przy tablicy z napisem…Klitmøller

Klitmøller!

Miasteczko złożone z kilku ulic oraz ponad setki domków letniskowych jest o tej porze roku opustoszałe. Od czasu do czasu mija nas jakiś samochód na niemieckich rejestracjach. Niemcy stanowią większość tutejszej klienteli i w większości przyjeżdżają tu podobnie jak my ze względu na świetne statystyki wiatrowe i doskonałe warunki do uprawiania sportów wodnych. Przejeżdżamy miasteczko dwa razy wzdłuż w poszukiwaniu otwartego biura wynajmu domków. Jak się okazuje w poniedziałek nie jest to takie proste, w sezonie jesiennym część biur funkcjonuje w cyklu tygodniowym otwierając biuro tylko na dwie godziny w sobotę. Szukamy niedrogiego domku sześcio-siedmio-osobowego komunikując się z agentami telefonicznie. Numery telefonów wywieszone są na oknach wystawowych lub drzwiach ich zamkniętych biur. W biurze „Novasol” informują nas, że otwarte jest ich biuro znajdujące się w oddalonym o 14km Nørre Vorupør. Nie chce nam się jechać, szukamy dalej w Klitmøller. Na ulicy Ørhagevej 117 znajdujemy otwarte biuro z dużym szyldem „Klitmøller Sommerhusudlejning”. Średnio sympatyczna pani podczas krótkiej rozmowy telefonicznej z wynajmującym zadaje nam dwa pytania: „Windsurfers? From Poland?”. Po tej rozmowie okazuje się, że domki są ale „nür für familien”. Trzecie biuro „DanCenter” mieszczące się na skrzyżowaniu Ørhagevej z Vangsavej jest zamknięte ale obsługa umawia się z nami na spotkanie za 15 minut. Pojawia się po pięciu ale co z tego, skoro oferta ogranicza się do trzech domków w niezbyt ciekawych dla lołkostowej ekipy cenach. Zatrzymujemy się przy sklepie windsurfingowym „Westwind” w którym od sympatycznego sprzedawcy dowiadujemy się, że tydzień wcześniej była mała demolka po imprezie więc z domkiem dla windsurferów może być kiepsko – wskazuje nam na położone w południowej części Klit pole campingowe. Podobno jest tam odpowiedni klimat i dobre ceny. Dojeżdżamy na camping. Facet który z niejednego pieca chleb jadł proponuje nam kiepskiej jakości sześcioosobową chałupkę bez WC i łazienki za obrzydliwą cenę 2600dkr (ok. 1300zł)! Odpuszczamy sobie camping i dalsze zwiedzanie biur w Klitmøller, jedziemy do oddalonego o 14km Nørre Vorupør gdzie znajduje się drugie biuro polecanego nam wcześniej przez Sebę biura „Novasol”. Okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Oferta biura jest znacznie bogatsza, jest w czym wybierać. Decydujemy się wydać 440€ na duży, ośmioosobowy, bogato wyposażony domek, znajdujący się w centrum Klitmøller. Dwie godziny później mamy odebrać klucze i umowę w ich biurze znajdującym się w Klitmøller. Zjawiamy się tam o umówionej porze. Biuro jest zamknięte, ale umowa, mapka dojazdu do domku i klucze wiszą na gwoździu przy drzwiach J. Parę minut później docieramy do naszej kwatery. Kolejne chwile dostarczają nam wielu szokujących i miłych wrażeń. Domek stoi wśród wielu innych podobnych, jest bogato przeszklony, bez żadnych krat, fortyfikacji, czy innych zabezpieczeń i nikt tu się nie martwi o jego zawartość, a jest o co! W salonie znajdujemy szerokoekranowy telewizor, z cyfrowym tunerem satelitarnym, odtwarzaczem DVD, wieżę Hi-Fi z kolumnami. Kuchnia pełna sprzętu, w tym pełnowymiarowa lodówka z zamrażarką, zmywarka, kuchenka z piekarnikiem, dwa ekspresy do kawy, mikrofala, stosy naczyń, pojemniki na wszelkiego rodzaju napoje, garnki, patelnie, wyciskarka do soków i wszystko, co możecie sobie jeszcze wyobrazić. Część łazienkowa to pralka, suszarka, prysznic, jacuzzi, sauna i solarium. W Klitmøller jest pochmurnie i co najważniejsze wieje zachodnia czwóreczka, ale po kilkunastogodzinnej podróży i całodniowym szukaniu domku, sił wystarcza nam już tylko na krótką wizytację spotu Reef & Bay. Jest siedemnasta, kilku Niemców takluje sprzęt na wieczorną sesję – jutro tu wrócimy!

Galeria dzień 1



Dzień drugi – wtorek (20 wrzesień)

Wieje zachodni wiatr o średniej sile 16-24kts. Jest dziesiąta, na rafie (The Reef) w Klitmøller kilkanaście żagli. Najbardziej wysunięty na zachód parking, tuż przy zejściu na rafę jest już cały zajęty – zajmujemy miejsce na sąsiednim, na którym jest jeszcze pusto. Po otaklowaniu będzie trzeba jednak się przejść ze 100 metrów aby wyjść za cypel. U wszystkich widać wyraźnie ciśnienie na pływanie, przygotowanie sprzętu nie zajmuje zbyt wiele czasu. Pierwszy rusza Hubert, za nim reszta. Fafik jako osoba niepływająca ustawia się ze stanowiskiem foto na brzegu, całą sesję uwieczni przez teleobiektyw naszego aparatu (dzięki Fafik!). Schodzimy na wodę - brzeg jest stromy, kamienisty, a fala brzegowa gwałtowna. Dwa metry od brzegu o dnie można zapomnieć. Nie ma czasu na kombinowanie, ze startem trzeba się zmieścić pomiędzy dwoma falami, w przeciwnym razie ta druga wypluje całość na kamienisty brzeg. Techniki są dwie - rzut deski na wodę i szybki start z brzegu lub wejście nieco głębiej i równie szybki start z wody. Dalej pozostaje kilkadziesiąt metrów na wejście w ślizg i spotkanie z rafą. Wypłycenie jest duże, głębokość do pasa, dno kamieniste. Rafa ma około 50m długości, tworzy się na niej około czterech fal przybojowych. Każda następna jest większa, ostatnia to już dwumetrowy dziad, na którym co lepsi rajderzy wykonują kilkumetrowej wysokości skoki połączone z loopami. Błędy na rafie są natychmiast brutalnie weryfikowane przez kolejne fale. Sprzęt i rajderzy przechodzą przez pralkę i są wypluwani w kierunku wschodnim gdzie czeka łagodna przy tym kierunku wiatru zatoka (The Bay). Jest pokryta łagodnymi falami bez grzywek i niestety bezwietrzna. Nie ma mocnych - wszyscy zaliczamy trójkąty. Rekord należy do Martinezza – próby powrotu z bezwietrznej zatoki na rafę kończą się dla niego dwudziestominutowym powrotem z pomocą Mukiego, Wira i Qtra. Zabawom na falach nie ma końca, przybój daje szansę na weryfikację umiejętności i ich szlifowanie. Są więc wysokie skoki (niestety bez loopów w naszym wykonaniu), jest jazda i zwroty na fali, są tricki wave i są panicznie szybkie starty z wody. Pływanie kończymy bez strat sprzętowych około godziny 16:00. Dość wcześnie ale wszyscy jesteśmy zdania, że jak na pierwszy dzień było aż nadto – przecież jutro też tu będziemy pływać!

Po powrocie do domku rozkoszujemy się pysznym obiadkiem. Wieczorem jedziemy drogą 26 na północny zachód, aby zapoznać się ze słynnym spotem „Middles” położonym w pobliżu Hanstholm. Spędzamy trochę czasu w pobliżu portu, strzelamy kilka wieczornych fotek przy olbrzymich słupach elektrowni wiatrowych i kierujemy się dalej w kierunku „Fish Factory”. Tu zaczyna się kamienista plaża „Middles” ciągnąca się w kierunku wschodnim przez kilkanaście kilometrów tworząc łagodną zatokę idealną do pływania przy kierunkach W, NW, NE i E. Tu również musimy wrócić ze sprzętem! Do Klit zajeżdżamy grubo po godz. 21. Resztę wieczoru spędzamy w salonie umilając sobie czas trunkami i czekoladą „Terravita”. Jest wreszcie czas by powspominać wydarzenia dzisiejszego dnia.

Galeria dzień 2


Dzień trzeci – środa (21 wrzesień)

Nie wieje – mamy podłe humory. Przyczepę ze sprzętem odpinamy od naszego surfbusa i szukamy spotu na skimboard i bodyboard. Na pierwszy ogień idą bunkry na południe od Klit, potem sprawdzamy kolejne plaże aż do Nørre Vorupør. Tam uzupełniamy zapasy kawy i niezbędne w przypadku 7 żartych chłopa, tabletki do zmywarki. Wracamy na zatokę w Klit.

Sesja skim-body-boardowa zostaje uwieczniona na licznych fotkach. Popołudniu jedziemy do Hanstholm. Zwiedzamy muzeum bunkrów gdzie jak sama nazwa wskazuje znajduje się kompleks fortyfikacji z okresu II Wojny Światowej, bunkry i kilka dział, w tym ogromna lufa kalibru 38cm. Stamtąd wyruszamy na spot „Middles” w okolice Vigsø, gdzie zbieramy wiadro małży na podwieczorek. Mimo braku wiatru dzień można zaliczyć do udanych. Wieczór jak inne wieczory – sauna, koncerty i filmy… zamiast popcornu wcinamy gotowane mule.

Galeria dzień 3


Dzień czwarty – czwartek (22 wrzesień)
Ranek wita nas słońcem i lekkim południowym wiaterkiem. Szybkie pakowanie sprzętu i ruszamy w poszukiwaniu wiatru nad Vandet Sø. Niestety jezioro jest od tej strony niedostępne. Jedyne dojście znajduje się na południowo-wschodnim brzegu – jezioro nadaje się tylko na silne wiatry zachodnio-północne, gdy na morzu robi się zbyt niebezpiecznie dla lamerów. Ruszamy więc do Thisted licząc na pływanie na Limfjorden. Tu również zero wiatru, można się co najwyżej opalać – samochód z przyczepą zostawiamy na dużym parkingu w porcie i ruszamy na spacer po mieście. Thisted jest malowniczym, portowym miasteczkiem leżącym 14km od Klitmøller.
Robimy rundkę po starówce, zaglądając do sklepów i szukając kafejki internetowej. Muki weryfikuje ceny towarów w sklepach przeliczając wszystko na euro i złote. W informacji turystycznej dostajemy namiar na kafejkę internetową znajdującą się w bibliotece miejskiej. Tam wyjątkowo miła pani informuje nas, że do dyspozycji jest 30 komputerów i usługa ta jest całkowicie bezpłatna J. Sprawdzamy prognozy, chłopaki wrzucają post na grupę i powoli ruszamy w stronę domu. Prognoza wskazuje, że powieje dopiero w piątek L. Cała wycieczka zajmuję nam dwie godziny.
Ostatnim gestem rozpaczy skręcamy z drogi w kierunku Vandet Sø. Mapa pokazuje, że od zachodnio-południowej strony może być szansa dojazdu do jeziora. Przejeżdżamy kilka kilometrów kamienistą ścieżką, która mogłaby kandydować do miana jednego z etapów Camel Trophy. Zataczamy duży krąg nie zbliżając się jednak do jeziora na odległość mniejszą niż 200m. Po drodze, z sercem na ramieniu Pete przeprowadza karawanę przez spróchniały drewniany mostek. Niestety cały wysiłek na nic, wracamy na Klitmøllervej. Około 15-tej zajeżdżamy do Klit na rafę gdzie Wir decyduje się na godzinną sesję bodyboardową. Reszta wraca do domku by prowadzić w nim standardowe życie emeryta – obiad z grilla, sauna, piwko i wieczorne filmy z DVD.

Galeria dzień 4


Dzień piąty – piątek (23 wrzesień)
Wieje niezdecydowanie z południa. Nieśpiesznie wstajemy i za poradą lokalesa z surf shopu ruszamy do Krik – miejscowości położonej około 40km na południe od Klitmøller. Spot leży na przedmieściach Krik, w otoczeniu czterech duńskich chat i starej stodoły. Nad fiordem znajduje się 100 metrowej długości nasyp dzielący linię brzegową na dwie zatoczki, z których przy tym kierunku wiatru jedna jest zafalowana, a druga płaska. Na parkingu mieści się kilkanaście samochodów. Zjechała się spora grupa niemieckich i lokalnych kitesurferów. Windsurferów nie widać, więc obawiamy się trochę konfliktu interesów. Mierzymy siłę wiatru. Wychodzi średnia około 12kts, taklujemy więc pędniki 6,2 do 8,4m2. Taklowanie odbywa się na trawce, a od wody dzielą nas dosłownie trzy kroki. Przy południowym wietrze jest to miejsce przypominające Zatokę Pucką – niewielka falka, częste wypłycenia. Brzeg nasypu złożony jest z kamieni, lecz już 4 metry w głąb zatoki zaczyna się piasek. Jest to dobre miejsce do uprawiania freestyle’u oraz do pływania przy silnych wiatrach, gdy zejście na morze przerasta nasze możliwości J. Spot nadaje się na większość kierunków poza północnymi. Należy zwrócić uwagę na to, że przez środek tego fiordu przebiega wyraźnie oznaczony tor wodny, po którym od czasu do czasu przepływają mniejsze i większe statki. Pływanie jest typowo zatokowe i zajmuje nam kilka godzin, aż do momentu w którym wiatr spada do 7 węzłów. Wiatr nas nie rozpieszcza, chwilami są problemy z odpalaniem. Czas spędzamy na lajtowym pływaniu po prostej oraz skokach na małych falkach połączonych z podejściami do freestyle’u. Słońce świeci cały czas, z brzegu sesję uwieczniają naszą cyfrówką Fafik i Hubert. W kadrze najczęściej pojawia się Muki, któremu słabe warunki wiatrowe nie przeszkadzają w fikaniu tuż przed obiektywem. Po spakowaniu sprzętu do przyczepy okazuje się, że liczba szkwałów rośnie. Stwierdzamy, że nie jesteśmy na tyle wypływani by wracać do domu. Żeby się jednak nie taklować w tym samym miejscu, postanawiamy jechać do przystani promowej, mieszczącej się na końcu 5km cypla ciągnącego się wzdłuż zachodniego brzegu fiordu. Droga którą pokonujemy w parę minut jest prosta jak strzała i kończy się zjazdem na prom. Po prawej stronie mijamy mały zalew i wydmy, za którymi ciągnie się linia brzegowa Morza Północnego, natomiast po lewej fiord, który w tej części jest rezerwatem ptactwa wodnego. Cypel przypomina nieco naszą drogę na Hel tyle, że w promieniu kilku kilometrów nie widać żadnych drzew i samochodów.

U celu zastajemy znajomą grupę kilkunastu kitesurferów. Po szybkim wywiadzie na temat głębokości (obawialiśmy się, że będzie za płytko gdyż w głębi zatoki widać było ogromną wydmę) decydujemy się zamoczyć. Na wodę schodzą Martinezz, Wir, Qter i Muki. Ich radość nie trwa jednak długo, gdyż po około 30 minutach wiatr zostaje wyłączony. Na kamieniach wokół falochronu chroniącego port dla promu zbieramy jeszcze muli oraz znajdujemy w końcu żywego kraba. Niestety nie był na tyle duży, aby nadawać się do ugotowania J. Zmęczeni całodniowym wypadem, wracamy do domku na kolację, mając nadzieję, że kolejny dzień pozwoli nam w końcu popływać na morzu. Przy domku na naszej ulicy zastajemy miłą niespodziankę. Do Klit przyjechała reprezentacja Los Lameros w osobach Muzyka i Grandslama z trzyosobową ekipą młodych surferów z Trójmiasta. Info od chłopaków, że musimy wstać rano bo ma wiać w godzinach od 7 do 11-tej spowodowało skrócenie wieczornej imprezy i zmusiło nas do ustawienia budzików na godzinę 6-tą.

Dzień szósty – sobota (24 wrzesień)

O godzinie 7 wciągamy szybkie śniadanko i ruszamy na poszukiwania wiatru. Piątkowe prognozy zapowiadały wiatr z południa. Realia pokazują jednak, że wieje ale kierunek się nie zgadza NW. Lamerosi są już na trasie w kierunku Krik, my ruszamy zbadać sytuacje na rafie i zatoce w Klit. Tam okazuje się, że wiatr się odwrócił i w zatoce wieje średnio 12 węzłów, lecz jest on-shore (czyli wprost na brzeg :P). Krótki kontakt telefoniczny potwierdza, że na południu Lamerosi nie znajdują ciekawych warunków. Po krótkiej naradzie ruszamy w drogę na „Middles”. Kilkanaście minut później zajeżdżamy na łączkę położoną kilkaset metrów na wschód od „Fish Factory”. Wieje wiatr o średniej sile 14, a w porywach do 17 węzłów. Informujemy o warunkach Lamerosów, szczęście maluje się na twarzach wszystkich riderów. Szybkie taklowanie – większość żagli w okolicach 5-6m2, Pete 7,5m2. Schodzimy na wodę około 9:30, na spocie pojawia się ekipa z trójmiasta. Latanie trwa niestety tylko 2 godziny. Z każdą minutą fale robią się coraz większe ale wiatr słabnie - około 12-tej wiatr siada zupełnie. Spot „Middles” jest dobry przy wiatrach z górnej połówki (od W przez N do E). Zejście do wody jest mocno utrudnione gdyż na dnie jest „rafa”, która kryje pod wodą wiele niespodzianek takich jak głazy, dziury i wypłycenia. Czujność jest tu więc wysoce wskazana. Jednak zejście do wody jest niczym w porównaniu z wyjściem. Łamiące się fale, podłoże z wieloma skałami i dziurami skutecznie utrudniają wyniesienie sprzętu na brzeg. Tym razem brak silnego przyboju i raczej lajtowe jak na morze warunki sprawiają, że w ekipie obyło się większych strat - wszyscy czuli się ukontentowani – za wyjątkiem Martinezza, który złapał jakiegoś żołądkowego bakcyla. Fajne falki do ujeżdżania na prawym halsie sprawiły, że pierwsze prawdziwe jazdy na fali zostały zaliczone. Poleżeliśmy jeszcze na trawce delektując się słoneczkiem i wspaniałym otoczeniem, gdy na spocie pojawił się Bartek Świderski z ekipą z Vistula-Surf.net. O pływaniu nie było mowy, więc zaprosiliśmy chłopaków do nas na „herbatkę”. Razem czas spędziliśmy miło i przyjemnie wypijając kilka browarków (pierwszy raz również duńskich), wciągając produkty „Terravity” i wymieniając się informacjami o spotach na których pływamy. Późnym popołudniem wciągamy szybki obiad, potem sauna, jacuzzi i film z projektora… dzień zakończony. Jutro podobno ma wiać…

Dzień siódmy – niedziela (25 wrzesień)
Nie wieje. Po późnym śniadaniu Hubert, Qter, Muki i Wir idą na spacer nad zatokę. Na plaży znajdują komórkę z menu po Duńsku oraz spotykają Lamerosów poszukujących w sklepie „Westwind” surfboarda, do bezwietrznej zabawy się na falach. Po raz kolejny okazuje się, że przeklinanie po polsku (brak wiatru mocno do tego zachęca) ułatwia nawiązywanie kontaktów z rodakami przebywającymi za granicą – oprócz nas na parkingu przy zatoczce jest jeszcze... 10 osób z Polski. Pozdrowienia dla Bola, Baksa, Robercika i reszty ekipy z Pomorza Zachodniego. Po powrocie do domu stwierdzamy, że nie ma co siedzieć na dupie - należy szukać wiatru. W drodze na rafę w Klit znaleziony wcześniej telefon dzwoni – umawiamy się z właścicielem na odbiór w surf-shopie. Podjeżdżamy na rafę gdzie tworzą się imponujące fale. Wir ponownie decyduje się na bodyboard. Wieje słabo SW ale ciśnienie na pływanie rośnie, więc ściągamy Wira z wody i jedziemy do Thisted licząc na ostatnie lajtowe pływanie na płaskiej wodzie. Wiatr nie przekracza jednak 10kts - spędzamy godzinę przy brzegu fiordu na partyjce Scrabble i wracamy do Klit. Coraz wyraźniej dociera do wszystkich, że ostatnie pływanie na duńskich wodach mamy już za sobą. Pozostaje nadzieja, że cud zdarzy się w poniedziałek. Pojawiają się sugestie o przedłużeniu pobytu tłumione przez niektórych pracoholików J. Godzina 21. Mamy gości – odwiedzają nas Michał Rajter i Marek Skrzypczyński. Spędzamy wieczór na oglądaniu filmów WS przy drinkach i piwie. Na zewnątrz rozwiewa się dobra czwórka – hrrrr…

Dzień ósmy – poniedziałek (26 wrzesień)

Nadzieja matką głupich. Wiatru zero. Jakieś koślawe prognozy na następne dni nie dają nawet motywacji do pozostania dłużej w Klitmøller. Sprzątamy domek i ładujemy dobytek na przyczepę. Zostawiamy klucze od domku na gwoździu w biurze „Novasol”. Wyjeżdżamy z Klit po 13-tej przy słonecznej i bezwietrznej pogodzie. Po drodze zatrzymujemy się na godzinę w Skive na mały spacer i zakup pamiątek. Tankujemy benzynę „do pełna” w przyzwoitej jak na zachodnie standardy cenie (w przeliczeniu około 4,60zł) i skierowujemy się na autostradę E45. Tym razem na drodze nie ma mgieł, widoczność jest znakomita, możemy więc nacieszyć oczy wspaniałymi widokami na duńskie fiordy z ogromnych mostów wiszących kilkadziesiąt (nawet ponad 100) metrów nad nimi. Wyludnioną granicę mijamy z prędkością 60km/h. Przed nami do pokonania najdłuższa część trasy, po niemieckich autostradach. Tym razem nie dajemy się nabrać na autostradę A20 (trzeba przyznać, że gostek z TomTom’a robił wszystko co w jego mocy żeby nas tam sprowadzić), jedziemy przez A7, częściowo A21, później A24 i dalej A10 do ringu Berlińskiego. Tutaj następuje zemsta TomToma – zamiast skierować nas autostradą A11 na Kołbaskowo, wybiera A12 i drogę przez Świecko. Niestety śpiący 'łącznik zachodniopomorski' czyli Wir nie reaguje na czas sprzeciwem. Oprócz nadłożonej drogi przez Poznań, mamy wątpliwą przyjemność skorzystania z jednego z trzech odcinków polskiej autostrady pana Kulczyka. Przejazd 5km niepomalowanym autostradowym asfaltem kosztuje nas 27zł! Do Bydgoszczy dojeżdżamy wczesnym porankiem, gdzie zostaje Pete, Voyager i przyczepa ze Statoil. Po przepakowaniu reszta ekipy wyrusza w ostatnią trasę do Warszawy. Z windsurfingowego punktu widzenia podsumowanie pobytu wypada niezbyt optymistycznie – 3 dni pływające, jeden zagubiony. Jest jednak i druga strona medalu. Spędziliśmy tydzień we wspaniałym towarzystwie równych gości, poznaliśmy ciekawy kawałek duńskiej ziemi, spotkaliśmy sporo bardziej lub mniej znanych nam dotychczas osób, wiemy już co i jak – na przyszłość nie damy się niczemu i nikomu zaskoczyć. Jest OK – zaliczyliśmy kilka kultowych spotów, na paru z nich udało się nam popływać. Nie zdarzyło się nic złego, nie musieliśmy korzystać z wykupionego ubezpieczenia – wróciliśmy cało do domu, mieszcząc się z zapasem w założonych wcześniej kosztach wyjazdu.



Co warto wiedzieć:
W Klitmøller znajdziecie trzy biura wynajmu domków letniskowych. Wszystkie mieszczą się przy głównej ulicy (Ørhagevej), przy czym „Novasol” jest najczęściej zamknięte, bo czynne jest ich biuro w oddalonym o 14km Nørre Vorupør (tel. 97975757, www.novasol.de). „DanCenter” znajdziecie przy skrzyżowaniu Ørhagevej z Vangsave (tel. 97922288). Trzecie biuro mieści się pod numerem 117 i nie ma nazwy. Biała tablica z zielonym napisem umieszczona na ich ceglastym budynku głosi „Klitmøller Sommerhusudlejning”. Nam odmówiono tam wynajmu ale Los Lameros podobno wynajęli tam domek za niewiele ponad 300€.
Sezon „tanich domków” (oznaczony „D”) zaczyna się we wrześniu, a kończy w drugiej połowie maja, od końca października do połowy marca i dwa tygodnie kwietnia trwa najtańszy sezon „E” (z wyjątkiem Sylwestra i Świąt). W tym czasie sporo domków stoi pustych, więc z wynajmem na miejscu nie powinno być większych problemów. Domki na 8 osób można znaleźć nawet w cenie zbliżonej do 300€ za tydzień. Do ceny należy doliczyć od 50€ do 150€ kaucji za prąd, wodę i sprzątanie!
W okolicach Nørre Vorupør, Klitmøller i Hanstholm znajdziecie spoty wave dla wszystkich kierunków wiatrów od SW poprzez W, N, NE po E. Przy kierunkach S, SE można popływać na fiordach w Krik i w Thisted.
Paliwo na stacjach w Danii nie jest droższe niż w Niemczech, a być może niedługo i w Polsce :-/
Jeśli czegoś zapomnicie kupić w Polsce – nie ma tragedii. Ceny na towary są często wyższe niż w Polsce ale małe zakupy nie powinny doprowadzić was do bankructwa.
Niemiecka autostrada A20 jest na trzech odcinkach dopiero budowana. Ma być oddana do użytku w 2006 roku. Odległość od polskiej granicy do Klitmøller to około 900km.
Jadzia nigdy ci nie skłamie – najwyżej ci prawdy nie powie.


Euro do PLN - 3,97
Korona do PLN - 0,54
Totalny koszt wyjazdu – 7219 zł
Koszt na 1 uczestnika – 1031 zł



Popełnił: wiatro-lutki & Pete Pokaż całość ...

czwartek, 23 czerwca 2005

Tym razem nie było pomyłki ... ;)


W środę zapadła szybka decyzja. Prognozy mówią, że ma wiać więc trzeba tylko załatwić urlop i razem z Jarkiem umawiamy sie na start z samego rana do Chałup na środę i czwartek. Wyjeżdzamy o 5 rano i już przed 9 meldujemy się u Zioła w fabryce.

W środę zapadła szybka decyzja. Prognozy mówią, że ma wiać więc trzeba tylko załatwić urlop i razem z Jarkiem umawiamy sie na start z samego rana do Chałup na środę i czwartek. Wyjeżdzamy o 5 rano i już przed 9 meldujemy się u Zioła w fabryce. Tam śniadanko, ostatni rzut oka na prognozy i podbudowani optymistycznymi "przepowiedniami" próbujemy namówić Bartka na sesyjkę na wodzie. Niestety stwierdził, że przed 20 nie wyjdzie z roboty więc pokrzepieni herbatka ruszamy na Półwysep. Po drodze uginające się drzewka przekonują nas, że powinno być dobrze.

Parkujemy na kempingu "Chałupy 6" i to co zobaczyliśmy na wodzie przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Słońce, prawie pusto na wodzie i dobre 6B. Taklujemy co mamy najmniejszego (ja 4.6 Jarek 5.4) i zaczynamy walkę. Okazuje się, że ja mam za dużo a Jarek to już naprawdę walczy o życie. Na brzegu spotykamy lokalesa z wiatromierzem, który mowi nam, że zmierzył 27 węzłów !!!. Zioło poinformowany co się dzieje na wodzie zjawia się po 2 godzinach odkładając robote na noc ;). Przywozi ze sobą żagielek 4.2, wavową desię i zaczyna latać bez żadnych problemów. Odpuszczamy sobie około godziny 16:30, kiedy to Zioło musi jechać a my zrobić sobie przerwę. Stwierdzamy jednak, że nie ma sensu katować sie i postanawiamy poczekać aż wiaterek trochę odpuści. No i około godziny 19, pakuję się w piankę i schodzę ponownie do wody. Jarek uzbrojony w aparat robi mi zdjęcia a ja ostatkiem sił latam do zachodu słońca. Wieczorem wystarczyły dwa "Specjały" bo położyć nas spać. Rano przywitało nas jakieś lajcikowe 3-4B i słońce. Po katordze dnia poprzedniego nie chce nam się nawet dotykać wiekszych żagli więc powoli zaczynamy pakować sprzęt, aby ciągle umęczeni wrócić do domu. wniosek nr 1: Czas kupić jakąś szmatkę w okolicach 3.x m2 wniosek nr 2: RDM to jest to ;)



Tu są zdjęcia z tego wypadu




Pokaż całość ...

sobota, 18 czerwca 2005

Mmmmmmmmmm Narew ....


Godz. 9.00 pobudka, rzut okiem na aktualny wiatr na lotnisku i na moście w Zegrzu, super wieje!!! Na wszelki wypadek wziąłem cały swój sprzęt, żeby nie zapeszać ... ok 10 wyjechałem spod bloku. Po drodze drzewka fajnie się bujały i już wyobrażałem sobie co jest na wodzie.

Przejeżdzając obok dzikiej nieźle się uśmiałem w duszy widząc te dzikie tłumy na wodzie i na brzegu ... ;) Przed 11 zjawiłem się przy wale na Narwi. Chłopaki już wymęczeni, pływali od 9 ... Dzioman z kolegą, Konrad, Hubert Grabek z kolegą zameldował się z 15minut przede mną, potem dojechał Qter z Fafikiem i Muki z kobietą i ze znajomymi.

Zacząłem taklowanie od 6.3, bo tak mi to wyglądało na wodzie. Jak rozwinąłem żagiel zajechał muki, który wyskoczył na szybki rekonesans i zaczął taklować 4.6. Za chwile Hubert zakomunikował, że już nie ma siły, a pływał na 5.4, potem jeszcze Dzioman, który jeździł na wypałowanym 5.8 zamęcił mi w głowie i w końcu zszedłem na 5.2 i 86l ... Muki w tym czasie jak ja przetaklowywałem się na 5.2 zdążył sie zmęczyć. Troche pojeździłem, ale miałem za mały żagiel, sic! Straciłem chyba z godzinkę pływania przez to przetaklowywyanie się. Po założeniu 6.3 dopiero mi się micha cieszyła. Wiało pod prąd, robiły się bardzo fajne, równe falki, jak ktoś był i pływał na Wiśle pod Płockiem to wie o czym mowa. Z drugiej strony Narwi pływała jeszcze jedna osoba ale nie bardzo wiem skąd startowała i jak tam dojechać. Ogólnie mogę powiedzieć, żę to było moje najlepsze pływanie w tym sezonie. Patrząc na dane meteo śmiem twierdzić, że warunki były lepsze niż na Helu ;) Grabek na wiatromierzu z brzegu zmierzył średnią 6B, w porywach do 7B, a na środku na pewno było lepiej. Tak więc mogę śmiało powiedzieć, że przez pół dnia wiała piękna szósteczka :D Chyba nie było dzisiaj osoby, która nie była by zadowolona z pływania. Nie wiem czy powtórka jutro będzie konieczna, ale jak bedzie wiatr to grzech go zmarnować.



Więcej zdjęć tutaj


Pokaż całość ...

sobota, 4 czerwca 2005



Tym razem przywiało w weekend. Sporo ludzików stawiło się na WKS, a mi niestety kontuzja nie pozwoliła zejść na wodę. Wiało troche onshore więc i zdjęcia nie szczególne no ale zawsze to coś ....


Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

wtorek, 31 maja 2005




Chwile po powrocie z długiego weekendu prognozy na Zegrze pojawiły się naprawdę obiecujące. Jeszcze rany na dłoniach nie zdążyły sie zaleczyć a tu nagle znów pływanko na 5.4. Oj gdyby cały sezon był taki wietrzny ... :)


Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

sobota, 28 maja 2005

Długi weekend na Półwyspie


No zbliża się kolejny długi weekend. Myślę sobie, że może by popływać. Nie ja nawet wiem, że bez pływania nie da rady (ufff dobrze, że mam wyrozumiałą kobietę J). Część wiatrolutków już w Piaskach, część uziemiona w swoich "norach" no i nie mam z kim jechać (Gosiak musiał się stawić w piątek w fabryce L).

Jednak Chrabcio poinformował mnie, że Adam jest rozbity na Chałupy 6, więc krótki fon do niego i do Kuby, który wyraził chęć zabrania się ze mna z Gdańska przekonały mnie, żeby jechać. Co prawda w czwartek miało nic nie wiać wiec postanowiłem wyruszyć na piątek by jak się okazało zaliczyć jak do tej pory najfajniesze pływania w tym sezonie. Wyruszyłem o 4 z wawy, po drodze śniadanko w Działdowie i już o 8:30 zameldowałem się przed akademikiem Kuby. Zapakowaliśmy jego sprzęcior na furę i teraz już w trójkę (towarzyszyła nam również dziewczyna Kuby - Gośka) udaliśmy się w stronę Władka. Dodam tylko, że na stopa z pod akademika zabrał się z nami kolega, którego pół rodziny pływa na deskach i to z międzynarodowymi już sukcesami. Po kolejnej godzince byliśmy już na kempingu. Szybciutko namierzyliśmy Adama z Kaśką i z braku wiatru rozpoczęliśmy pobyt w Chałupach od uraczenia się złotym trunkiem. Mimo jakichś 2B na wodzie, jako że byliśmy mocno na głodzie weszliśmy pobujać się chwilę. Nie minęło dużo czasu jak stwierdziliśmy, że nie ma sensu się katować, wzięliśmy browar w łapkę i zaczęliśmy szukać znajomych. Na surffestiwalu odbywającym się na boisku w Chałupach namierzyliśmy stoisko Xwind i Challengera/Crossmax a na nim Kapcia z B@mem i Ulą. No od tego czasu stoisko to stało się naszą bazą wypadową na wschód od kempingu J. Do sklepu blisko, znajomych zaczęło się pojawiać coraz więcej, dookoła kupa żagli, desek i reszty tego całego badziewia więc można się było poczuc jak w raju J. W każdym bądź razie gdy tak sobie popijaliśmy (Kapeć już pewnie spał), koło godziny 17 Kubuś rzucił hasło, że wieje i poleciał gdzieś z jakąś wielką szmatą. My (jako że z natury jesteśmy niedowiarkami i mieliśmy w sobie już po kilka piw) stwierdziliśmy, że nie ma co odstawiać na bok "naszego paliwa" (jesteśmy orędownikami hasła: "piwo to nasze paliwo") dla jakichś marnych 3B. Jednak gdy tylko się wychyliliśmy zza stoiska zobaczyliśmy pływające już w ślizgu desie. No to sru biegiem na kemping, wbijanie się w mokre jeszcze pianki i już po kilku minutach jeździmy sobie pięknie. Co prawda trzeba było się wyhalsować jakieś 500m od brzegu, ale za to równy wiaterek, który utrzymywał się jakieś 3 godziny dał nam bardzo wiele satysfakcji. Schodziliśmy z wody pełni satysfakcji licząc na więcej J .Wieczorkiem pojawił się Robsy i Waluś i trochę większą grupą udaliśmy się na plażowe piwko. Sobota przywitała nas zupełna flautą i zabijającym słońcem.

Dzień spędziliśmy na szukaniu masztu dla Adama, siatkówce i oglądaniu stoisk na surffestiwalu. A trzeba było przyznać, że było co ogladać bo pierwszy raz widziałem w jednym miejscu tyle stoisk. Szkoda, że na coroczny targach Wiatr i Woda jest tylko namiastka tego co było w Chałupach. Odbyły się nawet 2 hity zawodów freestylowych, ale jako, że wiatru było brak nic ciekawego nie zobaczyliśmy (no może oprócz wymyku na bomie w wykonaniu Łukasza Cerana). Niedziela. Tak to był dzień, który będziemy wspominać co najmniej jeszcze przez tydzień J. O 7 rano zostałem obudzony szumem liści i już o 7:05 latałem na 6.2 by po kilkunastu minutach przetaklować się na 5.4. Słońce, ciepła już woda, brak tłoku i równe 5B dało nam naprawdę coś na co czeka się całą zimę. W międzyczasie załapaliśmy się nawet na finałowy hit w którym to Bocian vs Kuba Kosmowski pokazywali już ślizgową "wyższą szkołe jazdy". Raport od Ufa mówił, że w Piaskach flauta więc tym bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że wybór Półwyspu był jak najbardziej trafny. Na wodzie spędziliśmy 8 godzin by totalnie wykończeni i szczęśliwi zacząć pakować furę w drogę powrotną. Jeszcze tylko 8 godzin by położyć się w swoim łóżku z uśmiechem od ucha do ucha i ranami na dłoniach, które jeszcze kilka dni będą przypominały o pięknej niedzieli.

Więcej zdjęć tutaj


Pokaż całość ...

wtorek, 17 maja 2005

Przyjemny wieczór na wodzie ...



Tym razem pakowaliśmy się dosyć późno po pracy. Na dworzu deszcz, parno, zero wiatru i na dodatek nadciagające burzowe chmury. Jednak prognoza mówiła, że będzie dwie godziny wiać więc nie mogliśmy sobie tego odpuścić. Zapakowaliśmy się z Ufem do jego fury, po drodze wciągneliśmy jakiś pokarm i bardzo szybko bo o 17 byliśmy już na WKSie ;). Na miejscu czekał juz Grabek z Jarkiem.

Nie wiało prawie nic, ale znając kaprysy Zegrza otaklowaliśmy się i sru na wodę. Trochę bujania i powoli, powoli zaczynało coś pierdzieć. Po kilkunastu minutach lataliśmy już łapiąc coraz dłuższe ślizgi. Jarek nie miał sprzętu więc zabawił się w fotografa i dzięki temu mamy kilka fajnych fot. Po dłuższym czasie pojawił się Chrabcio z Adamem i zaczęli się taklować podczas gdy my byliśmy już dosyć mocno zmęczeni i zmarznięci. Lataliśmy sobie tak w najlepsze, gdy nagle naszym oczom objawił się 85 kilogramowy zawodnik na 84 litrowej desce i 5 metrowym żaglu :) Postał po pas w wodzie, stwierdził, że deskę "rozdziewiczył" i udał się do domku :). Podsumowując dzień bardzo udany i jak to mówią starzy górale: " na wiatr nie ma co czekać tylko trzeba go samemu szukać" :)

Więcej zdjęć tutaj


Pokaż całość ...

piątek, 13 maja 2005

Wytęskoniony wiaterek na Zegrzu



Prognozy już od kilku dni zapowiadały przechodzący praktycznie nad całą Polską front, który pozwoli nam w końcu popływać na sródlądziu. Problemem tylko było załatwienie sobie wolnego, bo przecież takiego wiatru nie można nie wykorzystać. Co prawda dnia wolnego nie dostałem, ale nagłodzony do wykorzystania to dobra rzecz :).

Zapakowałem więc fure i w pełnym rynsztunku stawiłem się w robocie. Swoją obecność na spocie potwierdził nawet WiR, który do końca nie wierzył, że na Zegrzu można wejść w ślizg ;) Kilka minut przed wybiciem godziny 12 wskoczyłem do fury i pomknąłem w kierunku najlepszego spotu wave w promieniu 87km czyli Zegrza ;)

Plan był ambitny ponieważ miało wiać dokładnie wzdłuż wypływającej z zalewu Narwii, więc chciałem namówić chłopaków na zejście do wody po drugiej stronie mostu, wlaśnie już na samej rzece. Na miejscu (WKS) zastałem już Qtra, Huberta, Konrada, Martinezza i Dziomana na wodzie. Na krótka wzmiankę o tym, zby sie roztaklować i przenieść na drugą stronę mostu usłyszałem tylko jęk oznaczający niechęć do roztaklowania, więc uznałem, że dalsze pertraktacje nie mają sensu i sam zaczęłem sie taklować. Wiało dokładnie z pod mostu więc tworzyła się niezła dysza wystarczyło odpłynąc tylko kilkadziesiąt metrów od brzegu. W końcu pojawił się nawet i WiR, który za chwilę miał się przekonać, że nie takie Zegrze złe jak "dzika". Po kilkudziesięciu minutach rozwiało się na tyle, że po przesiadce z 6,2 na 5.8 ciągle czułem sie przeżaglowany. Resztkami sił otaklowałem 5.4 i wtedy mogłem sobie już zupełnie komfortowo latać do wyczerpania sie moich zapasów sił. Ekipa zaczęła się zwijać około godziny 15 więc na placu boju pozostaliśmy tylko ja i Martinezz.


Polataliśmy jeszcze trochę ciesząc się wiaterkiem i zafalowaniem, które pozwoliło szlifować coraz to wyższe skoki. Jeszcze tylko pakowanie i z uśmiechami od ucha do ucha rozjechaliśmy się do domów. Tego pięknego dnia chyba tylko najmniej szczęśliwy był Konrad, który zainwestował cały majątek w nowy żagiel, specjalnie na Zegrze a który z powodu swoich rozmiarów tego dnia okazał sie zupełnie nieużyteczny. Ale walczył dzielnie za co należy mu sie order twardziela-windsurfera ;)

Więcej zdjęć tutaj


Pokaż całość ...

wtorek, 3 maja 2005

Zlot grupy pl.rec.windsurfing Dąbki 2005


Wybór miejsca na tegoroczny zlot naszej grupy a zarazem otwarcie sezonu odbył się dosyć spontanicznie i wbrew oczekiwaniom wszystkich. Wygrał pomysł Seby, któty zakasował Sopot, Czarnocin i Półwysep. Dąbki to mała, uzdrowiskowa miejscowość wciśnieta pomiędzy jezioro Bukowo a wybrzeże Bałtyku.

Tradycyjnie już termin zlotu wypadł na długi, majowy weekend. Wystarczyło tylko załatwić sobie wolny poniedziałek i już można było oddawać się balandze we wspaniałym towarzystwie i we wspaniałym miejscu przez całe 4 dni (3 maj przypadał na wtorek). Organizacją imprezy zajęli się Seba i Pete. Jadąc na miejsce już przed Koszalinem spotkaliśmy zapakowany samochód na krakowskich blachach, który jak się okazało zmierzał w tym samym kierunku co my. Na miejscu byliśmy około godziny 10 w sobotę jako pierwsi wraz ze wspomnianymi Krakowiakami. Przywitała nas piękna, słoneczna i bezwietrzna pogoda. Jak okazało się chwilkę później ciepło było wszędzie oprócz naszych pokoi. Po południu powoli zaczęło przybywać gości by pod wieczór ośrodek zapełnił się już większością zaanonsowanych windsurferów wraz w rodzinami i znajomymi.


Pojawiło się sporo znanych już sobie wcześniej grupowiczów, ale pokazało się też troszkę nowych twarzy. Rekord świata pobił Dawid przyjeżdzając wraz w kobietą pociągiem z Wrocławia. Jak zwykle inaugurująca zlot impreza odbyła się przy grillu i piwie (były też mocniejsze trunki ;)). Nie obyło się również bez pokazów filmów na prowizorycznie przygotowanym ekranie (dzięki Jastu i Pete, którzy dostarczyli sprzęt). Impreza rozkręciła się do tego stopnia, że niewiele brakowało, a doszło do dosyć wyjątkowego striptizu (tym razem rozbierać mieli się panowie). Nie obyło się oczywiście bez tańców przy rurce i innych dość ciekawych konkurencji ;). Bawiliśmy sie tak w najlepsze do momentu w którym nasze wątroby powiedziały dość ("wściekłe psy" spełniły swoje zadanie) i zaciągneły nas do wyziębionych pokoi w których to mroziły się już piwka na dzień następny. Niedziela przywitała nas bezwietrzną i troszkę chłodniejszą aurą (jak zwykle wszelkie prognozy wzięły w łeb). Trzeba było znaleźć jakąś alternatywę dla pływania (ileż można w siebie lać ;)) i wybór padł na "rowery". Sir B@m postanowił pokazać nam miejscówę w ktorej to wieki temu spędzał swoje windsurfingowe wakacje. Zapakowaliśmy się więc na wypożyczone wehikułu, zabraliśmy niezbędny prowiant i udaliśmy w nieznane. U celu naszej podróży oprócz bardzo uroczego i wręcz wspaniałego miejsca dla windsurfingu spotkaliśmy człowieka, który to w hołdzie Papieżowi i ofiarom Tsunami postanowił przejść granice Polski na piechote. To się nazywa wyzwanie ...


Jeszcze tylko podróź powrotna, obiadek i przystąpiliśmy do oglądania żagielków Challeger i pokrowców Crossmax, które to zaprezentował Sir B@m. Po prezentacji zaczęliśmy rozgrywki siatkarskie o beczułkę wina, którą to miał zasponsorować Tomek. Mecz zakończył się oczywiście wygraną lepszych :), i dzień powoli zmierzał ku kolejnej imprezie. Jednak w Pika internetowej kafejce pojawiła się szansa na poniedziałkowy wiatr więc jak przystało na prawdziwych sportowców zaczęliśmy sie troche oszczędzać. W sumie jak by nie patrzył, każdy naprzywoził tyle sprzętu, że wstyd by było nie popływać. Standardowo już grill, muzyczka, filmy i doborowe towarzystwo to było to po co wszyscy tu przyjechali. Do pełni szczęścia brakowało tylko wiatru.

Poniedziałkowy poranek przywitał nas całymi 5 węzłami jednak prognozy dawały nadzieję na popołudniowe pływanie. Jako, że wielu z nas jeszcze w tym sezonie nie schodziło na wodę ciśnienie było na tyle duże, że od samego rana w ruch poszły najwieksze zestawy. Udaliśmy się więc na jeziorko zmyć z siebie "pozimowy kurz". Pojawiliśmy się więc na wodzie z żaglami czterokrotnie większymi od tych, na których trenowali uczniaki z pobliskiej szkółki (dzięki B@m za użycznie swojego zestawu) jednak i to nie pozwoliło nam złapać wystarczającą ilośc ślizgów. W piankach udaliśmy się na obiad by już po chwili zacząć taklować mniejsze żagielki. Pogoda wynagrodziła nas na tyle, że całe popoludnie "lataliśmy" już bez wiekszych problemów (lżejsi rajderzy odpalali już na żagielkach w granicach 6 m2). Nieprzyjemny okazał sie tylko kontakt z dnem które to w wielu miejscach można się było wbić jak w w stojące cały dzień na słońcu masło ;). No i w końcu mieliśmy okazję zobaczyć slynne już wyścigi B@m vs Kapeć (kto wygrał tego nie wiedzą nawet sami uczesnicy:)).


Pierwszy kontakt z wodą dla wielu okazał sie na tyle męczący, że cały czas trzeba było donosić schłodzone piwko na brzeg ;). Pod koniec dnia, tym razem już w pełni usatysfakcjonowani zasiedliśmy do wieczornej, pożegnalnej już kolacji. Późno wieczorem, gdy impreza zaczęła sie już rozkręcać, któs nagle skierował rzutnik na ściąne sąsiedniego budynku i nagle wszyscy poczuliśmy sie jak w kinie samochodowym :). Na szczęście nie doszło do projekcji filmów "akcji" (za to są już paragrafy ;)), ale sam widok loopów w wykonaniu najlepszych na kilkunastometrowym ekranie wyglądał naprawdę imponująco.


Wtorek to już dzień w którym wszyscy zaczęli rozjeżdzać się do domów. Był to jak zwykle wspaniały czas, spędzony w najlepszym towarzystwie, ktorego dopełnieniem było miejsce pozwalające odpocząć od codziennej gonitwy. Częśc uczestników przebywała na miejscu 4 dni, część dojeżdżała by choć na chwilę poczuć tą wspaniałą atmosferę, ale mam nadzieje, że wszyscy bawili sie tak samo dobrze. W imieniu grupy pl.rec.windsurfing czuję się w obowiązku zlożyć gorące podziękowania dla Seby i Pete za trud włożony w przygotowania, firmie "Terravita" za osłodzenie nam pobytu jak i szkółce "Sun-Sport Dąbki" za wypożyczenie namiotu służącego nam jako hangar i ekran projekcyjny.

Więcej zdjęć tutaj


Pokaż całość ...

czwartek, 7 kwietnia 2005

Windsurfingowy sezon 2005 rozpoczęty

W tym roku zima ciągnęła się, jak diabli i jeszcze na początku kwietnia na Zalewie był lód. Na szczęcie parę ostatnich dni było wyjątkowo ciepłych i słonecznych, a zmiana frontów przyniosła całkiem fajny wiaterek. Ponieważ na czwartek wszystkie serwisy zapowiadały 4-5 Bf i temperaturę w granicach 17-19 stopni, ekipa Wiatrolutków postanowiła dłużej nie czekać z rozpoczęciem sezonu. Zwłaszcza, że Dzioman namawiał wszystkich na grupie na pływanie już od początku tygodnia.

Na WKS-ie pojawiłem się jakiś kwadrans po 13.00. Na miejscu zastałem Huberta i Ufa taklujących swoje zabawki, a Dzioman szalał już na wodzie na swoim fristajlowym zestawie (Joker/Expression). Przyjechała też Ola-Zębola ze swoim psem - Sati (podobno nazwa kawy pochodzi włanie od imienia jej psa, ale to tylko plotka...). Oprócz nas był jeszcze jeden deskarz na Tabou i NP Expression. Wiało do brzegu jakie 2-5 Bf, tradycyjnie nierówno i szkwalicie.
Ufo zszedł na wodę na Infinity 7.8, a Hubert dosiadł WSE 6.3 (również Ufowego). Obaj złapali po kilka ślizgów w szkwałach. Ja spokojnie odczekałem, aż się chłopaki zmęczą i sprawdzą temp. wody i wykonałem wodowanie na sprzęcie Ufa (dzięki, Marcin!!!). Woda okazała się zaskakująco ciepła, na tyle, że nawet taki chudzielec, jak ja w szmatowatej piance 3mm nie zmarzł (no poza wyjatkiem dłoni, które lekko zgrabiały).
Po wykonaniu paru halsów (średnio udanych ze względu na siadający wiatr i kiepską formę) ja również skapitulowałem. Potem Ufo próbując odbić od brzegu zdemolował przybrzeżne drzewka swoim pancernym żaglem (stosowny donos do Ligi Ochrony Przyrody już został wysłany i zarówno Ufo, jak i David Ezzy poniosą surowe konsekwencje), ale raczej się chłopak nie napływał ;). Mi osobicie najbardziej zaimponował Dzioman, który cały czas katował willy-skippery i nie zrażał się ciągłymi katapultami. W międzyczasie na spocie pojawił się Jarek Owsiewski i pstryknął parę fotek, na które z wiatrolutkowej ekipy załapali się głównie Ufo i Sati. Przed naszym przyjazdem na spocie pojawiło się jeszcze dwóch deskarzy, a wiatr na chwilkę się wzmocnił, ale tylko na chwilkę (mam nadzieję ;>). Reasumując: ten dzień upłynął pod znakiem walki z gównianym wiatrem i własnš niemocą po zimie, ale sezon windsurfingowy Wiatrolutki mogą uznać za rozpoczęty!!!


Pokaż całość ...

poniedziałek, 21 marca 2005

Słowacja 2005 czyli zamknięcie sezonu narciarskiego 17.III-21.III.2005


Plan wyjazdu rodził się przez dłuższy czas - no bo ekipa nie mogła się zebrać, potem śniegu nie było itp. Itd.... Ale w końcu się udało. Na wyjazd finalnie wybrali się Muki, Hubi, Qter, Zioło, Fafik, Zembola i Nina.

Wyjechaliśmy w czwartek po pracy prosto do Krakówka. W Krakówku zwiedziliśmy lokalny supermarket zaopatrzając się w "najbardziej" potrzebne żeczy czyli piwko - bo był to dzień Św. Patryka oraz co nie co na ząb. W krakówku nocleg i małą imprezkę zapewnił nam Gog. Rano ruszyliśmy w dalszą drogę. Kawałek przed Zakopanym postanowiliśmy się rozdzielić na dwie ekpy aby sprawdzić gdzie są najlepsze warunki śniegowe. Ja, Zioło i Muki ruszyliśmy w stronę Starego Smokowca a Hubi z Fafikiem i laskami w strone Chopoku. Dotarliśmy do Smokowca i się okazało że śniegu jest wszędzie aż nadmiar jednakże z powodu silnego wiatru jak to mawiają tubylcy: " Vleky ne fungują" :P.

Szybka decyzja - coś na ząb i dalej w droge do Strebskiego Plesa. Tam w koncu udało się troche "połyżować:. Tym czasem druga ekipa była już na Chopoku i twierdziła że jest zajebiście. Po kilku godzinkach jazdy w Strebskim Plesie doszliśmy do wniosku że jedziemy na Chopok - dołączamy do reszty ekipy. Wieczorem już wszyscy razem imprezowaliśmy :D. Nastepnego dnia z samego rana udaliśmy się na stoki Chopoka. Góra - jak góra - troche wyciągów, kolejki do nich nie specjalnie długie - normalka. Jedynym mankamentem była niezbyt dobra pogoda i troche lodu - rekompensatą za to była impreza u podnóża organizowana przez koncern którego nikomu nie trzeba przedstawiać - "Becherowka". Miłe panie częstowały gęsto napojami wspomagającymi, odbywał się pokaz jazdy na rolkach i BMX-ach na rampie, pokaz skoków BIG-AIR na nartach i wiele innych. Po powrocie z nartek i deseczek udaliśmy się na gorące źródła. Na dworzu -6 a my w basenach termalnych. Wszystko co nas bolało po jeździe - zostało uleczone. Tego samego dnia wyjazd dla mnie się zakończył ponieważ trywialnie się rozchorowem. Jak się potem okazało rozkładać zacząl się również Zioło i Hubi, Z opowieści wiem że dnia nastepnego jeździlo się rewelacyjnie - pogoda dopisała - ja z Ziołem leczyłem się w tym samym czasie czosnkiem, cherbatą z cytryną i cebula itp. - bo na Słowacji w Niedziele nie ma możliwości kupienia żadnych leków - nawet na stacjach benzynowych nie ma żadnego apapu ani nic wiecej...Na poniedziałek był plan aby rano skoczyć jeszcze na stok lecz biorąc pod uwagę naszą kondycję - nic z tego nie wyszło. Pojechaliśmy do domciu. Podsumowując - wyjazd udany - warto było jechać zakończyć sezon narciarski i nie zepsuła go nawet nasza choroba.

Więcej zdjęć tutaj


Pokaż całość ...

sobota, 12 marca 2005

Targi Wiatr i Woda 2005


No i znów zbliża się wiosna czego najlepszym i jedynym (temperatury ciagle poniżej zera) dowodem jest kolejna edycja targów Wiatr i Woda. W tym roku niestety wystawców z naszej branży miało być tylko trzech. Wobec tak kiepskiej frekwencji interesujących nas stoisk nawet nie mieliśmy zamiaru się tam pojawić.

Jednak w sobotę rano, zachęcony slońcem za oknem i wejściówka wcześniej otrzymaną od Huberta zaczełem obdzwaniać lutków w poszukiwaniu chętnej duszy na pospacerowanie po halach targowych. Jedynym chętnym okazał się Chrabcio. Po małej kombinacji przy wejściu (obaj weszliśmy na jedną wejściówkę) zaczęliśmy zwiedzanie. Na początku przywitała nas ekipa wystawiająca deski Lorch i żagielki Ka. Niestety cenowo nie stanowią dużej konkurencji na rynku. Wzięliśmy cenniki no i dalej w podróż.
Następnym, odwiedzonym stoiskiem była ekipa z Sopot Surf Center i tu zatrzymaliśmy się na dłużej. Grzechem było by bowiem nie skorzystać z możliwości zakupienia bomów za 200 pln. Ja zdecydowałem się natychmiast. Po krótkim telefonie chętny był i Qter a jak już byłem przy bankomacie zdecydował sie również Chrabcio. Wzięliśmy więc 3 sztuki, zakupiliśmy jeszcze po kilka metrów linki (5x taniej niż w warszawskich sklepach) i szczęśliwi z zakupów udaliśmy sie do domów.
Nie było więc co oglądać, ale dzięki poczynionym zakupom wyjazd okazał się jak najbardziej owocny. Nie sposób też nie wspomnieć o hostessach, które w mało żeglarskich strojach paradowały między stoiskami "śledzone" przez kolesi, których serdecznie pozdrawiam.
Wieczorem natomiast w większym składzie spotkaliśmy sie w herbaciarni ArtTea. Tam wypiliśmy po herbatce, wymieniliśmy się z Qtrem na bomy i udaliśmy się w poszukiwaniu troszke bardziej gwarnej knajpy. Gdy już zdążyliśmy zmoknąc i zmarznać, nie wiedząc czemu Qter zaprowadził nad do knajpy dla tych co "kochają inaczej". Pojawił się nawet wycieńczony Ufo, który prawie wysadził swoją firme w kosmos ;) Wypiliśmy po browarku i chyba z braku parkietu rezeszliśmy się do chawir.





Pokaż całość ...

poniedziałek, 7 marca 2005

Tajniki stateczników


Obszerny artykuł z Boardsa, który przybliża tajniki stateczników.

Wstęp

Statecznik jest kluczowym elementem zestawu windsurfingowego. Założenie złego fina do bardzo dobrej deski jest tym samym, czym założenie tanich, regenerowanych opon do bolidu F1. Takie rozwiązanie ograniczy maksymalną prędkość, przyspieszenie, zaburzy czucie sprzętu i sprawi, że prawdopodobnie samochód wyleci z toru na pierwszym zakręcie. Czyżby? Czy to faktycznie prawda czy też jeden z windsurfingowych mitów? Przeczytajcie i przekonajcie się sami.
Zazwyczaj kupujemy deskę, ponieważ wspaniale wypadła w testach, idealnie pasuje do naszych potrzeb i/albo kumpel ma taką samą i jest w niej zakochany. Podobnie jest z żaglami. Z kolei maszt wybieramy bo pasuje do żagla, bom bo ma dobrą opinie i zapewnia dobry uchwyt. Kupujemy piankę, bo świetnie leży, identycznie jest z trapezem. Często nawet linki trapezowe wybieramy pod wpływem opinii guru z windsurfingowego magazynu. Ale statecznik, no cóż statecznik dostajemy po prostu w komplecie z deską.
Szybka ankieta na jakimkolwiek spocie pokaże, że prawie każdy kto pływa na desce jest co najmniej świadomy faktu, że statecznik jest ważną częścią całego zestawu windsurfingowego. Prawda jest jednak taka, że zdecydowana większość deskarzy używa po prostu firmowego fina dostarczonego razem z deską. Wielu pływających używa go także nie do końca zgodnie z przeznaczeniem i podczas zbliżania się do brzegu traktuje statecznik jako czujnik głębokości. Kiedy słychać charakterystyczne, nieprzyjemne skrobanie jest to sygnał, że należy zejść z deski i dalej ją już donieść ( nie wierzę, że nigdy tego nie robiliście?!!!). No dobrze, ale co w tym tak naprawdę złego. Przecież mimo wszystko to tylko fin, który został zaprojektowany i przetestowany specjalnie pod kątem naszej deski i będzie działał nawet wtedy, kiedy jest trochę poszczerbiony.
Po pierwsze nie zakładajcie, że tylko dlatego że statecznik dostaliście razem z deską został on zatwierdzony przez jej projektanta i zespół profesjonalnych testerów. Bardzo często tak nie jest. W rzeczywistości nie powinniście nawet zakładać, że to dobry statecznik i że jego kształt i rozmiar będą pasowały do stylu waszego pływania. Prawie wszystkie deski jakie zdarzyło nam się testować, były dostarczane z nieodpowiednimi finami. Finy te powodowały zbyt częste spiny, były za małe lub za duże a były nawet takie, które łamały się za pierwszym razem bo były po prostu źle wykonane. Zakładając więc, że większość ludzi pozostaje przy fabrycznych statecznikach można wysnuć wniosek, że spora część deskarzy pływa na finach źle dobranych.
Pojawia się pytanie dlaczego nie jesteśmy bardziej świadomi znaczenia stateczników. Niestety, temat ich wpływu na osiągi jest bardzo często nie do końca rozumiany przez rekreacyjnych deskarzy ( przez tych bardziej profesjonalnych zresztą też). Ponieważ finy kosztują sporo i nie łamią się zbyt często jest mało prawdopodobne, aby z daną deską wypróbować więcej niż dwa, trzy. Z tego powodu trudno wyrobić sobie opinię na temat ich rzeczywistego wpływu na to czego doświadczamy na wodzie (w przeciwieństwie np. do żagli, których wpływ jest nam dane odczuć o wiele łatwiej). O ile więc nie jesteście bardzo doświadczonymi i obeznanymi w temacie deskarzami ciężko wam będzie tak naprawdę powiedzieć czy akurat ten fin jest najbardziej dla was odpowiedni. Podczas pływania statecznika nie widać i nie wiadomo czy np. spinout był spowodowany złym finem czy po prostu naszym błędem technicznym. Na dodatek, za każdym razem kiedy ludzie zaczynają rozmawiać o statecznikach dyskusja prędzej czy później schodzi na jakieś przerażająco brzmiące tematy o hydrodynamice, które są w stanie zniechęcić każdego.
Wszystko to razem sprawia, że mimo iż jesteśmy przez różnych ekspertów wyposażeni w odpowiednią wiedzę na temat żagli, desek, bomów, pianek i całej reszty to o dobrą radę na temat statecznika naprawdę trudno. Dowodem na to może być też masa listów z prośbami o informacje na ten właśnie temat, które redakcja Boards?a dostaje od czytelników. Od wielu lat staramy się też was przekonać, abyście używali stateczników w różnych rozmiarach. Większość desek bardzo zyskuje, jeśli do małego żagla na bardzo silny wiatr użyjemy również mniejszego fina, oczywiście odwrotna zasada obowiązuje przy wiatrach słabych. Podobnie jest z doborem odpowiedniego do naszego stylu pływania kształtu statecznika - podgięty do manewrów, prosty do większych prędkości. ( to była naczelna zasada w popularnych w połowie lat 90-tych deskach do wszystkiego czyli 265 cm "convertible'ach" , które z tego właśnie powodu były często sprzedawane z dwoma statecznikami). Niemniej sporo już czasu upłynęło odkąd ostatni raz weryfikowaliśmy te zasady a w ostatnich latach cały rynek zmienił się przecież znacząco. Deski mają teraz zupełnie inne kształty, na lepsze mogły się zmienić stateczniki, tak więc wypada sprawdzić czy te zasady obowiązują nadal i jak znaczące są zmiany o których tutaj mówimy. Czy powinniśmy myśleć o zmianie fina czy też pozostać mimo wszystko przy fabrycznym. Zdecydowanie czas na ten test ?

Test

Zebraliśmy dziesięć różnych stateczników, dołożyliśmy do nich śliczną parkę JP Freestyle-Wave 93 2006 i wybraliśmy się z tym sprzętem latem do Pozo na Gran Canarii. Z palety finów "Maui Fin Company" i "Nik Baker Fins" wybraliśmy rozmiary od małego ( 21 cm), czysto freestyle'owego statecznika do 29 cm freeride'a. Fabryczne stateczniki w JP mają 27 centymetrów tak więc zdecydowaliśmy się rozszerzyć zakres naszych testowych finów o mniejsze ponieważ przewidywaliśmy w Pozo warunki na 5,0 - 5,7 m2. (podczas gdy zakres JP pozwala na komfortowe używanie żagli do 6,2 m2). Naszym celem było określenie wpływu jaki każdy ze stateczników będzie miał na zachowanie i czucie deski a także ogólnie jakie różnice powoduje zmiana fina w przypadku gdy inne czynniki i elementy zestawu pozostają bez zmian. Używaliśmy każdego ze stateczników w przeżaglowaniu, niedożaglowaniu i wtedy, kiedy żagle były odpowiednie do warunków panujących na wodzie. Testowaliśmy je na różnych rodzajach zafalowania i przy różnych stylach pływania. Każdy z testerów pływał z danym finem, po czym wracał na brzeg i dyktował uwagi na jego temat jednemu z dwóch członków naszego lądowego team'u. W tym czasie drugi z tej pary zmieniał statecznik w desce. Wszystkie inne elementy pozostawały bez zmian, tak więc każdy fin był sprawdzany z tą samą deską, tym samym pędnikiem i w takich samych warunkach.
Stateczniki podczepione do naszych dwu identycznych JP były również porównywane w jeździe na wiatr i z wiatrem. Na koniec spotykaliśmy się wszyscy i wspólnie porównywaliśmy swoje notatki. W ten sposób każdy z deskarzy miał możliwość wyrobienia sobie swojej własnej opinii na temat wszystkich stateczników.

Wyniki

Głównym celem naszych testów nie miał być po prostu wybór najlepszego fina. Chcieliśmy przede wszystkim znaleźć odpowiedzi na pytania, które pojawiły się podczas testu i wyciągnąć pewne ogólne wnioski na temat wpływu statecznika na dany styl pływania. Nie zamierzaliśmy zagłębiać się zbyt głęboko w przyczyny pojawienia się takich a nie innych rezultatów. Jesteśmy przekonani, że jeśli ktoś jest w odpowiednim stopniu zaznajomiony z hydrodynamiką potwierdzi, że nasze wyniki pasują do teorii naukowych. Prawda jest jednak taka ze te teorie nie są potrzebne do tego, aby wydobyć z deski wszystko, co w niej najlepsze.
Na temat każdego fina z osobna można przeczytać w poświęconych im częściach tego artykułu. Będzie to przydatne dla tych osób, które są akurat posiadaczami 85-100 litrowych all-roundowych desek, ale prosimy pamiętać, że nie jest to test wszystkich finów dostępnych na rynku i to że jakiś statecznik dobrze tu wypadł nie oznacza automatycznie, że jest on najlepszym możliwym wyborem.

Czy są w ogóle jakieś różnice ?

Albo bardziej precyzyjnie, czy naprawdę byliśmy w stanie wskazać różnice w zachowaniu się deski po zmianie statecznika. To było nasze podstawowe pytanie przed rozpoczęciem. Jeśli odpowiedź byłaby negatywna to podważałaby w ogóle sens przeprowadzania tego testu. Na szczęście odpowiedzią było zdecydowane "TAK". Różnice po zmianach stateczników były zaskakująco łatwo dostrzegalne. Jeśli zmienialiśmy statecznik z 28 cm na 22 cm efekt był wyraźnie oczywisty, ale nawet przy zamianie finów o tej samej długości, a trochę innym kształcie było możliwe natychmiastowe wychwycenie różnic. Były one widoczne nie tylko w szybkości wejścia w ślizg, zdolności do jazdy na wiatr, łatwości utrzymywania kierunku, manewrowości, ale także w takich subtelnych odczuciach jak maksymalna prędkości czy utrzymywanie równowagi. Tak naprawdę wychwycenie wszystkich różnic trwało sporo dłużej, ale ostatecznie każda z pięciu osób, które brały udział w teście doszła do tych samych wniosków. Jest to niewątpliwie wyraźny dowód na to, że wspomniane różnice są jak najbardziej znaczące. Co więcej wszyscy z testerów wybrali jako swoje ulubione te same stateczniki.

Czy testowe finy były lepsze od fabrycznych JP ?

Dodawane do JP FSW 27 cm stateczniki w przyciągającym wzrok jasnopomarańczowym kolorze, są twarde i prawdę powiedziawszy trochę klockowate. Ale chociaż nigdy nie byliśmy specjalnymi zwolennikami finów JP uczciwie trzeba przyznać ze te sprawują się naprawdę dobrze. Z pewnością oferują wszystko to, czego wymaga się od statecznika. Nie doprowadzają do spinów, nie łamią się i z pewnością można by ich używać nie czując, że cokolwiek może być nie tak. Niemniej po przetestowaniu pozostałych stateczników na pewno znaleźliśmy wśród nich takie, które są szybsze, bardziej manewrowe, lepiej pasują do freestyle'u lub freeride'u a także takie, które lepiej sprawują się jako stateczniki do wszystkiego. Prawda jest taka, że można zdecydowanie zmienić charakterystykę i osiągi deski wymieniając tylko jej statecznik. Kształty desek zmieniały się przez ostatnie lata wyraźnie jednak efekty jakie wywiera na zachowanie się deski statecznik pozostają tak samo silne.

Osiągi

Wczesne wchodzenie w ślizg i efektywna jazda na wiatr.

To nie są dokładnie te same zagadnienia, ale nie sposób mówić o jednym nie odnosząc się jednocześnie do drugiego. Tak więc omówimy je wspólnie.
Przez większość pobytu w Pozo nasza baza znajdowała się w dół wiatru od miejscowego, głównego punktu startu. Skutkowało to tym, że niezwłocznie po zejściu na wodę musieliśmy ostrzyć, aby usunąć się z miejsca gdzie fotografowie zasadzali się na zawodników PWA. Jeśli tylko istnieje możliwość wczesnego wejścia w ślizg i natychmiastowego skutecznego ostrzenia, czyli czegoś co pozwoli uniknąć nerwowych, nieporadnych sztagów nad ostrymi i pokrytymi jeżowcami kamieniami, bardzo szybko okazuje się który fin nadaje się do tego lepiej a który potrzebuje trochę więcej czasu i prędkości żeby zacząć pracować w odpowiedni sposób. Mało zaskakujące było to, że większe finy (+ 27 cm) dawały w tym przypadku szybsze efekty. Szczególnie dobrze sprawdzały się te, które były szerokie u nasady a więc pozwalały na mocniejsze dociążenie przy małej prędkości (MFC 29, firmowe JP i NB 25). Dla porównania długie ale węższe stateczniki (NB 27 i 29) najpierw potrzebowały trochę odpadania i nabrania prędkości po to aby zacząć generować opór boczny odpowiedni dla skutecznego ostrzenia. I to pomimo tego, że były przecież nominalnie większe.
Dopiero po odpłynięciu od brzegu, na otwartej wodzie wąskie i długie stateczniki zaczynały zachowywać się lepiej. Odpadając pozwalamy im na osiągnięcie odpowiedniej prędkości a to skutkuje tym, że zaczynają pracować w pełni swoich możliwości i pokazują do czego zostały stworzone. Zdecydowanie widać że sprawują się dobrze na chopie, dają większą prędkość i są zdecydowanie lepsze w pływaniu ostro na wiatr.
Krótsze finy, bez wyjątku, wymagały podczas odpalania trochę więcej pracy (odpadnięcie od wiatru i kilka pompek). MFC FREEWAVE 25 odpalał zdecydowanie najpóźniej, podczas gdy MFC FREESTYLE 21 jeśli tylko był odpowiednio traktowany sprawował się nadspodziewanie dobrze zarówno we wczesnym wchodzeniu w ślizg jak i w ostrzeniu.
Generalna konkluzja jest taka, że dłuższe finy pozwalają wchodzić w ślizg wcześniej oraz ostrzyć lepiej niż finy krótsze, szersza baza fina pomaga w fazie inicjacji ślizgu natomiast przy maksymalnych prędkościach węższy fin pozwala na ostrzejsze pływanie na wiatr.

Prędkość

O wiele trudniej jest dostrzec różnice w prędkości przy poszczególnych finach. Trudniej do tego stopnia, że niektórzy testerzy nie byli do końca przekonani, że różnice te były na tyle wyraźne aby traktować je jako jakieś jednoznaczne wnioski. Niemniej byliśmy zgodni co do tego, że MFC 25 FREEWAVE i dwa duże NB (FREERIDE 27 i 29) były zdecydowanie szybsze od reszty. Przy czym oba finy NB osiągały większe prędkości w żegludze na wiatr natomiast MFC z wiatrem. Ponadto NB FREESTYLE, chociaż wolniejszy od wymienionych powyżej był uważany za zauważalnie szybszy i "lepiej ciął wodę" niż takie same rozmiarowo stateczniki MFC MOVE. Naprawdę trudno powiedzieć czemu akurat tak się działo. Problem różnic w prędkościach finów jest bardzo złożony i w dużej mierze zależy od typu żeglugi i warunków w jakich się ona odbywa. Jeżeli mówimy o prędkości w pływaniu na wiatr to jest to ściśle powiązane z siła generowaną na stateczniku. Jak było powiedziane wcześniej dłuższe finy były wyraźnie szybsze na wiatr (przynajmniej do momentu kiedy siła na stateczniku nie stawała się zbyt duża powodując tym samym unoszenie nawietrznej burty). W przeciwieństwie do tego, żeglując z wiatrem można by się było obejść w ogóle bez statecznika tak wiec czym mniejszy fin i mniej odczuwalne jego działanie tym większa prędkość (powoduje on wtedy po prostu mniejszy opór w wodzie). Jeszcze inne czynniki takie jak grubość i twardość statecznika zaczynają odgrywać rolę, gdy płyniemy półwiatrem.

Profil

W tej części artykułu zajmiemy się profilem statecznika, czyli tym co można by zobaczyć gdyby go przeciąć na pół. Teoria mówi, że grubszy statecznik daje większy "udźwig" ale powoduje również większy opór czołowy. Tak więc jeśli zależy wam na prędkości używajcie cienkiego fina ale tym samym nie oczekujcie od niego, że zapewni odpowiednią siłę do wczesnego wejścia w ślizg. Z testowanych stateczników NB 29, NB 27 i MFC 25 FREEWAVE były najcieńsze i ich zachowanie zdawało się świetnie pokrywać z tą teorią. Z kolei MFC 21 FREESTYLE był najgrubszy w teście co może wyjaśniać czemu jego osiągi w pływaniu na wiatr były zdecydowanie lepsze od oczekiwanych. Tym niemniej ciężko orzec czy tym co powoduje wspomniane różnice jest powierzchnia fina czy kształt jego profilu.
Profil fina to w rzeczy samej bardzo skomplikowane zagadnienie i można się zastanawiać jak ktoś taki jak Nik Baker czy jakikolwiek inny producent stateczników może być na tyle dobrze zorientowany w zaawansowanej hydrodynamice by móc produkować najwyższej jakości stateczniki. Na szczęście istnieje coś takiego jak katalog profili skrzydeł. Profile te zostały wyczerpująco przetestowane a ich właściwość opisane na tyle obszernie, że projektanci finów mogliby w tych informacja dosłownie utonąć. Większość z tych badań była przeprowadzona przez NACA (amerykański Komitet Doradczy do Spraw Aeronautyki), który jest poprzednikiem NASA (Narodowa Agencja Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej). Skutkiem tego większość profili stosowanych w windsurfingowych stateczników posiada coś takiego jak numer NACA opisujący ich przekrój oraz to jak daleko od krawędzi natarcia położona jest najgrubsza część.

Elastyczność

Zdecydowanie najłatwiej poczuć i opisać wpływ twardości czy też elastyczności statecznika na prędkość. Mówiąc krótko bardzo twardy statecznik sprawia, że jego siła jest odczuwalna szybciej i bardziej wyraźnie i dzieje się tak do momentu, kiedy gwałtownie zanika. Mamy wtedy do czynienia ze spin'outem ale spowodowanym nie tym, że zassane powietrze zaczyna opływać fin ale po prostu statecznik nie jest już w stanie zrównoważyć zbyt mocnego nacisku tylnej nogi i dochodzi do uślizgu bocznego. Bardziej elastyczne finy spotyka to o wiele rzadziej. Tuż przed tym kiedy osiągamy ten krytyczny punkt elastyczny statecznik uginając się "wypuści" nadmiar nacisku. Jednak zbyt miękki fin przy mocniejszym obciążeniu będzie z kolei powodował lekki "dryf" rufy a to utrudnia utrzymanie właściwego toru jazdy deski.
Z testowanych finów MFC FREESTYLE 21 jest zdecydowanie najtwardszy a MFC FREEWAVE 25 najbardziej elastyczny. I najwyraźniej to wpływa na fakt, że FREEWAVE 25 wytwarza mniejszą siłę, ale równocześnie najłatwiej wybacza błędy, natomiast domeną FREESTYLE 21 jest trudna kontrola i niespodziewane spiny.

Manewrowość

Ten temat powinien być przedyskutowany w dwu różnych aspektach: łatwość prowadzenia deski i freestylowe predyspozycje.
Łatwe prowadzenie oznacza tu łatwość wejścia i utrzymania deski w skręcie i w ślizgu na pełnej szybkości. Zauważyliśmy, że występują tu duże różnice pomiędzy finami ale na pewno nie było zaskakujące to, że im mniejszy statecznik tym stawało się to prostsze. Podczas pływania najwyraźniej odczuć to można podczas robienia rufy albo takich manewrów jak 360. Im większy fin tym mocniej musimy naciskać nogami na burtę deski aby weszła ona w skręt natomiast przy małym stateczniku nie wymaga to niemal wysiłku. Oczywistym było również to, że bardziej podgięty fin stawiał mniejszy opór podczas skrętu. Dodatkowo takie stateczniki dawały również większe poczucie bezpieczeństwa podczas tego manewru. Trudno to zmierzyć ponieważ występuje tu silny czynnik psychologiczny. Kiedy ktoś raz spróbował na pełnej prędkości wejść bardzo ostro w skręt i skończyło to się potężną katapą bardzo trudno mu się potem przekonać aby zrobić to ponownie z takim samym zaufaniem do sprzętu. Z tego powodu na jednym finie można na pełnym speedzie podejść do 360 i powtarzając później ten manewr kilkakrotnie dowiedzieć się wszystkiego na temat zachowania się statecznika. Natomiast jeśli ten ktoś rozbił się przy pierwszym podejściu, następne ciężko już mu będzie wykonać w odpowiedni sposób bez choćby małego powstrzymywania się. Niemniej z cała pewnością stwierdziliśmy że niektóre finy, szczególnie te o wydłużonych kształtach i z mało podgiętą krawędzią natarcia, sprawiały więcej trudności podczas inicjacji skrętu niż pozostałe (powodowały małe spinouty lub po prostu upadki).
Predyspozycje freesylowe to wszystko co pomaga podskoczyć z deską nad wodę i obrócić ją w powietrzu podczas przeróżnych volcanów i spocków. Dwie rzeczy są tutaj najważniejsze. Podzas podskoku z deską dłuższy fin dłuzej pozostanie w wodzie, podczas gdy mały wyjdzie z niej wcześniej umożliwiając desce obrót. Tak samo jest przy lądowaniu. Kiedy lecimy rufą do przodu dłuższy fin wejdzie do wody wcześniej a krótszy pozostanie w powietrzu dłużej. Następna rzecz to to, że łatwiej jest zachować kontrolę w czasie skoku kiedy rozpoczynając go znajdujemy się nad deską. Używając większego fina pływamy bardziej wychyleni po to aby zrównoważyć jego siłę. Natomiast przy małym stateczniku nie musimy tak mocno oporować a to pozwala zachować bardziej pionową pozycje i być ciągle gotowym do wybicia.
W praktyce oznacza to, że pomiędzy freestyle'm z dużym slalomowym statecznikiem a freestyle'm z małym freestyle'owym statecznikiem jest różnica jak między niebem a ziemią. MFC Freestyle 21 był tu bez wątpienia jedną z naszych gwiazd ponieważ sprawiał, że freestyle stawał się dziecinnie prosty (przynajmniej na tyle że możliwe stały się dla nas jakiekolwiek próby powietrznych trików). Jeśli więc myślicie poważnie o freestyle'u a nie używacie jeszcze odpowiedniego, freestyle'owego fina to jego kupno powinno stać się waszym priorytetem. I główną korzyścią wydaje się być właśnie to, że na początku każdego triku będziecie ustawieni bardziej pionowo nad deską niż to, że łatwiej taki fin wyciągnąć z wody. Istnieje także ważna z punktu psychologicznego zaleta - możecie być pewni, że cokolwiek by się nie stało taki freestyle'owy fin nie zahamuje nagle manewru a to powinno wam dać swobodę podejścia do niego na całego.
Jeśli jednak wasze zainteresowanie freestyle'm nie jest zbyt wielkie i chcielibyście mieć możliwość zwykłej szybkiej jazdy po prostej pamiętajcie, że istnieją poważne skutki uboczne używania typowo freestyle'owych finów. Mimo że spisują się one zaskakująco dobrze we wczesnym odpalaniu a nawet w pływaniu na wiatr to ponieważ cała ich powierzchnia znajduje się bardzo blisko dna deski pozwalają one na pływanie tylko na naprawdę niewielkim chopie. Kiedy będziecie próbowali nabrać z nimi prędkości przy większym zafalowaniu pamiętajcie, że wtedy kiedy rufa deski wystaje ponad wodę więcej niż wynosi długość statecznika tak naprawdę płyniemy jakby bez niego. W tym przypadku oznacza to połowę czasu, więc spin może się zdarzyć w każdej chwili. I mimo tego, że takie stateczniki pozwalają wyjść ze spina bardzo łatwo, a ponadto można przecież przyjąć taką pozycje aby zminimalizować nacisk tylnej nogi to nie ma co się oszukiwać, używając ich w takich warunkach spiny będą zdarzały się bardzo często.
Większe finy używane w naszym teście, włączając w to firmowe JP, w minimalnym nawet stopniu nie zachęcały do prób freestyle'owych (co nie znaczy że przy naprawdę dobrej technice jest to niemożliwe). Brało się to stąd, że kolejną rzeczą, poza odpowiednim przekładaniem rąk i tymi wszystkimi obrotami o którą musieliśmy się martwić było po prostu utrzymywanie równowagi. Największymi statecznikami, które wydawały się jeszcze odpowiednie do powietrznego freestyle'u były oba 25 centymetrowe. Chociaż na pewno nie sprawdzały się tak dobrze jak MFC 21 cm. Każdy z naszych testerów był szczęśliwy mogąc robić freestyle?owe triki z czymś nie większym niż ten właśnie rozmiar.

Spin-out

Istnieją dwa podstawowe rodzaje spinów. Przeciążenie fina - pojawiające się gdy deskarz próbuje płynąć za ostro albo dociska tylną nogę za mocno obciążając w ten sposób statecznik ponad to co może on na siebie przyjąć. Skutkuje to spokojnym i przewidywalnym uślizgiem rufy. Drugi rodzaj zdarza się kiedy na stateczniku pojawi się zassane powietrze. Deska wydaje się pracować jak najbardziej w porządku kiedy nagle statecznik dostaje się w powietrzną dziurę i nagle jak gdyby nigdy nic zaczynamy płynąć bokiem.
Pierwszego rodzaju spina można uniknąć albo zakładając większy statecznik albo poprzez modyfikacje swojej techniki i zmniejszone obciążanie tylnej nogi. Spróbujcie najpierw z większym statecznikiem szczególnie jeśli używacie dużego żagla i/lub pływacie w granicznych warunkach. I chociaż używanie większego statecznika po to aby poprawić zachowanie sprzętu na wodzie nie jest żadną zbrodnią tym niemniej na pewno dobrze jest też popracować nad technika tak aby unikać zbytniego obciążania tylnej nogi.
Drugi typ spina jest najczęściej wynikiem kiepskiego statecznika. Może na jego powierzchni jest jakieś płaskie miejsce, które zaburza ruch wody dookoła i powoduje powstawanie turbulencji co prowadzi do zasysania powietrza z powierzchni. A może turbulencje te są spowodowane tym, że powierzchnia fina jest po prostu bardzo mocno pokiereszowana z powodu częstych kontaktów z dnem. Naprawdę kiepskie finy zdarzają się obecnie bardzo rzadko ale jeśli deska łapie spiny bardzo często wymiana statecznika powinna rozwiązać ten problem. Żaden z testowych jak i fabrycznych finów JP nie miał problemów z tego typu spinami.

Podsumowanie

Najważniejszy wniosek jaki nasuwa się po przeprowadzeniu tego testu jest taki, że statecznik istotnie wpływa na charakter deski. Kształty desek mogły się od czasów "convertible" zmienić radykalnie ale ta zależność pozostaje tak samo ważna - obecnie może nawet bardziej niż kiedyś. Współczesne deski mają mniejsze V dna i są przez to bardziej zależne od statecznika niż ich poprzedniczki. Powinniśmy zdawać sobie z tego sprawę po to aby maksymalnie wykorzystać potencjał jaki drzemie w naszym windsurfingowym sprzęcie.
JP FWS 93 jest typowym (i bardzo dobrym) szybkim all-roundem - szybko odpala, jest żywiołowa, łatwa w prowadzeniu i dobrze wyważona. Jeżeli podepniemy do niej freestyle'owy fin rufa deski zacznie się zachowywać bardzo niepewnie, co wymusi pływanie z ciałem ustawionym nad deską i blisko masztu czyli w pozycji idealnej do wybicia się do powietrznych manewrów w rodzaju vulcano czy spocka. Taka konfiguracja będzie jednak niewiarygodnie męcząca jeśli będziemy chcieli po prostu mocniej przyciąć po prostej. Zmiana fina na większy, freeride'owy pozwoli obciążyć i docisnąć tylną nogę ile dusza zapragnie, mocno się wychylić aby frunąć po powierzchni wody z efektowną szybką rufą na zakończenie. Innymi słowy bardzo dobra freestyle'owa deska stanie się bardzo dobrą freeride'owa deską tylko dzięki prostej zmianie statecznika. Niestety nie ma siły żeby stała się deską wave'ova przez samo tylko założenie bardzo podgiętego statecznika. Ale z pewnością zbliży się do takiej charakterystyki - będzie skręcała łatwiej i ciaśniej a w silniejszym wietrze łatwiej ją będzie kontrolować.
Na podstawie rezultatów tego testu zalecamy aby każdy kto używa desek w rozmiarach 80-110 litrów miał przynajmniej dwa a najlepiej trzy stateczniki. Można je dobrać opierając się na stylu w jakim zamierzamy pływać - krótki, mocny fin do freestyle'u, wyraźnie podgięty fin do wave'u i prosty, dłuższy do freeride'u. Można też po prostu dobrać stateczniki w rozmiarach pasujących do wielkości naszych żagli ( i nie ma żadnego powodu, aby jednym z nich w obu tych przypadkach nie był firmowy statecznik ? oczywiście pod warunkiem, że się odpowiednio sprawdza). Każdy deskarz z pewnością odczuje zalety takiego rozwiązania, szczególnie, jeśli do tej pory używał tylko jednego, dołączonego do deski statecznika.
A czy warto wymienić firmowy statecznik takim sam rozmiarowo tyle że lepszy ? To w oczywisty sposób zależy od jakości obecnie używanego fina. Jeśli są z nim problemy wtedy niewątpliwie taka zmiana będzie korzystna natomiast jeśli pracuje on dobrze zmiana da tylko niewielką poprawę (aczkolwiek będzie to z pewnością nowocześniejsza i trwalsza konstrukcja). Często natomiast warto jest zmienić firmowy statecznik na trochę większy, jako że producenci z reguły dołączają do desek finy za małe. Zwykle powodem jest fakt, że deski są testowane przez profesjonalnych deskarzy którzy używają do pływania mniejszych stateczników. Pamiętajcie też aby dopasować statecznik do rozmiaru żagla którego głównie używacie.
Tak naprawdę trudno dać jednoznaczne wskazówki co do tego czego dokładnie powinniśmy szukać chcąc kupić statecznik odpowiedni do danego stylu pływania. To trochę tak jakby doradzać wybór żagla biorąc pod uwagę tylko jego kształt. Ale następujące rady na pewno pomogą znaleźć przynajmniej właściwy kierunek tych poszukiwań. Jeśli chodzi o rozmiar możecie posłużyć się kalkulatorem finów z tej strony kalkulator finów.
Pamiętajcie o tym, że jeśli wybierzcie statecznik większy niż zalecany zyskacie na wcześniejszym wejściu w ślizg i pływaniu na wiatr ale utrudnicie sobie kontrolę w przeżaglowaniu. Jeśli wybierzecie fin mniejszy deska będzie bardziej manewrowa i łatwiejsza w prowadzeniu ale równocześnie trudniejsza do wprowadzenia w ślizg a poza tym będziecie musieli zrezygnować z większych żagli.
Slalom / freeride : fin relatywnie twardy, prosty, długi i wąski (jak NB 29)
Bump&jump: podobnie jw. z tym, że z trochę bardziej elastyczną kocówką i lekkim podgięciem (jak MFC Freewave 25)
Wave i bardzo silne wiatry: Elastyczny i bardzo podgięty. Idealnie, gdy będzie szeroki u nasady i mocno zwężający się ku końcowi. (MFC 9?)
Freestyle: Krótki i gruby z dużą powierzchnią blisko dna deski. Nieznacznie elastyczny. O ile nie jesteś naprawdę dużym człowiekiem nie szukaj niczego większego niż 25 cm (NB Freestyle 25 albo MFC Freestyle, jeśli jesteś naprawdę mocno zorientowany na freestyle)

I to by było na tyle. Mamy nadzieję, że przekonaliśmy was by spojrzeć na fin nie tylko jak na coś co dostajemy razem z deską. Poświęćcie trochę czasu i poeksperymentujcie z różnymi statecznikami, nawet jeśli jedyna możliwość to wymiana stateczników z kolegą albo pomiędzy swoimi deskami. Jeśli używacie szerokiego zakresu żagli do jednej deski to zdecydowanie powinniście mieć możliwość zmiany statecznika - prawda jest taka, że używanie odpowiedniego do danych warunków fina czyni na wodzie kolosalną różnice.

Konstrukcje stateczników

Na rynku są obecnie dostępne trzy główne rodzaje stateczników i chociaż w sklepie wyglądają podobnie zdecydowanie różnią się tak właściwościami jak i ceną. Tak jak to bywa zazwyczaj - dostaniemy dokładnie to, za co zapłacimy. W tym przypadku warto jest jednak zainwestować i kupić coś, co będzie nam długo służyło.

Formowana żywica poliestrowa

Jest to konstrukcja większości dodawanych do desek seryjnych finów. Mimo że to jedna z najtańszych metod produkcji to finy wyglądają nieźle i są elastyczne. Ich zasadniczą wadą jest nietrwałość, łatwo się kruszą w wyniku otarć o dno np. przy starcie z plaży.

Laminat poliestrowy

Jest to konstrukcja ze zbitej maty poliestrowej, każdy fin składa się z około 80 takich sprasowanych warstw. Takie stateczniki są trwalsze niż poprzednie i bardzo dobre jeśli chodzi o elastyczność. Jednak ich uszkodzenie zwykle prowadzi do tego, że dostająca się miedzy warstwy woda powoduje delaminacje.

G-10 laminat epoksydowy

Konstrukcja bardzo podobna do powyższej ale zamiast maty poliestrowej używana jest epoksydowa. Epoksyd jest znacznie wytrzymalszy materiałem a dodatkowo w G10 występuje nie 80 a 200 takich sprasowanych ze sobą pod olbrzymim ciśnieniem warstw. Dzięki temu fin jest i trwalszy i lepiej zabezpieczony przed dostaniem się wody do środka. Jeśli wyszczerbimy taki statecznik możemy go po prostu zetrzeć papierem ściernym i to wszystko. Niestety G10 jest również o wiele mniej elastyczny, dlatego producenci często muszą projektować profil fina tak aby tą elastyczność mu zapewnić (cieńszy profil w okolicach połowy długości). Poza tym materiał jest około 20-stokrotnie droższy niż mata poliestrowa i o wiele trudniejszy w obróbce. O ile nam wiadomo są tylko dwa kolory w jakich takie stateczniki występują - zielonkawa żółć taka jak na płytkach drukowanych do produkcji których G10 został właśnie pierwotnie użyty i czerń.

Karbonowe

Formuła 1 w produkcji stateczników. Najdroższa i najbardziej pracochłonna konstrukcja. Elastyczność może być rozłożona dokładnie wedle zaleceń projektanta. Końcowy rezultat to mocny, lekki i bardzo drogi fin.

Dbaj o swój statecznik.

Wystarczy mieć trochę papieru ściernego w swojej torbie po to aby zrobić od czasu do czasu swojemu statecznikowi mały przegląd techniczny. Szczególnie jeśli zdarzyło się wam przejechać nim po dnie. Absurdalnym byłoby wydawanie masy pieniędzy na wspaniałą deskę, żagiel o niesamowitych osiągach, leciutki karbonowy maszt po to aby koniec końców dodać do tego wszystkiego kawałek poszczerbionego poliestru który z pewnością wpłynie na osiągi w dość oczywisty sposób. Kiedy deska prześlizguje się po powierzchni wody oznacza to ni mniej ni więcej, że równocześnie pod jej powierzchnią płynie statecznik. Jeśli chcecie być na spocie wolniejsi niż wasi kumple, częściej wywracać się w czasie zwrotów i mocno rozbudować mięśnie swoich nóg z powodu nieustannego wychodzenia ze spinów wtedy jak najbardziej powinniście pozwolić statecznikowi ładnie się wyszczerbić. Jeśli jednak was to nie interesuje to, co szkodzi poświęcić dwie minutki na ekspresowe polepszenie osiągów a tyle w zupełności wystarczy aby fina przeszlifować.

Na czym pływasz ?

Wyobraź sobie, że właśnie przyjechałeś na spot i zastanawiasz się co otaklować. Podchodzisz, więc do kogoś kto stoi na brzegu i pytasz się, na czym pływają.
- 4,37, pada odpowiedź
- 4,37? Dziwisz się. Masz na myśli 4,3??
- Nie, mam na myśli 437. Wszyscy pozostali zeszli na 458 ale ja myśle, że zaraz będzie wiało mocniej.
W tym momencie prawdopodobnie zmyjesz się jak najszybciej sądząc, że przez pomyłkę wylądowałeś na jakimś spocie kitesurfingowym lub czymś jeszcze gorszym ? Albo też przypadkiem uda ci się załapać, że twój rozmówca, trochę niefortunnie, opisywał żagle podając ich długość po maszcie. Nawet jeśli się zorientujesz że o to chodzi ta informacja i tak ci się na wiele nie przyda ponieważ żagle w takich samych rozmiarach pochodzące od dwu różnych producentów mogą tą długością bardzo się różnić. Czemu na Boga ten koleś jest taki zakręcony? Jest duża szansa, że to naprawdę kitesurfer - nie ma wszak żadnego powodu aby podawać rozmiar żagli używając do tego ich wymiaru po maszcie. Jest to delikatnie mówiąc raczej głupi pomysł. Ale czy aż nie prosi się aby teraz zadać sobie pytanie czemu w ten właśnie sposób podajemy miarę stateczników ?
Rozmiar wszystkich stateczników na świecie, no przynajmniej tych o których my wiemy, jest podawany właśnie przy użyciu ich długości. Na przykład deski JP 93 których używaliśmy do testów były fabrycznie wyposażone w 27 centymetrowe finy. Ale przecież to nie jest powierzchnia tylko długość statecznika. Analogicznie do żagli ta długość to tylko połowa informacji. Firmowe finy JP są jak na swoją długość raczej szerokie tak więc w rzeczywistości są raczej dużymi statecznikami. Ale bez problemu można znaleźć fin dłuższy i węższy, który przez to będzie uznawany za większy a tak naprawdę jego powierzchnia będzie wyraźnie mniejsza. A nawet słowem jeszcze nie wspomnieliśmy o czymś takim jak grubość i twardości ?
Jest to problem znany od dawna, ale nigdy tak naprawdę nic z nim nie zrobiono. W jakiś sposób każdemu w końcu udaje się przebrnąć przez to opisywanie finów za pomocą ich długości. Obecnie właściwie żaden producent nie podaje powierzchni swoich stateczników i nikt nie stara się naświetlać tego problemu ludziom i nic się tu nie zmienia (podczas testu sami musieliśmy mierzyć powierzchnie bo nie mieliśmy żadnych danych). My czujemy się tak samo winni tej sytuacji jak ktokolwiek inny. Nasz pracownik Simon Bornhoft stworzył pomysłową metodę doboru wielkości statecznika na podstawie takich parametrów jak waga i umiejętności deskarza, rodzaj deski, wielkość żagla, warunki na wodzie. Tutaj jednak też jako wynik dostajemy rutynowo tylko długość zalecanego fina. Na usprawiedliwienie trzeba dodać że chociaż dodatkowa informacja na temat zalecanej powierzchni byłaby z pewnością pomocna to szczerze powiedziawszy nie byłoby jej nawet jak wykorzystać. Natomiast jakakolwiek, nawet niepełna informacja jest lepsza od jej braku. Można założyć, że jeśli wspomniany system zaleca 24 cm to mowa jest o przeciętnej powierzchni fina o długości 24 cm. Niemniej nie jest to na pewno odpowiedź doskonała. Nie namawiamy do zmiany sposobu określania wielkości statecznika i podawania w tym celu jego powierzchni zamiast długości (chociaż byłoby to z pewnością dobre rozwiązanie bo jak pokazał ten test powierzchnia statecznika jest lepszym wskaźnikiem jego właściwości). To na co chcemy uczulić to fakt, że długość statecznika to tylko część informacji i wtedy kiedy podejmujecie decyzję którego użyć powinniście wziąć pod uwagę jeszcze przynajmniej jego szerokość.

OPISY STATECZNIKÓW

MAUI FIN COMPANY FREESTYLE 21 cm

Bardzo krótki ale o szerokiej bazie, gruby aż do samej końcówki i nieznacznie podwinięty.
Laminat poliestrowy
Zalety: Znakomity do powietrznych freestyle'owych manewrów nie będzie z pewnością przeszkadzał zahaczając podczas obrotów deski. Wpływał wyraźnie na poprawę naszych umiejętności freestyle'owych, co w rzeczywistości oznaczało więcej ustanych prób. Zaskakująco dobry w prowadzeniu deski w skręcie i mniej kłopotliwy niż oczekiwaliśmy w jeździe na wiatr i wczesnym wchodzeniu w ślizg. Łatwy do wyprowadzenia ze spina.
Wady: Kiepskie odpalanie, kiepski w jeździe na wiatr, wyraźna tendencja do łapania gwałtownych i niespodziewanych spinów. Kompletnie nie nadaje się do freeride'u.
Ogólnie: To był jedyny naprawdę ekstremalnie freestyle'owy fin w teście. Ze swoimi 21 cm wydaje się być bardzo mały ale w rzeczywistości wcale nie był najmniejszy. Miał większą powierzchnię niż MFC Freewave 25 !
Pomimo tego jest zdecydowanie inny w zachowaniu od pozostałej reszty. Jeśli tylko przeniesiemy ciężar ciała na tylną nogę wystarczy mała falka która uniesie rufę ponad wodę i nagle czujemy jakbyśmy nie mieli fina w ogóle. To uczucie do którego można przywyknąć jeśli ma się dobrą technikę ale warte jest tego tylko wtedy kiedy jesteśmy naprawdę zdecydowani na new-school freestyle. Jeśli nie lepiej sobie darować.

NIK BAKER FREESTYLE 25 cm

Fin szeroki od bazy do zakończenia. Gruba nasada, która jednak bardzo szybko się zwęża. Końcówka jest grubsza niż część środkowa. Umiarkowanie elastyczny od mniej więcej 2/3 długości.
G10.
Zalety: Bardzo dobry fin all-round. Szybko i łatwo odpala i czuć że daje mocne oparcie pod stopami zarówno przy małej jak i dużej prędkości. Dobry do freestyle'owych wyskoków a jednocześnie dobre właściwości freeride i łatwy w prowadzeniu.
Wady: Żadnych, może poza swoją nazwą która sugeruje bardziej specjalistyczne przeznaczanie niż w rzeczywistości.
Ogólnie: NB 25 cm został ulubionym statecznikiem wszystkich testerów głównie dlatego, że oferuje bardzo zrównoważone i pewne uczucie oparcia. Poza tym zachowywał się naprawdę świetnie bez względu na to czego od niego wymagaliśmy. Wszyscy doszliśmy do wniosku, że to najlepszy wybór dla tej wielkości all-roundowej deski i tego zestawu żagli.

MAUI FIN COMPANY MOVE 25 cm i 27 cm

Oba raczej szerokie od nasady do końca i ostro zakończone, co ma w założeniu pomagać w jeździe rufą do przodu. Oba są również raczej proste a grubość zmniejsza się równomiernie od nasady ku końcowi. W obu rozmiarach ostra końcówka jest bardzo podatna na zniszczenie a ponadto bardzo łatwo uszkodzić sobie o nią piankę lub zranić się w nogę podczas startu z wody.
Laminat poliestrowy

MOVE 25 cm

Zalety: Dobry all-roundowy fin. Jest bardzo pomocny we wczesnym wchodzeniu w ślizg (tuż za NB 25) i pozwala dobrze pływać na wiatr. Dobry do wyskoków i pomocny we freestylu.
Wady: Niezbyt pewne oparcie pod stopami i chociaż można go ponad miarę dociskać płynąc na wiatr to nie jest stabilny podczas takich manewrów jak 360 czy ciasna rufa.
Ogólnie: Uważamy że to dobry statecznik szczególnie za tę cenę. Dobrze pasuje do JP jako fresstyle/all-round fin ale jesteśmy też zdania, ze oba te finy zyskałyby na większym zaokrągleniu obrysu. Dałoby im to większą łatwość w pokonywaniu oporu wody.

MOVE 27 cm

Zalety: Duży statecznik. Pozwala wcześnie odpalić i ma dużą moc. Potrafi bardzo ostro płynąć na wiatr.
Wady: Niezbyt szybki, czuć jego opór w wodzie. Jest za duży do freestyle?u i za sztywny w skrętach.
Ogólnie: Po tym jak używaliśmy kilku mniejszych freestylowych finów widać było że ten, ze swoimi 27 centymetrami jest na to za duży. Nie jest również stworzony do freeride,u. Ale będzie dobry np. do freestylu, tyle że dla bardzo ciężkiego deskarza.

MAUI FIN COMPANY FREEWAVE 25

Wąski od nasady do końca, cienki i bardzo elastyczny.
Laminat poliestrowy.
Zalety: Szybki, zwinny, dobrze zrównoważony. Jako dobry i sprawny freeride'owy fin zdecydowanie pasuje do lżejszych deskarzy, którzy nie używają zbyt dużego nacisku na tylną nogę. Dobry w przeżaglowaniu.
Wady: Nie można przesadzać z naciskiem podczas odpalania i w jeździe na wiatr. Nieprzydatny do freesyle'u.
Ogólnie: To najmniejszy fin w teście (w znaczeniu powierzchni) i daje się to zauważyć. Nasi ciężsi deskarze czuli, że nie daje on odpowiedniego oparcia. Z kolei lżejsi byli zadowoleni z jego dyskretnej obecności.

MAUI FIN COMPANY ONSHORE 9? (22,9 cm)

Bardzo przysadzisty fin o wyraźnie wave'owym obrysie. U nasady szeroki, gruby i raczej nieznacznie ku dołowi tą grubość tracący. Umiarkowanie elastyczny.
Laminat poliestrowy.
Zalety: Żywy i skrętny. Na tyle duży i mocny, że przydatny również do większych desek pod warunkiem ze jest odpowiednio silny wiatr. Dużo więcej niż "akceptowalny" do freestyle'u.
Wady: Trudno odpala w słabszym wietrze.
Ogólnie: Znakomity mniejszy fin do desek takich jak JP FSW 93. Poprawia kontrolę i polepsza czucie w jeździe na fali i przy silniejszych wiatrach.

NIK BAKER FREERIDE 27 cm i 29 cm

Te stateczniki były podobne w odczuciu i osiągach, więc mogą być omówione razem. Oba są relatywnie długie i wąskie mają cienki przekrój łagodnie zwężający się ku dołowi. Ich dolne połowy są bardzo elastyczne.
G10.
Zalety: Oba to świetne freeridowe finy. Dają dużą prędkość i są szybkie i dobre w jeździe na wiatr. W silniejszym wietrze zapewniają dobrą kontrolę.
Wady: Twarde i potrzebują dużego łuku do skrętu, szczególnie ten 29 centymetrowy. Wymagają trochę techniki aby odpalić w słabszym wietrze. Nieprzydatne do freestyle'u.
Ogólnie: Dobre jakościowo finy freeride'owe, które potrzebują być okiełznane ale dobremu doświadczonemu deskarzowi odwdzięczą się świetną kontrolą przy dużych prędkościach. Rozmiar 29 cm do większego żagla lub dla cięższego dekarza.

Pokaż całość ...