wtorek, 31 maja 2005




Chwile po powrocie z długiego weekendu prognozy na Zegrze pojawiły się naprawdę obiecujące. Jeszcze rany na dłoniach nie zdążyły sie zaleczyć a tu nagle znów pływanko na 5.4. Oj gdyby cały sezon był taki wietrzny ... :)


Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

sobota, 28 maja 2005

Długi weekend na Półwyspie


No zbliża się kolejny długi weekend. Myślę sobie, że może by popływać. Nie ja nawet wiem, że bez pływania nie da rady (ufff dobrze, że mam wyrozumiałą kobietę J). Część wiatrolutków już w Piaskach, część uziemiona w swoich "norach" no i nie mam z kim jechać (Gosiak musiał się stawić w piątek w fabryce L).

Jednak Chrabcio poinformował mnie, że Adam jest rozbity na Chałupy 6, więc krótki fon do niego i do Kuby, który wyraził chęć zabrania się ze mna z Gdańska przekonały mnie, żeby jechać. Co prawda w czwartek miało nic nie wiać wiec postanowiłem wyruszyć na piątek by jak się okazało zaliczyć jak do tej pory najfajniesze pływania w tym sezonie. Wyruszyłem o 4 z wawy, po drodze śniadanko w Działdowie i już o 8:30 zameldowałem się przed akademikiem Kuby. Zapakowaliśmy jego sprzęcior na furę i teraz już w trójkę (towarzyszyła nam również dziewczyna Kuby - Gośka) udaliśmy się w stronę Władka. Dodam tylko, że na stopa z pod akademika zabrał się z nami kolega, którego pół rodziny pływa na deskach i to z międzynarodowymi już sukcesami. Po kolejnej godzince byliśmy już na kempingu. Szybciutko namierzyliśmy Adama z Kaśką i z braku wiatru rozpoczęliśmy pobyt w Chałupach od uraczenia się złotym trunkiem. Mimo jakichś 2B na wodzie, jako że byliśmy mocno na głodzie weszliśmy pobujać się chwilę. Nie minęło dużo czasu jak stwierdziliśmy, że nie ma sensu się katować, wzięliśmy browar w łapkę i zaczęliśmy szukać znajomych. Na surffestiwalu odbywającym się na boisku w Chałupach namierzyliśmy stoisko Xwind i Challengera/Crossmax a na nim Kapcia z B@mem i Ulą. No od tego czasu stoisko to stało się naszą bazą wypadową na wschód od kempingu J. Do sklepu blisko, znajomych zaczęło się pojawiać coraz więcej, dookoła kupa żagli, desek i reszty tego całego badziewia więc można się było poczuc jak w raju J. W każdym bądź razie gdy tak sobie popijaliśmy (Kapeć już pewnie spał), koło godziny 17 Kubuś rzucił hasło, że wieje i poleciał gdzieś z jakąś wielką szmatą. My (jako że z natury jesteśmy niedowiarkami i mieliśmy w sobie już po kilka piw) stwierdziliśmy, że nie ma co odstawiać na bok "naszego paliwa" (jesteśmy orędownikami hasła: "piwo to nasze paliwo") dla jakichś marnych 3B. Jednak gdy tylko się wychyliliśmy zza stoiska zobaczyliśmy pływające już w ślizgu desie. No to sru biegiem na kemping, wbijanie się w mokre jeszcze pianki i już po kilku minutach jeździmy sobie pięknie. Co prawda trzeba było się wyhalsować jakieś 500m od brzegu, ale za to równy wiaterek, który utrzymywał się jakieś 3 godziny dał nam bardzo wiele satysfakcji. Schodziliśmy z wody pełni satysfakcji licząc na więcej J .Wieczorkiem pojawił się Robsy i Waluś i trochę większą grupą udaliśmy się na plażowe piwko. Sobota przywitała nas zupełna flautą i zabijającym słońcem.

Dzień spędziliśmy na szukaniu masztu dla Adama, siatkówce i oglądaniu stoisk na surffestiwalu. A trzeba było przyznać, że było co ogladać bo pierwszy raz widziałem w jednym miejscu tyle stoisk. Szkoda, że na coroczny targach Wiatr i Woda jest tylko namiastka tego co było w Chałupach. Odbyły się nawet 2 hity zawodów freestylowych, ale jako, że wiatru było brak nic ciekawego nie zobaczyliśmy (no może oprócz wymyku na bomie w wykonaniu Łukasza Cerana). Niedziela. Tak to był dzień, który będziemy wspominać co najmniej jeszcze przez tydzień J. O 7 rano zostałem obudzony szumem liści i już o 7:05 latałem na 6.2 by po kilkunastu minutach przetaklować się na 5.4. Słońce, ciepła już woda, brak tłoku i równe 5B dało nam naprawdę coś na co czeka się całą zimę. W międzyczasie załapaliśmy się nawet na finałowy hit w którym to Bocian vs Kuba Kosmowski pokazywali już ślizgową "wyższą szkołe jazdy". Raport od Ufa mówił, że w Piaskach flauta więc tym bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że wybór Półwyspu był jak najbardziej trafny. Na wodzie spędziliśmy 8 godzin by totalnie wykończeni i szczęśliwi zacząć pakować furę w drogę powrotną. Jeszcze tylko 8 godzin by położyć się w swoim łóżku z uśmiechem od ucha do ucha i ranami na dłoniach, które jeszcze kilka dni będą przypominały o pięknej niedzieli.

Więcej zdjęć tutaj


Pokaż całość ...

wtorek, 17 maja 2005

Przyjemny wieczór na wodzie ...



Tym razem pakowaliśmy się dosyć późno po pracy. Na dworzu deszcz, parno, zero wiatru i na dodatek nadciagające burzowe chmury. Jednak prognoza mówiła, że będzie dwie godziny wiać więc nie mogliśmy sobie tego odpuścić. Zapakowaliśmy się z Ufem do jego fury, po drodze wciągneliśmy jakiś pokarm i bardzo szybko bo o 17 byliśmy już na WKSie ;). Na miejscu czekał juz Grabek z Jarkiem.

Nie wiało prawie nic, ale znając kaprysy Zegrza otaklowaliśmy się i sru na wodę. Trochę bujania i powoli, powoli zaczynało coś pierdzieć. Po kilkunastu minutach lataliśmy już łapiąc coraz dłuższe ślizgi. Jarek nie miał sprzętu więc zabawił się w fotografa i dzięki temu mamy kilka fajnych fot. Po dłuższym czasie pojawił się Chrabcio z Adamem i zaczęli się taklować podczas gdy my byliśmy już dosyć mocno zmęczeni i zmarznięci. Lataliśmy sobie tak w najlepsze, gdy nagle naszym oczom objawił się 85 kilogramowy zawodnik na 84 litrowej desce i 5 metrowym żaglu :) Postał po pas w wodzie, stwierdził, że deskę "rozdziewiczył" i udał się do domku :). Podsumowując dzień bardzo udany i jak to mówią starzy górale: " na wiatr nie ma co czekać tylko trzeba go samemu szukać" :)

Więcej zdjęć tutaj


Pokaż całość ...

piątek, 13 maja 2005

Wytęskoniony wiaterek na Zegrzu



Prognozy już od kilku dni zapowiadały przechodzący praktycznie nad całą Polską front, który pozwoli nam w końcu popływać na sródlądziu. Problemem tylko było załatwienie sobie wolnego, bo przecież takiego wiatru nie można nie wykorzystać. Co prawda dnia wolnego nie dostałem, ale nagłodzony do wykorzystania to dobra rzecz :).

Zapakowałem więc fure i w pełnym rynsztunku stawiłem się w robocie. Swoją obecność na spocie potwierdził nawet WiR, który do końca nie wierzył, że na Zegrzu można wejść w ślizg ;) Kilka minut przed wybiciem godziny 12 wskoczyłem do fury i pomknąłem w kierunku najlepszego spotu wave w promieniu 87km czyli Zegrza ;)

Plan był ambitny ponieważ miało wiać dokładnie wzdłuż wypływającej z zalewu Narwii, więc chciałem namówić chłopaków na zejście do wody po drugiej stronie mostu, wlaśnie już na samej rzece. Na miejscu (WKS) zastałem już Qtra, Huberta, Konrada, Martinezza i Dziomana na wodzie. Na krótka wzmiankę o tym, zby sie roztaklować i przenieść na drugą stronę mostu usłyszałem tylko jęk oznaczający niechęć do roztaklowania, więc uznałem, że dalsze pertraktacje nie mają sensu i sam zaczęłem sie taklować. Wiało dokładnie z pod mostu więc tworzyła się niezła dysza wystarczyło odpłynąc tylko kilkadziesiąt metrów od brzegu. W końcu pojawił się nawet i WiR, który za chwilę miał się przekonać, że nie takie Zegrze złe jak "dzika". Po kilkudziesięciu minutach rozwiało się na tyle, że po przesiadce z 6,2 na 5.8 ciągle czułem sie przeżaglowany. Resztkami sił otaklowałem 5.4 i wtedy mogłem sobie już zupełnie komfortowo latać do wyczerpania sie moich zapasów sił. Ekipa zaczęła się zwijać około godziny 15 więc na placu boju pozostaliśmy tylko ja i Martinezz.


Polataliśmy jeszcze trochę ciesząc się wiaterkiem i zafalowaniem, które pozwoliło szlifować coraz to wyższe skoki. Jeszcze tylko pakowanie i z uśmiechami od ucha do ucha rozjechaliśmy się do domów. Tego pięknego dnia chyba tylko najmniej szczęśliwy był Konrad, który zainwestował cały majątek w nowy żagiel, specjalnie na Zegrze a który z powodu swoich rozmiarów tego dnia okazał sie zupełnie nieużyteczny. Ale walczył dzielnie za co należy mu sie order twardziela-windsurfera ;)

Więcej zdjęć tutaj


Pokaż całość ...

wtorek, 3 maja 2005

Zlot grupy pl.rec.windsurfing Dąbki 2005


Wybór miejsca na tegoroczny zlot naszej grupy a zarazem otwarcie sezonu odbył się dosyć spontanicznie i wbrew oczekiwaniom wszystkich. Wygrał pomysł Seby, któty zakasował Sopot, Czarnocin i Półwysep. Dąbki to mała, uzdrowiskowa miejscowość wciśnieta pomiędzy jezioro Bukowo a wybrzeże Bałtyku.

Tradycyjnie już termin zlotu wypadł na długi, majowy weekend. Wystarczyło tylko załatwić sobie wolny poniedziałek i już można było oddawać się balandze we wspaniałym towarzystwie i we wspaniałym miejscu przez całe 4 dni (3 maj przypadał na wtorek). Organizacją imprezy zajęli się Seba i Pete. Jadąc na miejsce już przed Koszalinem spotkaliśmy zapakowany samochód na krakowskich blachach, który jak się okazało zmierzał w tym samym kierunku co my. Na miejscu byliśmy około godziny 10 w sobotę jako pierwsi wraz ze wspomnianymi Krakowiakami. Przywitała nas piękna, słoneczna i bezwietrzna pogoda. Jak okazało się chwilkę później ciepło było wszędzie oprócz naszych pokoi. Po południu powoli zaczęło przybywać gości by pod wieczór ośrodek zapełnił się już większością zaanonsowanych windsurferów wraz w rodzinami i znajomymi.


Pojawiło się sporo znanych już sobie wcześniej grupowiczów, ale pokazało się też troszkę nowych twarzy. Rekord świata pobił Dawid przyjeżdzając wraz w kobietą pociągiem z Wrocławia. Jak zwykle inaugurująca zlot impreza odbyła się przy grillu i piwie (były też mocniejsze trunki ;)). Nie obyło się również bez pokazów filmów na prowizorycznie przygotowanym ekranie (dzięki Jastu i Pete, którzy dostarczyli sprzęt). Impreza rozkręciła się do tego stopnia, że niewiele brakowało, a doszło do dosyć wyjątkowego striptizu (tym razem rozbierać mieli się panowie). Nie obyło się oczywiście bez tańców przy rurce i innych dość ciekawych konkurencji ;). Bawiliśmy sie tak w najlepsze do momentu w którym nasze wątroby powiedziały dość ("wściekłe psy" spełniły swoje zadanie) i zaciągneły nas do wyziębionych pokoi w których to mroziły się już piwka na dzień następny. Niedziela przywitała nas bezwietrzną i troszkę chłodniejszą aurą (jak zwykle wszelkie prognozy wzięły w łeb). Trzeba było znaleźć jakąś alternatywę dla pływania (ileż można w siebie lać ;)) i wybór padł na "rowery". Sir B@m postanowił pokazać nam miejscówę w ktorej to wieki temu spędzał swoje windsurfingowe wakacje. Zapakowaliśmy się więc na wypożyczone wehikułu, zabraliśmy niezbędny prowiant i udaliśmy w nieznane. U celu naszej podróży oprócz bardzo uroczego i wręcz wspaniałego miejsca dla windsurfingu spotkaliśmy człowieka, który to w hołdzie Papieżowi i ofiarom Tsunami postanowił przejść granice Polski na piechote. To się nazywa wyzwanie ...


Jeszcze tylko podróź powrotna, obiadek i przystąpiliśmy do oglądania żagielków Challeger i pokrowców Crossmax, które to zaprezentował Sir B@m. Po prezentacji zaczęliśmy rozgrywki siatkarskie o beczułkę wina, którą to miał zasponsorować Tomek. Mecz zakończył się oczywiście wygraną lepszych :), i dzień powoli zmierzał ku kolejnej imprezie. Jednak w Pika internetowej kafejce pojawiła się szansa na poniedziałkowy wiatr więc jak przystało na prawdziwych sportowców zaczęliśmy sie troche oszczędzać. W sumie jak by nie patrzył, każdy naprzywoził tyle sprzętu, że wstyd by było nie popływać. Standardowo już grill, muzyczka, filmy i doborowe towarzystwo to było to po co wszyscy tu przyjechali. Do pełni szczęścia brakowało tylko wiatru.

Poniedziałkowy poranek przywitał nas całymi 5 węzłami jednak prognozy dawały nadzieję na popołudniowe pływanie. Jako, że wielu z nas jeszcze w tym sezonie nie schodziło na wodę ciśnienie było na tyle duże, że od samego rana w ruch poszły najwieksze zestawy. Udaliśmy się więc na jeziorko zmyć z siebie "pozimowy kurz". Pojawiliśmy się więc na wodzie z żaglami czterokrotnie większymi od tych, na których trenowali uczniaki z pobliskiej szkółki (dzięki B@m za użycznie swojego zestawu) jednak i to nie pozwoliło nam złapać wystarczającą ilośc ślizgów. W piankach udaliśmy się na obiad by już po chwili zacząć taklować mniejsze żagielki. Pogoda wynagrodziła nas na tyle, że całe popoludnie "lataliśmy" już bez wiekszych problemów (lżejsi rajderzy odpalali już na żagielkach w granicach 6 m2). Nieprzyjemny okazał sie tylko kontakt z dnem które to w wielu miejscach można się było wbić jak w w stojące cały dzień na słońcu masło ;). No i w końcu mieliśmy okazję zobaczyć slynne już wyścigi B@m vs Kapeć (kto wygrał tego nie wiedzą nawet sami uczesnicy:)).


Pierwszy kontakt z wodą dla wielu okazał sie na tyle męczący, że cały czas trzeba było donosić schłodzone piwko na brzeg ;). Pod koniec dnia, tym razem już w pełni usatysfakcjonowani zasiedliśmy do wieczornej, pożegnalnej już kolacji. Późno wieczorem, gdy impreza zaczęła sie już rozkręcać, któs nagle skierował rzutnik na ściąne sąsiedniego budynku i nagle wszyscy poczuliśmy sie jak w kinie samochodowym :). Na szczęście nie doszło do projekcji filmów "akcji" (za to są już paragrafy ;)), ale sam widok loopów w wykonaniu najlepszych na kilkunastometrowym ekranie wyglądał naprawdę imponująco.


Wtorek to już dzień w którym wszyscy zaczęli rozjeżdzać się do domów. Był to jak zwykle wspaniały czas, spędzony w najlepszym towarzystwie, ktorego dopełnieniem było miejsce pozwalające odpocząć od codziennej gonitwy. Częśc uczestników przebywała na miejscu 4 dni, część dojeżdżała by choć na chwilę poczuć tą wspaniałą atmosferę, ale mam nadzieje, że wszyscy bawili sie tak samo dobrze. W imieniu grupy pl.rec.windsurfing czuję się w obowiązku zlożyć gorące podziękowania dla Seby i Pete za trud włożony w przygotowania, firmie "Terravita" za osłodzenie nam pobytu jak i szkółce "Sun-Sport Dąbki" za wypożyczenie namiotu służącego nam jako hangar i ekran projekcyjny.

Więcej zdjęć tutaj


Pokaż całość ...