poniedziałek, 26 września 2005

Klitmøller 19.09 – 26.09.2005


Pomysł narodził się…. prawdopodobnie podczas jednej z tych bezalkoholowych imprez ;-) Złożenia były takie: to będzie Klitmøller, wyjazd nastąpi z Czarnocina po jesiennym Zlocie grupy pl.rec.windsurfing.

Pomysł narodził się…. prawdopodobnie podczas jednej z tych bezalkoholowych imprez ;-) Złożenia były takie: to będzie Klitmøller, wyjazd nastąpi z Czarnocina po jesiennym Zlocie grupy pl.rec.windsurfing. Trzy tygodnie przed Zlotem przystąpiliśmy do konkretyzowania dotychczas niezbyt ściśle ustalonych planów. Mimo, że termin był już przesądzony, sporo zostało do ustalenia. Przede wszystkim ekipa – kilku kandydatów odpadło w przedbiegach. Ich niezdecydowanie przyczyniło się do wielu zmian w planach, nie tu jednak miejsce na ich opisywanie. Wystarczy powiedzieć, że ostateczny skład wyglądał następująco: Fafik, Hubert, Martinezz, Muki, Pete, Qter i Wir (kolejność alfabetyczna). Wyjazd nastąpi z Czarnocina w ostatni dzień Zlotu – 18 września po południu. Wszyscy pakujemy się do jednego samochodu. Plymouth Grand Voyager jak sama nazwa wskazuje, idealnie nadaje się do takich zadań. Zabiera 7 pasażerów ciągnąc jednocześnie za dyszel przyczepkę ze sprzętem. Przyczepa pożyczona ze Statoil zostanie dodatkowo zapełniona jedzeniem, piciem i pomieści jeszcze parę innych gadżetów. Warto wspomnieć o nowym rekordzie świata w przedwyjazdowej determinacji, jakim popisał się Martinezz. Jako rasowy windsurfer trzymał sobie spokojnie sprzęt w przyczepie na Helu, tymczasem tuż przed wyjazdem okazało się, że nie ma za bardzo jak tego wszystkiego przetransportować do punktu Z czyli Czarnocina. Ostatecznym ratunkiem okazał się …. pociąg!!! Uzbrojony w cały swój windsurfingowy stuff, czyli dwie deski, trzy żagle, dwa maszty, bomy i resztę dupereli, pojawił się nasz bohater na dworcu PKP w Gdyni. Tu na jego drodze stanęła niemiła przeszkoda - konduktor, który z niewiadomych powodów nie chciał zrozumieć, że to co dzielny Martinezz taszczy na sobie jest pewną odmianą roweru i jako taki jak najbardziej zasługuje na miejsce w rowerowym wagonie. Przepustką okazał się, jak w większości rozmów z konduktorami, bonusowy banknot o nominale „reszty nie trzeba”. Sama podróż pociągiem w towarzystwie niemieckich emerytów podbijających Polskę na rowerach minęła beztrosko, podobnie jak ostatni etap Szczecin-Czarnocin, który Martinezz przebył odmianą VW Transportera adresowaną do szczególnej grupy odbiorców tzw. „Kapciowozem”. Potem pozostało mu już tylko cieszyć się z zakończenia tej nietypowej wycieczki na wieczornej imprezce w Czarnocinie, którą nie wiedzieć czemu w większości spędził jeżdżąc na trójkołowym rowerku.

Galeria Czarnocin

Ruszamy

Pakowanie odbywa się zgodnie z wcześniej ustalonym planem w niedzielę. Wyjeżdżamy z Czarnocina o godzinie 1730. Wcześniej sprzęt został perfekcyjnie spakowany, dopasowując się idealnie do całej objętości przyczepy. Pozostało miejsce na jadło i napoje różne, które zgodnie z planem zostały dokupione lołkostowo już po rozpoczęciu tripu w jednym z dużych sklepów spożywczych znajdujących się na terenie Szczecina. Tu ostatecznie wszelkie wolne szczeliny pod plandeką zostały uzupełnione i mieliśmy obrać kierunek „west”. Niestety coś odwróciło naszą uwagę i godzina wyjazdu ze Szczecina odwlekła się nieco… do 2330. W międzyczasie zwiększyliśmy obroty szczecińskiego baru KFC. Pani Jadzia, zamknięta w niewielkiej bryle palmtopa, wyprowadziła nas z uśpionego już nieco miasta kanałów bardzo sprawnie, na granicy w Lubieszyniu zobaczyli nas już po północy. Widać wpadliśmy w oko niemieckiemu celnikowi, ponieważ wyraźnie był pod wrażeniem tego, co zobaczył po plandeką. Wynikiem jego fascynacji było ważenie przyczepy. Wyrok brzmiał dość zaskakująco – dopuszczalna ładowność przyczepy 750kg, waga zmierzona 1,08 tony. Nadmiarowe 330kg wyraźnie zainteresowało celników wywołując żywiołową dyskusję i lawinę pytań. Bezprecedensowa wymiana zdań w języku polsko-niemiecko-angielsko-rosyjskim zakończona została pełnym sukcesem, celnicy zrozumieli, że grupa siedmiu windsurferów musi wlec ze sobą mnóstwo dziwnych gratów. Opuszczamy teren Polski z wyrazem szczerej chęci poprawy i obietnicą, „że to ostatni raz”.

Do Danii

Fakt przekroczenia granicy został nam niezawodnie zasygnalizowany przez nieskazitelny stan dróg niemieckich. Jadzia z Automapy została w kraju ustępując miejsca zdecydowanie męskiemu głosowi pilota z mapy Tom Tom. Parę minut później mknęliśmy już po pustej autostradzie A20. Pustej? Zbyt pustej! Jak się okazało nie bez powodu. Przekonaliśmy się o tym po dojechaniu do poprzecznie ustawionych na autostradzie pomarańczowych pachołków. Przymusowy zjazd z autostrady zakończył się kompletną dezorientacją naszego nowego pilota, stratą czasu i pewnej ilości drogocennego paliwa. Zjechaliśmy jak się okazało z jeszcze niewybudowanej autostrady, by znaleźć się na bocznych drogach prowadzących donikąd. Po 20 minutach podróży wąską drogą gminną wszystko wskazywało na to, że jedziemy w niewłaściwym kierunku. Trzeba było zawrócić, jednak rufa 9 metrowej karawany na maleńkim, nieoświetlonym wiejskim skrzyżowaniu, jak się miało okazać, nie należy do najłatwiejszych i najbezpieczniejszych manewrów. Duży łuk skrętu spowodował, że zwrot zakończyliśmy na przeciwległej krawędzi szosy. Gdy trzeba było karawanę szybko wycofać, przyczepa postanowiła jechać w niewłaściwym kierunku. Kiedy staliśmy dokładnie w poprzek drogi okazało się, że skrzyżowanie połączone jest z ostrym i mocno opadającym ku dołowi zakrętem, zza którego wyłoniła się szybko jadąca, sporych rozmiarów terenówka. Na szczęście wyhamowała, ale jej przepuszczanie wydłużyło czas spędzony na skrzyżowaniu i spowodowało powrót do niezamierzonego kierunku jazdy. Kiedy mieliśmy wykonać już właściwy manewr zawracania, usłyszeliśmy krzyk Martinezza: „Panowie Tir jedzie, ja pier..lę i wysiadam!!!”, co zresztą natychmiast uczynił. Szybko zbliżające się światła, charakterystyczne dla 16 tonowych ciągników siodłowych uświadomiły nam, że mamy najwyżej kilka sekund na odblokowanie jezdni. Należało szybko zapomnieć o zawracaniu. Bez zastanawiania ruszyliśmy, natychmiast przyspieszając. Zostawiliśmy w tyle ciężarówkę, i Martinezza na ciemnym wiejskim skrzyżowaniu. Przejechaliśmy dopiero 200 km, a już było nas o jednego mniej J. Zawróciliśmy w najbliższej wiosce i w drodze powrotnej zabraliśmy zmarzniętego Martinezza, który biegnąc za nami w japonkach obudził klapaniem chyba pół dojczlandi. Parę kilometrów dalej kupiliśmy na stacji benzynowej najtańszą mapę (7 ojro), która umożliwiła nam względną orientację w terenie i przejazd na zastępczą autostradę. Dalsze kilkaset kilometrów uśpiony surfmobil pokonał bez problemów ze średnią prędkością ok. 110km/h. Podróż niemieckimi autostradami do przyjemnych należy… pod warunkiem, że się dobrze rozplanuje dojazd do najbliższej stacji benzynowej. Nie jest to jednak takie proste, gdy ma się zepsuty wskaźnik paliwa, dość nietypowy balast w postaci 7 osób na pokładzie i doczepionej przyczepy z plandeką, a odległości między stacjami dochodzą do 70km. Charakterystyczne dławienie się silnika wskazywało jednoznacznie na zbliżające się kłopoty. Zatrzymaliśmy się przy znaku wskazującym odległości: najbliższy parking 500m, najbliższa stacja benzynowa 5km. Pobocze niemieckiej autostrady A7 jest wystarczająco szerokie, aby bez problemu zmieścić każdej szerokości pojazd. W przyczepce czekał w gotowości kanister z 20 litrami „taniej” J polskiej benzyny, tyle że schowany dość głęboko przed wścibskimi oczami celników. Akcja p.t. „wydobycie kanistra połączone z tankowaniem w kompletnych ciemnościach” odbyła się wśród świstu dziesiątek śmigających obok tirów. Zakup kamizelek odblaskowych okazał się dobrą inwestycją. Decyzja dotycząca ilości wlanej benzyny okazała się jednak błędna – wystarczyło na zalanie pompy - akcję należało powtórzyć. Nie wiadomo, czy zajęło nam to tyle czasu czy było to kwestią przypadku, jednak gdy w końcu ruszyliśmy, niebo zaczęło rozjaśniać panujące wkoło ciemności. Pierwsza mijana stacja benzynowa jednogłośnie została wybrana naszym źródłem zaopatrzenia. 1,30€ za litr benzyny gotówką (ostatnia stacja przed duńską granicą, z parkingiem na kilkadziesiąt tirów nie akceptuje kart typu Visa Elektron) to obrzydliwa stawka ale w Danii miało być jeszcze drożej, więc tankujemy do pełna i jeszcze uzupełniamy kanister. Niemcy pożegnały nas gęstą mgłą zaściełającą autostradę i ukrywającą jadące przed nami pojazdy.

Galeria podróż


Dania – dzień pierwszy (19 wrzesień)


Przejście graniczne okazało się czystą formalnością. Brodaty wiking będący chyba celnikiem nie pozwolił się nam nawet zatrzymać. Machnął tylko ręką żebyśmy jechali i nie blokowali przejścia granicznego. Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów zatrzymujemy się na duńskiej stacji benzynowej, żeby rozprostować kości i zrobić małą roszadę w samochodzie. Chłopacy zamieniają się miejscami, bo nie wszystkie są jednakowo wygodne, a Martinezz zastępuje Pete przy kierownicy. Stacja wyposażona jest w duży parking dla tirów, bogaty bar, sporej wielkości sklep, hot spot, czyste kibelki i co najciekawsze – cena benzyny wynosi nieco ponad 9 koron, czyli jest tańsza niż w Niemczech! Jedziemy dalej - pozostało nam 180km, najpierw po autostradzie, dalej po drogach krajowych nr 13 i 26 urozmaiconych nieskończoną ilością małych rond spowalniających jazdę. Wszyscy się już przebudzili, obserwują mijane olbrzymie fiordy, przecinające je mosty oraz ogromne trawiaste stepy z porozrzucanymi na nich setkami elektrowni wiatrowych. W końcu drogą numer 11 mijamy miasto Thisted i zjeżdżamy na drogę 557, która poprowadzi nas obok malowniczego Vandet Sø wprost do celu naszej podróży. Parę minut przed jedenastą trzydzieści, po osiemnastu godzinach spędzonych w podróży, zatrzymujemy się przy tablicy z napisem…Klitmøller

Klitmøller!

Miasteczko złożone z kilku ulic oraz ponad setki domków letniskowych jest o tej porze roku opustoszałe. Od czasu do czasu mija nas jakiś samochód na niemieckich rejestracjach. Niemcy stanowią większość tutejszej klienteli i w większości przyjeżdżają tu podobnie jak my ze względu na świetne statystyki wiatrowe i doskonałe warunki do uprawiania sportów wodnych. Przejeżdżamy miasteczko dwa razy wzdłuż w poszukiwaniu otwartego biura wynajmu domków. Jak się okazuje w poniedziałek nie jest to takie proste, w sezonie jesiennym część biur funkcjonuje w cyklu tygodniowym otwierając biuro tylko na dwie godziny w sobotę. Szukamy niedrogiego domku sześcio-siedmio-osobowego komunikując się z agentami telefonicznie. Numery telefonów wywieszone są na oknach wystawowych lub drzwiach ich zamkniętych biur. W biurze „Novasol” informują nas, że otwarte jest ich biuro znajdujące się w oddalonym o 14km Nørre Vorupør. Nie chce nam się jechać, szukamy dalej w Klitmøller. Na ulicy Ørhagevej 117 znajdujemy otwarte biuro z dużym szyldem „Klitmøller Sommerhusudlejning”. Średnio sympatyczna pani podczas krótkiej rozmowy telefonicznej z wynajmującym zadaje nam dwa pytania: „Windsurfers? From Poland?”. Po tej rozmowie okazuje się, że domki są ale „nür für familien”. Trzecie biuro „DanCenter” mieszczące się na skrzyżowaniu Ørhagevej z Vangsavej jest zamknięte ale obsługa umawia się z nami na spotkanie za 15 minut. Pojawia się po pięciu ale co z tego, skoro oferta ogranicza się do trzech domków w niezbyt ciekawych dla lołkostowej ekipy cenach. Zatrzymujemy się przy sklepie windsurfingowym „Westwind” w którym od sympatycznego sprzedawcy dowiadujemy się, że tydzień wcześniej była mała demolka po imprezie więc z domkiem dla windsurferów może być kiepsko – wskazuje nam na położone w południowej części Klit pole campingowe. Podobno jest tam odpowiedni klimat i dobre ceny. Dojeżdżamy na camping. Facet który z niejednego pieca chleb jadł proponuje nam kiepskiej jakości sześcioosobową chałupkę bez WC i łazienki za obrzydliwą cenę 2600dkr (ok. 1300zł)! Odpuszczamy sobie camping i dalsze zwiedzanie biur w Klitmøller, jedziemy do oddalonego o 14km Nørre Vorupør gdzie znajduje się drugie biuro polecanego nam wcześniej przez Sebę biura „Novasol”. Okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Oferta biura jest znacznie bogatsza, jest w czym wybierać. Decydujemy się wydać 440€ na duży, ośmioosobowy, bogato wyposażony domek, znajdujący się w centrum Klitmøller. Dwie godziny później mamy odebrać klucze i umowę w ich biurze znajdującym się w Klitmøller. Zjawiamy się tam o umówionej porze. Biuro jest zamknięte, ale umowa, mapka dojazdu do domku i klucze wiszą na gwoździu przy drzwiach J. Parę minut później docieramy do naszej kwatery. Kolejne chwile dostarczają nam wielu szokujących i miłych wrażeń. Domek stoi wśród wielu innych podobnych, jest bogato przeszklony, bez żadnych krat, fortyfikacji, czy innych zabezpieczeń i nikt tu się nie martwi o jego zawartość, a jest o co! W salonie znajdujemy szerokoekranowy telewizor, z cyfrowym tunerem satelitarnym, odtwarzaczem DVD, wieżę Hi-Fi z kolumnami. Kuchnia pełna sprzętu, w tym pełnowymiarowa lodówka z zamrażarką, zmywarka, kuchenka z piekarnikiem, dwa ekspresy do kawy, mikrofala, stosy naczyń, pojemniki na wszelkiego rodzaju napoje, garnki, patelnie, wyciskarka do soków i wszystko, co możecie sobie jeszcze wyobrazić. Część łazienkowa to pralka, suszarka, prysznic, jacuzzi, sauna i solarium. W Klitmøller jest pochmurnie i co najważniejsze wieje zachodnia czwóreczka, ale po kilkunastogodzinnej podróży i całodniowym szukaniu domku, sił wystarcza nam już tylko na krótką wizytację spotu Reef & Bay. Jest siedemnasta, kilku Niemców takluje sprzęt na wieczorną sesję – jutro tu wrócimy!

Galeria dzień 1



Dzień drugi – wtorek (20 wrzesień)

Wieje zachodni wiatr o średniej sile 16-24kts. Jest dziesiąta, na rafie (The Reef) w Klitmøller kilkanaście żagli. Najbardziej wysunięty na zachód parking, tuż przy zejściu na rafę jest już cały zajęty – zajmujemy miejsce na sąsiednim, na którym jest jeszcze pusto. Po otaklowaniu będzie trzeba jednak się przejść ze 100 metrów aby wyjść za cypel. U wszystkich widać wyraźnie ciśnienie na pływanie, przygotowanie sprzętu nie zajmuje zbyt wiele czasu. Pierwszy rusza Hubert, za nim reszta. Fafik jako osoba niepływająca ustawia się ze stanowiskiem foto na brzegu, całą sesję uwieczni przez teleobiektyw naszego aparatu (dzięki Fafik!). Schodzimy na wodę - brzeg jest stromy, kamienisty, a fala brzegowa gwałtowna. Dwa metry od brzegu o dnie można zapomnieć. Nie ma czasu na kombinowanie, ze startem trzeba się zmieścić pomiędzy dwoma falami, w przeciwnym razie ta druga wypluje całość na kamienisty brzeg. Techniki są dwie - rzut deski na wodę i szybki start z brzegu lub wejście nieco głębiej i równie szybki start z wody. Dalej pozostaje kilkadziesiąt metrów na wejście w ślizg i spotkanie z rafą. Wypłycenie jest duże, głębokość do pasa, dno kamieniste. Rafa ma około 50m długości, tworzy się na niej około czterech fal przybojowych. Każda następna jest większa, ostatnia to już dwumetrowy dziad, na którym co lepsi rajderzy wykonują kilkumetrowej wysokości skoki połączone z loopami. Błędy na rafie są natychmiast brutalnie weryfikowane przez kolejne fale. Sprzęt i rajderzy przechodzą przez pralkę i są wypluwani w kierunku wschodnim gdzie czeka łagodna przy tym kierunku wiatru zatoka (The Bay). Jest pokryta łagodnymi falami bez grzywek i niestety bezwietrzna. Nie ma mocnych - wszyscy zaliczamy trójkąty. Rekord należy do Martinezza – próby powrotu z bezwietrznej zatoki na rafę kończą się dla niego dwudziestominutowym powrotem z pomocą Mukiego, Wira i Qtra. Zabawom na falach nie ma końca, przybój daje szansę na weryfikację umiejętności i ich szlifowanie. Są więc wysokie skoki (niestety bez loopów w naszym wykonaniu), jest jazda i zwroty na fali, są tricki wave i są panicznie szybkie starty z wody. Pływanie kończymy bez strat sprzętowych około godziny 16:00. Dość wcześnie ale wszyscy jesteśmy zdania, że jak na pierwszy dzień było aż nadto – przecież jutro też tu będziemy pływać!

Po powrocie do domku rozkoszujemy się pysznym obiadkiem. Wieczorem jedziemy drogą 26 na północny zachód, aby zapoznać się ze słynnym spotem „Middles” położonym w pobliżu Hanstholm. Spędzamy trochę czasu w pobliżu portu, strzelamy kilka wieczornych fotek przy olbrzymich słupach elektrowni wiatrowych i kierujemy się dalej w kierunku „Fish Factory”. Tu zaczyna się kamienista plaża „Middles” ciągnąca się w kierunku wschodnim przez kilkanaście kilometrów tworząc łagodną zatokę idealną do pływania przy kierunkach W, NW, NE i E. Tu również musimy wrócić ze sprzętem! Do Klit zajeżdżamy grubo po godz. 21. Resztę wieczoru spędzamy w salonie umilając sobie czas trunkami i czekoladą „Terravita”. Jest wreszcie czas by powspominać wydarzenia dzisiejszego dnia.

Galeria dzień 2


Dzień trzeci – środa (21 wrzesień)

Nie wieje – mamy podłe humory. Przyczepę ze sprzętem odpinamy od naszego surfbusa i szukamy spotu na skimboard i bodyboard. Na pierwszy ogień idą bunkry na południe od Klit, potem sprawdzamy kolejne plaże aż do Nørre Vorupør. Tam uzupełniamy zapasy kawy i niezbędne w przypadku 7 żartych chłopa, tabletki do zmywarki. Wracamy na zatokę w Klit.

Sesja skim-body-boardowa zostaje uwieczniona na licznych fotkach. Popołudniu jedziemy do Hanstholm. Zwiedzamy muzeum bunkrów gdzie jak sama nazwa wskazuje znajduje się kompleks fortyfikacji z okresu II Wojny Światowej, bunkry i kilka dział, w tym ogromna lufa kalibru 38cm. Stamtąd wyruszamy na spot „Middles” w okolice Vigsø, gdzie zbieramy wiadro małży na podwieczorek. Mimo braku wiatru dzień można zaliczyć do udanych. Wieczór jak inne wieczory – sauna, koncerty i filmy… zamiast popcornu wcinamy gotowane mule.

Galeria dzień 3


Dzień czwarty – czwartek (22 wrzesień)
Ranek wita nas słońcem i lekkim południowym wiaterkiem. Szybkie pakowanie sprzętu i ruszamy w poszukiwaniu wiatru nad Vandet Sø. Niestety jezioro jest od tej strony niedostępne. Jedyne dojście znajduje się na południowo-wschodnim brzegu – jezioro nadaje się tylko na silne wiatry zachodnio-północne, gdy na morzu robi się zbyt niebezpiecznie dla lamerów. Ruszamy więc do Thisted licząc na pływanie na Limfjorden. Tu również zero wiatru, można się co najwyżej opalać – samochód z przyczepą zostawiamy na dużym parkingu w porcie i ruszamy na spacer po mieście. Thisted jest malowniczym, portowym miasteczkiem leżącym 14km od Klitmøller.
Robimy rundkę po starówce, zaglądając do sklepów i szukając kafejki internetowej. Muki weryfikuje ceny towarów w sklepach przeliczając wszystko na euro i złote. W informacji turystycznej dostajemy namiar na kafejkę internetową znajdującą się w bibliotece miejskiej. Tam wyjątkowo miła pani informuje nas, że do dyspozycji jest 30 komputerów i usługa ta jest całkowicie bezpłatna J. Sprawdzamy prognozy, chłopaki wrzucają post na grupę i powoli ruszamy w stronę domu. Prognoza wskazuje, że powieje dopiero w piątek L. Cała wycieczka zajmuję nam dwie godziny.
Ostatnim gestem rozpaczy skręcamy z drogi w kierunku Vandet Sø. Mapa pokazuje, że od zachodnio-południowej strony może być szansa dojazdu do jeziora. Przejeżdżamy kilka kilometrów kamienistą ścieżką, która mogłaby kandydować do miana jednego z etapów Camel Trophy. Zataczamy duży krąg nie zbliżając się jednak do jeziora na odległość mniejszą niż 200m. Po drodze, z sercem na ramieniu Pete przeprowadza karawanę przez spróchniały drewniany mostek. Niestety cały wysiłek na nic, wracamy na Klitmøllervej. Około 15-tej zajeżdżamy do Klit na rafę gdzie Wir decyduje się na godzinną sesję bodyboardową. Reszta wraca do domku by prowadzić w nim standardowe życie emeryta – obiad z grilla, sauna, piwko i wieczorne filmy z DVD.

Galeria dzień 4


Dzień piąty – piątek (23 wrzesień)
Wieje niezdecydowanie z południa. Nieśpiesznie wstajemy i za poradą lokalesa z surf shopu ruszamy do Krik – miejscowości położonej około 40km na południe od Klitmøller. Spot leży na przedmieściach Krik, w otoczeniu czterech duńskich chat i starej stodoły. Nad fiordem znajduje się 100 metrowej długości nasyp dzielący linię brzegową na dwie zatoczki, z których przy tym kierunku wiatru jedna jest zafalowana, a druga płaska. Na parkingu mieści się kilkanaście samochodów. Zjechała się spora grupa niemieckich i lokalnych kitesurferów. Windsurferów nie widać, więc obawiamy się trochę konfliktu interesów. Mierzymy siłę wiatru. Wychodzi średnia około 12kts, taklujemy więc pędniki 6,2 do 8,4m2. Taklowanie odbywa się na trawce, a od wody dzielą nas dosłownie trzy kroki. Przy południowym wietrze jest to miejsce przypominające Zatokę Pucką – niewielka falka, częste wypłycenia. Brzeg nasypu złożony jest z kamieni, lecz już 4 metry w głąb zatoki zaczyna się piasek. Jest to dobre miejsce do uprawiania freestyle’u oraz do pływania przy silnych wiatrach, gdy zejście na morze przerasta nasze możliwości J. Spot nadaje się na większość kierunków poza północnymi. Należy zwrócić uwagę na to, że przez środek tego fiordu przebiega wyraźnie oznaczony tor wodny, po którym od czasu do czasu przepływają mniejsze i większe statki. Pływanie jest typowo zatokowe i zajmuje nam kilka godzin, aż do momentu w którym wiatr spada do 7 węzłów. Wiatr nas nie rozpieszcza, chwilami są problemy z odpalaniem. Czas spędzamy na lajtowym pływaniu po prostej oraz skokach na małych falkach połączonych z podejściami do freestyle’u. Słońce świeci cały czas, z brzegu sesję uwieczniają naszą cyfrówką Fafik i Hubert. W kadrze najczęściej pojawia się Muki, któremu słabe warunki wiatrowe nie przeszkadzają w fikaniu tuż przed obiektywem. Po spakowaniu sprzętu do przyczepy okazuje się, że liczba szkwałów rośnie. Stwierdzamy, że nie jesteśmy na tyle wypływani by wracać do domu. Żeby się jednak nie taklować w tym samym miejscu, postanawiamy jechać do przystani promowej, mieszczącej się na końcu 5km cypla ciągnącego się wzdłuż zachodniego brzegu fiordu. Droga którą pokonujemy w parę minut jest prosta jak strzała i kończy się zjazdem na prom. Po prawej stronie mijamy mały zalew i wydmy, za którymi ciągnie się linia brzegowa Morza Północnego, natomiast po lewej fiord, który w tej części jest rezerwatem ptactwa wodnego. Cypel przypomina nieco naszą drogę na Hel tyle, że w promieniu kilku kilometrów nie widać żadnych drzew i samochodów.

U celu zastajemy znajomą grupę kilkunastu kitesurferów. Po szybkim wywiadzie na temat głębokości (obawialiśmy się, że będzie za płytko gdyż w głębi zatoki widać było ogromną wydmę) decydujemy się zamoczyć. Na wodę schodzą Martinezz, Wir, Qter i Muki. Ich radość nie trwa jednak długo, gdyż po około 30 minutach wiatr zostaje wyłączony. Na kamieniach wokół falochronu chroniącego port dla promu zbieramy jeszcze muli oraz znajdujemy w końcu żywego kraba. Niestety nie był na tyle duży, aby nadawać się do ugotowania J. Zmęczeni całodniowym wypadem, wracamy do domku na kolację, mając nadzieję, że kolejny dzień pozwoli nam w końcu popływać na morzu. Przy domku na naszej ulicy zastajemy miłą niespodziankę. Do Klit przyjechała reprezentacja Los Lameros w osobach Muzyka i Grandslama z trzyosobową ekipą młodych surferów z Trójmiasta. Info od chłopaków, że musimy wstać rano bo ma wiać w godzinach od 7 do 11-tej spowodowało skrócenie wieczornej imprezy i zmusiło nas do ustawienia budzików na godzinę 6-tą.

Dzień szósty – sobota (24 wrzesień)

O godzinie 7 wciągamy szybkie śniadanko i ruszamy na poszukiwania wiatru. Piątkowe prognozy zapowiadały wiatr z południa. Realia pokazują jednak, że wieje ale kierunek się nie zgadza NW. Lamerosi są już na trasie w kierunku Krik, my ruszamy zbadać sytuacje na rafie i zatoce w Klit. Tam okazuje się, że wiatr się odwrócił i w zatoce wieje średnio 12 węzłów, lecz jest on-shore (czyli wprost na brzeg :P). Krótki kontakt telefoniczny potwierdza, że na południu Lamerosi nie znajdują ciekawych warunków. Po krótkiej naradzie ruszamy w drogę na „Middles”. Kilkanaście minut później zajeżdżamy na łączkę położoną kilkaset metrów na wschód od „Fish Factory”. Wieje wiatr o średniej sile 14, a w porywach do 17 węzłów. Informujemy o warunkach Lamerosów, szczęście maluje się na twarzach wszystkich riderów. Szybkie taklowanie – większość żagli w okolicach 5-6m2, Pete 7,5m2. Schodzimy na wodę około 9:30, na spocie pojawia się ekipa z trójmiasta. Latanie trwa niestety tylko 2 godziny. Z każdą minutą fale robią się coraz większe ale wiatr słabnie - około 12-tej wiatr siada zupełnie. Spot „Middles” jest dobry przy wiatrach z górnej połówki (od W przez N do E). Zejście do wody jest mocno utrudnione gdyż na dnie jest „rafa”, która kryje pod wodą wiele niespodzianek takich jak głazy, dziury i wypłycenia. Czujność jest tu więc wysoce wskazana. Jednak zejście do wody jest niczym w porównaniu z wyjściem. Łamiące się fale, podłoże z wieloma skałami i dziurami skutecznie utrudniają wyniesienie sprzętu na brzeg. Tym razem brak silnego przyboju i raczej lajtowe jak na morze warunki sprawiają, że w ekipie obyło się większych strat - wszyscy czuli się ukontentowani – za wyjątkiem Martinezza, który złapał jakiegoś żołądkowego bakcyla. Fajne falki do ujeżdżania na prawym halsie sprawiły, że pierwsze prawdziwe jazdy na fali zostały zaliczone. Poleżeliśmy jeszcze na trawce delektując się słoneczkiem i wspaniałym otoczeniem, gdy na spocie pojawił się Bartek Świderski z ekipą z Vistula-Surf.net. O pływaniu nie było mowy, więc zaprosiliśmy chłopaków do nas na „herbatkę”. Razem czas spędziliśmy miło i przyjemnie wypijając kilka browarków (pierwszy raz również duńskich), wciągając produkty „Terravity” i wymieniając się informacjami o spotach na których pływamy. Późnym popołudniem wciągamy szybki obiad, potem sauna, jacuzzi i film z projektora… dzień zakończony. Jutro podobno ma wiać…

Dzień siódmy – niedziela (25 wrzesień)
Nie wieje. Po późnym śniadaniu Hubert, Qter, Muki i Wir idą na spacer nad zatokę. Na plaży znajdują komórkę z menu po Duńsku oraz spotykają Lamerosów poszukujących w sklepie „Westwind” surfboarda, do bezwietrznej zabawy się na falach. Po raz kolejny okazuje się, że przeklinanie po polsku (brak wiatru mocno do tego zachęca) ułatwia nawiązywanie kontaktów z rodakami przebywającymi za granicą – oprócz nas na parkingu przy zatoczce jest jeszcze... 10 osób z Polski. Pozdrowienia dla Bola, Baksa, Robercika i reszty ekipy z Pomorza Zachodniego. Po powrocie do domu stwierdzamy, że nie ma co siedzieć na dupie - należy szukać wiatru. W drodze na rafę w Klit znaleziony wcześniej telefon dzwoni – umawiamy się z właścicielem na odbiór w surf-shopie. Podjeżdżamy na rafę gdzie tworzą się imponujące fale. Wir ponownie decyduje się na bodyboard. Wieje słabo SW ale ciśnienie na pływanie rośnie, więc ściągamy Wira z wody i jedziemy do Thisted licząc na ostatnie lajtowe pływanie na płaskiej wodzie. Wiatr nie przekracza jednak 10kts - spędzamy godzinę przy brzegu fiordu na partyjce Scrabble i wracamy do Klit. Coraz wyraźniej dociera do wszystkich, że ostatnie pływanie na duńskich wodach mamy już za sobą. Pozostaje nadzieja, że cud zdarzy się w poniedziałek. Pojawiają się sugestie o przedłużeniu pobytu tłumione przez niektórych pracoholików J. Godzina 21. Mamy gości – odwiedzają nas Michał Rajter i Marek Skrzypczyński. Spędzamy wieczór na oglądaniu filmów WS przy drinkach i piwie. Na zewnątrz rozwiewa się dobra czwórka – hrrrr…

Dzień ósmy – poniedziałek (26 wrzesień)

Nadzieja matką głupich. Wiatru zero. Jakieś koślawe prognozy na następne dni nie dają nawet motywacji do pozostania dłużej w Klitmøller. Sprzątamy domek i ładujemy dobytek na przyczepę. Zostawiamy klucze od domku na gwoździu w biurze „Novasol”. Wyjeżdżamy z Klit po 13-tej przy słonecznej i bezwietrznej pogodzie. Po drodze zatrzymujemy się na godzinę w Skive na mały spacer i zakup pamiątek. Tankujemy benzynę „do pełna” w przyzwoitej jak na zachodnie standardy cenie (w przeliczeniu około 4,60zł) i skierowujemy się na autostradę E45. Tym razem na drodze nie ma mgieł, widoczność jest znakomita, możemy więc nacieszyć oczy wspaniałymi widokami na duńskie fiordy z ogromnych mostów wiszących kilkadziesiąt (nawet ponad 100) metrów nad nimi. Wyludnioną granicę mijamy z prędkością 60km/h. Przed nami do pokonania najdłuższa część trasy, po niemieckich autostradach. Tym razem nie dajemy się nabrać na autostradę A20 (trzeba przyznać, że gostek z TomTom’a robił wszystko co w jego mocy żeby nas tam sprowadzić), jedziemy przez A7, częściowo A21, później A24 i dalej A10 do ringu Berlińskiego. Tutaj następuje zemsta TomToma – zamiast skierować nas autostradą A11 na Kołbaskowo, wybiera A12 i drogę przez Świecko. Niestety śpiący 'łącznik zachodniopomorski' czyli Wir nie reaguje na czas sprzeciwem. Oprócz nadłożonej drogi przez Poznań, mamy wątpliwą przyjemność skorzystania z jednego z trzech odcinków polskiej autostrady pana Kulczyka. Przejazd 5km niepomalowanym autostradowym asfaltem kosztuje nas 27zł! Do Bydgoszczy dojeżdżamy wczesnym porankiem, gdzie zostaje Pete, Voyager i przyczepa ze Statoil. Po przepakowaniu reszta ekipy wyrusza w ostatnią trasę do Warszawy. Z windsurfingowego punktu widzenia podsumowanie pobytu wypada niezbyt optymistycznie – 3 dni pływające, jeden zagubiony. Jest jednak i druga strona medalu. Spędziliśmy tydzień we wspaniałym towarzystwie równych gości, poznaliśmy ciekawy kawałek duńskiej ziemi, spotkaliśmy sporo bardziej lub mniej znanych nam dotychczas osób, wiemy już co i jak – na przyszłość nie damy się niczemu i nikomu zaskoczyć. Jest OK – zaliczyliśmy kilka kultowych spotów, na paru z nich udało się nam popływać. Nie zdarzyło się nic złego, nie musieliśmy korzystać z wykupionego ubezpieczenia – wróciliśmy cało do domu, mieszcząc się z zapasem w założonych wcześniej kosztach wyjazdu.



Co warto wiedzieć:
W Klitmøller znajdziecie trzy biura wynajmu domków letniskowych. Wszystkie mieszczą się przy głównej ulicy (Ørhagevej), przy czym „Novasol” jest najczęściej zamknięte, bo czynne jest ich biuro w oddalonym o 14km Nørre Vorupør (tel. 97975757, www.novasol.de). „DanCenter” znajdziecie przy skrzyżowaniu Ørhagevej z Vangsave (tel. 97922288). Trzecie biuro mieści się pod numerem 117 i nie ma nazwy. Biała tablica z zielonym napisem umieszczona na ich ceglastym budynku głosi „Klitmøller Sommerhusudlejning”. Nam odmówiono tam wynajmu ale Los Lameros podobno wynajęli tam domek za niewiele ponad 300€.
Sezon „tanich domków” (oznaczony „D”) zaczyna się we wrześniu, a kończy w drugiej połowie maja, od końca października do połowy marca i dwa tygodnie kwietnia trwa najtańszy sezon „E” (z wyjątkiem Sylwestra i Świąt). W tym czasie sporo domków stoi pustych, więc z wynajmem na miejscu nie powinno być większych problemów. Domki na 8 osób można znaleźć nawet w cenie zbliżonej do 300€ za tydzień. Do ceny należy doliczyć od 50€ do 150€ kaucji za prąd, wodę i sprzątanie!
W okolicach Nørre Vorupør, Klitmøller i Hanstholm znajdziecie spoty wave dla wszystkich kierunków wiatrów od SW poprzez W, N, NE po E. Przy kierunkach S, SE można popływać na fiordach w Krik i w Thisted.
Paliwo na stacjach w Danii nie jest droższe niż w Niemczech, a być może niedługo i w Polsce :-/
Jeśli czegoś zapomnicie kupić w Polsce – nie ma tragedii. Ceny na towary są często wyższe niż w Polsce ale małe zakupy nie powinny doprowadzić was do bankructwa.
Niemiecka autostrada A20 jest na trzech odcinkach dopiero budowana. Ma być oddana do użytku w 2006 roku. Odległość od polskiej granicy do Klitmøller to około 900km.
Jadzia nigdy ci nie skłamie – najwyżej ci prawdy nie powie.


Euro do PLN - 3,97
Korona do PLN - 0,54
Totalny koszt wyjazdu – 7219 zł
Koszt na 1 uczestnika – 1031 zł



Popełnił: wiatro-lutki & Pete

2 komentarze: