niedziela, 1 października 2006

Das lowkost nach das Surfparadajs


Pojechaliśmy, wypiliśmy, pośpiewaliśmy, odpoczeliśmy, popływaliśmy i wróciliśmy ;) Kolejny udany wyjazd stawia nam coraz wyżej poprzeczkę na wodzie. Oby kolejny trip (oby już na wiosnę) był co najmniej tak udany jak ten i to pod względem towarzyskim jak i wiatrowym ...

To juz sie powoli staje tradycją, że jesień spędzamy miłą gromadka w jakimś dobrze przez wiatr nawiedzonym miejscu. W zeszłym roku bylismy w Klit w tym dla odmiany też w Klit. Z kolei na przyszły rok szykujemy coś zupełnie innego, prawdopodobnie będzie to Klit. No ale po co zmieniać coś co jest bardzo dobre ? Tym bardziej że wystarczające zmiany poczynilismy juz w czasie tegorocznego wypadu. Po pierwsze nie mieszkaliśmy w Klit tylko w Norre Vorupour, po drugie naprawdę porządnie trafiliśmy z prognozą (co nie znaczy że nie może byc z tym jeszcze lepiej - zawsze może), po trzecie pogościliśmy troche dwie dziewczyny - Aldę i Martę. Co prawda panie wytrzymały u nas tylko trzy dni ale to i tak spore odstępstwo od żelaznych reguł męskiego wyjazdu. W sumie cały nasz wyjazd upłynał pod znakiem spotkań z wodą, z tym że w pierwszej jego części przeważała woda ognista, woda okresowo spadająca z nieba i jakieś zbiorniki wodne które za nic w świecie sie nie chciały zmarszczyć choćby mizerną, metrową falą. Druga część to już woda pod postacią wzburzonego Morza Północnego. Dodajmy do tego trzy rodzaje wiatru - mocny, bardzo mocny i zajebiście mocny, piekną pogodę no i nie ma co się dziwić że wracamy do Danii za rok.



Zapraszamy do oglądania zdjęć z tegorocznego wyjazdu, które podzieliliśmy na kilka galerii. Za migawkami aparatów królowali Rafał i Tomolos.

Holiday Surfers - nasze "wyczyny" na wodzie

Alien Surfers - do czego dążymy ;)

Surfers_Paradise_vol. 1 - Co się działo oprócz pływania vol. 1

Surfers_Paradise_vol. 2 - Co się działo oprócz pływania vol. 2

Surfers_Paradise_vol. 3 - Kolejna dawka akcji z wody i nie tylko.

Photo_Paradise - Dania okiem profesjonalisty :)


ps. Serdecznie podziękowania dla Walusia i Terravity za zapewnienie odpowiedniej dawki węglowodanów ... :)

I jeszcze parę wrażeń uczestników tej wycieczki na trasie - ul. Czerska, ul. Fabryczna, kino Femina, Janki, Norre Vorupour i okolice (ze szczególnym uwzględnieniem miejscowości Krik), Janki, kino Femina, ul. Fabryczna, ul. Czerska:





Człowiek który skoczył backloopa .... podobno ;)
Gdyby nie CB to nawet bym odpoczął ;) A tak tylko pływanie, whisky, deszcz, pływanie i inne fotografowanie. Było nieźle i oby do wiosny !!!











Człowiek który własnoręcznie zderzył się z duńskim tsunami
Wiatrolutkowy wyjazd do Danii to najlepsza rzecz jaka mogła mi się przydarzyć bez zdjemowania spodni. Morze, wiatr, fale a po tym wszystkim rzeczowa najebka, cóż może w zyciu być piękniejszego...









Człowiek z twardą duszą wysokogórskiego tragarza
Cichy bohater tego wyjazdu. Z żaglem który właściwie co wieczór, przy pomocy różnych naklejek był tworzony od nowa, z deską która niespecjalnie rozumiała jak należy zachować sie na fali, z zerowym doświadczeniem na morzu brał sie z a bary z żywiołem i nie zawsze wychodził pokonany. No i chce tam wrócic za rok.







Człowiek który pływał na desce do Szwecji .... codziennie .... po kilka razy
Pływanie było, atmosfera była, ogólnie bardzo fajnie a wrecz nawet bym po cichu powiedział że zajebiście. Tylko po co każdemu Duńczykowi koparka ??? I dlaczego żadna z miliona mijanych koparek nie pracowała ??? Spisek to jest - Królestwo Danii szykuje inwazję na Nową Zelandię, podkopem przez środek Ziemi !!!







Człowiek radioFM
To było jak powrót do korzeni, mistyczne odrodzenie. Po przyjeździe do Polski pierwsze co zrobiłem to wyszedłem przed dom i wystrzelałem w płot wszystkie kulki paintballowe, ciuszki oddałem na PCK, a marker zaniosłem do pobliskiego przedszkola żeby dzieciaki miały sie czym pobawić. Zrozumiałem, że nie tędy droga. Jutro idziemy z innymi nawróconymi chłopakami do fabryki Róży Luksemburg i postaramy się ją odnowić i naprawić to co przez te wszystkie nasze bezzensowne strzelanki napsuliśmy. A do lasu będe już jeździł tylko na grzyby. Dziękuje wam za to WIATROLUTKI !!!







Człowiek zafascynowany DDN (Duńskim Drobiem Nadmorskim)Reasumując: 7 dni w kraju kraba, wiatraka i fiorda dało w kość wszystkim uczestnikom wyprawy. On-shore, off-shore, 6 gb zdjęć, 3200 km, 1 kg dorszy. Wszystko to odcisnęło swoje piętno. Na własnej skórze doświadczyliśmy srogiej duńskiej jesieni oraz uroków transeuropejskich podróży. Na otarcie łez pozostaje nam "uznanie w Danii", dla postępów poczynionych na lądzie i za przybojem, na desce i za obiektywem, na bani i za kółkiem. Do zobaczenia w Das Klit. Za rok.


Pokaż całość ...

wtorek, 5 września 2006

Prawie wave na prawie morzu ;)


Dwa piękne dni, które na długo utkwią w naszej pamięci. Nawet żagle w granicach 4 m2 były chwilami za duże. I nikt pewnie nie uwierzy, że tak potrafi zaskoczyć WKS.



Prognozy utrzymywały się już od tygodnia. Mówiły o 15 węzłach przez dwa dni. Front miał obejmować całą Polskę więc nie było sensu organizować wyjazdu na północ. W poniedziałek z samego rana na WKSie stawił się Dzioman, Qter, Hubert, Ufo i ja. Prognozy tym razem oszukały nas w pozytywnym sensie. Zamiast zapowiadanych 15 węzłów dochodziło do ponad 30. Żagle, które otaklowaliśmy na początku w granicach 5 m2, szybko zaczęliśmy przetaklowywać na to co mieliśmy najmniejszego. Spokojnie można było pływać na 3.x jednak takich żagli w secie nie posiada żaden z nas :) Pojawiła się też silna ekipa, która otaklowała szóstki i z deskami szerokości drzwi od stodoły próbowała coś zwojować. Nie wiedzieć dlaczego po zejściu na wodę zniknęli na dobrą godzinę po czym wszyscy powoli wracali z deskami na głowach gdzieś z krzaków ;) Był też moment w którym tak przywiało że chyba chusteczki do nosa były by za duże. Zrobiło się szaro, wszystkich położyło, lunęło deszczem by po kilku minutach wrócić z powrotem do 7B :)



We wtorek grupa troszkę się zmieniła. Grabek, Konrad, Hubert, Dzioman, i ja znów mogliśmy cieszyć się początkiem jesieni na wodzie. Część z nas na żaglach 4 część na 5 metrowych od rana do popołudnia ujeżdzała mega kartoflicho. Czasem tak samo ja w poniedziałek tworzyły się fale, na których można bylo zjechać co dawało przedsmak prawdziwej jazdy na fali. Sztuka złapania takiej moczarowej falki nie jest łatwa, ale jak już się uda może ona dostarczyć naprawdę dużo frajdy. Problem tylko, że są one krótkie i naprawde nieprzewidywalne. Pojawiają się na kilka metrów przed rajderem by zniknąć w najmniej spodziewanym momencie. No I mamy nową świecka tradycję: łamanie masztów przez Ufa :) W poniedziałek gdy wszyscy latali przeżaglowania na 4m Ufo wyszedł na 6.3. No I drugi maszt (poprzedni złamał 4 dni wcześniej na Narwi) w ciągu 4 dni ma do wymiany ;)
p.s. Przydał by się taki trening na kilka dni przed zbliżającym sie wyjazdem do Klit ...

Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

czwartek, 31 sierpnia 2006

Szóstka w tatarakach


Jesień zbliża się coraz większymi krokami więc i wiatru coraz więcej. Narew znów zadziałała tak jak się wszyscy spodziewali.



Przez ostatnie kilka miesięcy można było mieć wrażenie, ze wiatr z jakiegoś powodu bojkotuje nasz kraj. Polityczne rozgrywki na miedzynarodowej arenie najwyraźniej. Ostatnie dobre prognozy były w maju, później jak coś się tylko na horyzoncie pojawiało to z dnia na dzień gasło i obchodziliśmy sie smakiem. Chyba jedynie ktoś kto cały czas siedział nad morzem miał szanse zaliczyć w Polsce troche porządnych pływań tego lata. Natomiast ten, kto się ostatniego dnia wakacji pojawił tam gdzie powinien ustrzelił w przenośni i dosłownie szóstke. Wiało z północnego-zachódu czyli dokładnie wzdłuż koryta Bugo-Narwi, na dodatek wiatr był jak na tutejsze warunki idealnie równy, non-stop jakieś 20-25 węzłow. Ja na ponad trzy godziny pływania miałem może z trzy, cztery halsy na których otworzyło mi zagiel albo musiałem strzelić małą pompkę żeby odpalić. Osobiście nie pamiętam żeby na Zegrzu kiedykolwiek wiało tak czysto. Była oczywiście też falka. I choć nie tak równa jak potrafi byc w tym miejscu, to dało sie od czasu do czasu wyczaić porządną rampę do skoku. Pływanie było generalnie na małych, w sensie śródlądowym, żaglach 5,0-5,8. Tylko harcorowcy Ufo i Konrad wyskoczyli na 6,3, ale harcorowcami byli niejako z przymusu bo nic mniejeszego po prostu nie mieli, A wiaterek powyżej 5 bft to w Warszawie rzecz święta i marnować go z tak prozaicznych powodów nie należy. Z naszej ekipki był jeszcze oprócz mnie Grabek ze swoim nowym nabytkiem w kolorze blue - Exocet'em Cross i Jarek który robił na brzegu za japońskiego turyste i dzielnie strzelał fotki z tego wszystkiego co mu wisiało na szyi. A oprócz nas lokalny specjalista od dziurawienia desek Dzioman, Miquel i Konrad II Falki falkami, wiatr wiatrem ale nie obyło sie poza tym bez dodatkowych atrakcji. Pierwszą było pole jakiejś nawodnej "kapusty" przez które trzeba było się przedrzeć aby dostać się do czystej wody. To specyfika tego miejsca, tyle że aktualnie kapusta jest wyjątkowo gęsta. Miejmy nadzieję że w najbliższych dniach będzie nam ją dane trochę przetrzebić. Drugą atrakcją był dwa pęknięte maszty - Ufa i Miquela. W akcji ściągania tego drugiego uczestniczyli wszyscy pływajacy, czyli w sumie sześć osób. Teoretycznie każdy wiedział jak się do tego zabrać ale w praktyce nie wyglądało to tak zgrabnie jak w "Wietrznej przyjemności". Prawdę powiedziawszy to tylko początek wyglądał w miarę, im dalej w las tym nasz scenariusz odbiegał coraz bardziej od tego filmowego. A skończyło sie na tym że do brzegu osobno dopłynął żagiel, bom i Miguel z deska :). Brrr ... ciekawe jak taka akcja skończyłaby się na morzu ? W sumie wygląda na to, że w sródlądowych warunkach pływanie na rzece jest o wiele bardziej przyjemne i korzystne niż na jeziorach i tylko cieszyć sie trzeba, że jest tak niedoceniane bo dzieki temu mamy super spot tylko dla wybranych :)



Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

niedziela, 16 lipca 2006

Rzucewo 2006

Długo oczekiwane optymistyczne prognozy wygoniły nas na Połnoc. Jako, że Qter i Konrad jechali równolegle, ale jednak nie razem napisali dwie relacje z blizniaczego wypadu w okolice Rewy.

Oczami Qtra

Piątek 19:00 początek pakowania u Chrabcia pod domem. O 20.20 jestem już u siebie pod domem i czekam na Hubiego z resztą sprzętu. W okolicach 23 udaje nam się spakować do Almy 3 deski, 4 bomy, 4 maszty i 8 albo 9 żagli. Pora spać.
Sobota – 3 AM – pobudka wstać, pora koniom dać…. 4.15 AM – z Hubim zabieramy Chrabcia i w drogę na północ. Około 9 rano docieramy do Ziola i ruszamy na sekret spot – Rzucewo. Po drodze do naszej ekipy dołączają dwaj kumple Zioła. W drodze dzwoni do nas Martinezz informując nas o zajebistych warunkach. Po dotarciu na miejsce szybkie taklowano naszych żagli, które od dawna zalegały w piwnicach czyli każdy wkłada to co ma najmniejszego czyli pomiędzy 4.2 a 5.0 :D. Na spocie siedzimy do późnego popołudni. W międzyczasie dobija Konrad z Przemkiem oraz wesoła ekipa WTS w składzie Kapeć, Matex, Robsiak, Moniek, Bajcarz i Waluś a także Kubuś – zaczyna robić się przyemnie, rodzinnie… Zmęczeni pływaniem – W KOŃCU – umawiamy się na wieczór na małe co nieco. Małe co nieco rozpoczynamy wczesnym wieczorem w gospodzie w Gdańsku gdzie po upływie większej ilości alkoholu i konsumpcji pani kelnerka się na nas obraża a kończymy w Ohm Barze gdzieś w okolicach sopockiego mocniaka w godzinach wczesno porannych lub jak kto woli późno nocnych.
Niedziela – 10 AM – z powodu nocnego małego co nieco wstajemy dość późno i na spocie w Rzucewie jesteśmy około południa. Tam czeka na nas śpiący w samochodzie Marrtinezz i Konrad z Przemkiem. W międzyczasie dojeżdża Adaś z Kaśką. Matex po konsultacjach telefonicznych informuje, że WTS zmył się w drogę powrotną – gdzie jak się potem okazało w Kapciowych okolicach polatali na dużych zestawach z 3h. W niedziele nie jest juz tak zajebiście z wiatrem więc taklujemy to co największe i cały dzień spędzamy emerycko się ślizgając, albo leżąc na plaży albo śpiąc. Wieczorkiem dobijamy na rybkę w Rewie, która się okazje niewypałem kulinarnym i spadamy w strone DC.
Poniedziałek – po północy jesteśmy cali, zdrowi, zmęczeni lecz zadowoleni w domkach we własnych łóżeczkach…
P.S.
Fotek ani filmu nie ma bo się Chrabciowi nie chciało wyjąć torby ze sprzętem z bagażnika Almy – wolał spać :P

Oczami Konrada

Prognozy już na tydzień wcześniej pokazywały, że zbliża się super pływanie w nadchodzącym weekend.
Wiatr miał wiać z N/ NE z siłą około 20-25 węzłów. Stało się jasne że jedziemy w kierunku Zatoki, czekaliśmy tylko do końca tygodnia, aby zrealizować swoje marzenia o wietrze – każdy z nas nie pływał od dłuższego czasu.
Po mało precyzyjnych ustaleniach, kto kiedy i z kim wyruszyliśmy nad ranem w sobotę w wiadomym kierunku.
Karawana składała się z 3 samochodów: Qtrowy z Chrabciem i Hubertem, Przemka z dziewczynami i mój zapełniony rodzinka. Po pokonaniu wszelkich niedogodności związanych z poruszaniem się po trasie nr 7 dotarliśmy do celu. Na miejscu śniadanko i ruszamy do Rzucewa, gdzie już Qtrowy skład na wodzie pomyka na żaglach 4,5-4,7.Ogólnie bardzo dużo osób znajomych na brzegu lub też ujeżdżających wściekle swój sprzęt.
Ogólne zadowolenie, że świetnie wieje ustępuje myśli, że nie mamy nic mniejszego niż 6,3 .Pomimo braku małego żagla i potwierdzeń kolegów, że 6,3 to wiele za dużo decyduję się na taklowanie- w końcu nie po to się przyjechało pół Polski żeby teraz siedzieć na brzegu i biadolić. W międzyczasie nad wodę zajeżdża ekipa z Walusiem, Kapciem, Matexem, Robsym , Mońkiem i innymi grupowiczami , którzy już od piątku siedzieli w Rewie. Schodzimy razem na wodę. Super jazda do późnych godzin popołudniowych, jedynym mankamentem była duża ilość zielska , które czepiało się stateczników. Jednocześnie warto wspomnieć o kajciarzach , którzy pływali razem z WS -ami i nawet obyło się bez kolizji. Wszyscy schodzimy z wody bardzo zadowoleni, jutro ma też wiać. Przemek i ja ruszamy do Władysławowa, gdzie czeka na mnie rodzinka, Qter , Chrabcio i Hubert jadą razem z Ziołem do 3 city.
Niedziela przywitała nas słoneczkiem i wiatrem, ale nieco słabszym niż dnia poprzedniego. Kurs wszyscy wybrali ten sam –Rzucewo . Dzisiaj na wodzie nie podzielnie panują kajciarze, dzisiaj mają wszystko w dupie, jeżdżą jak chcą, jeden nawet by mnie rozjechał gdybym się nie zorientował w porę, że koleś wali prosto na mnie i nie ma zamiaru mnie ominąć. Tego dnia wszyscy leniwie schodzą na wodę , wiatr wieje z siłą 4 bft. Bez pośpiechu się taklujemy , przyjeżdża Adam z lepszą połową i schodzi na 7,0 . Jakoś bez zapału nadal siedzimy w szuwarach i patrzymy jak Adam się ślizga od czasu do czasu, jednocześnie Przemek schodzi z wody twierdząc że na 6,2 to nie wieje, mój sprzęt tapla się razem, że szwagrem próbującym wejść na deskę po raz pierwszy w swoim życiu.
Zmieniam żagiel na 7,5 i zaliczam 2 godzinki ślizgania się, po południu dojeżdża Hubert z Qtrem i Chrabciem, którzy zabalowali wieczorem. Dzień mija na pływaniu na dużych żaglach. Około godziny 16 zbieramy się w drogę powrotną. Wracamy przez Rewę do obwodnicy trójmiasta, jeszcze kilka godzin i będziemy w domku.
Pozdrawiamy naszych kochanych drogowców, dzięki nim możemy podziwiać zakątki polskiej ziemi jadąc z prędkością krajoznawczą.
Pokaż całość ...

sobota, 1 lipca 2006

Hawaje północy


No wiaterek nas osoatnio nie rozpieszczał, ale jak sie okazuje wschodni kierunek lepiej działa na śródlądziu niż chociażby na Półwyspie. No i postanowiliśmy sprawdzić SWOS ...




Sobota rano. Poczatek wakacji. Za oknem 30st. Nie wieje od miesiąca. Jednak prognozy mówią, że jest szansa na marne 12 węzłów z NE. Dzień wcześniej prawie wszystkie lutki deklarują się, że z samego rana meldują się nad wodą. Pakuje więc sprzet do fury i udaje się nad Zegrze. Wieje rzeczywiście jakieś 12 do 14 węzłów (czasem 3 :)) i właśnie z NE. Sprawdzam WKS jednak tam jest tylko fala a wiatru zupełnie brak. Zajeżdzam jeszcze na dziką, gdzie widzę samochód Ufa, ale jego samego brak. Linia wiatru zaczyna sie tu jakieś 300m od brzegu. To i perspektywa spędu zwolenników opalenizny, który bez wątpienia zacznie się za jakąś godzine skłaniają mnie do przetestowania kolejnego miejsca. Czas odwiedzić SWOS. Dzwonie do Huberta, który nie za bardzo wie gdzie to jest, ale Qter powinien wiedzieć. Niestety Qter nie odbiera. Wiec sam pokonuje 4-krotnie drogę w obok wszystkich ośrodków w Zegrzu i SWOSu nie znajduję. Dopiero jak zadzwonił Qter po jego wskazówkach trafiam na miejsce. Tu udaję sie wjechać na samą pustą, plażę. Z wiatrem podobna sytuacja jak na Dzikiej z tym, że jeszcze trzeba sie wyhalsować za wyspę. Po kilkunastu minutach dojeżdza Qter (który dzwoni do mnie i się pyta jak tam trafić ... ;)) i po nim Hubert. Latamy w najlepsze jakieś 4 godziny i pojawia się jeszcze WiR z Dominiką. W międzyczasie zdążyłem się jeszcze zakopać na plaży, ale na szczeście Hubert przypływa z linką holowniczą, którą pożycza mu Ufo na dzikiej. Jako, że było to nasze pierwsze pływanie po prawie miesięcznej przerwie dajemy sobie na spokój o 15 i powoli zwijamy się do domu. SWOS okazał się miejscem, które raczej działa tylko przy kierunku NE do E i w którym żeby popływać, trzeba się halsować kilkaset metrów poza linię wyspy. Ale jego niezaprzeczalną zaletą jest zupełny brak plażowiczów.
Jeszcze po południu umawiamy się na oglądanie ćwierć-finałów MŚ. Kończymy więc dzień wypływani przy piwku i przegranej Brazyli ...

Więcej zdjęć dostępnych jest tutaj.
Pokaż całość ...

niedziela, 28 maja 2006

Kownatki super secret spot



Drugi dzień w Kownatkach. Rzęsisty deszcz przeplatany słońcem i naprawdę mocny wiatr pozwoliły znów popływać na 5.2. Ciekawe czy Zegrze zadziałało. A vulcano coraz bliżej... ;)


Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

Maj jak nie maj na Śródlądziu


Hubert z Hevim zaliczyli naprawde piękną sesję na WKSie. Dzień jakich mało mimo, że tegoroczny maj zaczyna nas już troszkę rozpieszczać :)



Druga z kolei niedziela wpisała sie w moją bardzo dobrą opinie o tegorocznym maju. Miesiąc jest piękny. Pięknie na dworzu, pięknie na wodzie. W niedziele kolejny raz było bardzo dobrze, czasami nawet aż za dobrze. Prognoza była bardzo dziwna bo Windguru nie pokazywało nic specjalnego natomiast Icm był bardziej prowindsurfingowy i zapowiadał po południu niezły gwizdek. No i sprawdził się Icm. Niestety z całej ekipy na ten wiaterek załapałem sie tylko ja z Hevim. Pojawiliśmy się na Wks-ie około 15, pożegnaliśmy tych którzy zgrzeszyli niecierpliwością i przyjechali za wcześnie, spokojnie się otaklowaliśmy po czym najbliższe 10 minut dane nam był spędzić w wodzie na trzymaniu odlatującego sprzętu. Tak się złożyło że Zegrze przywitało nas tego dnia 9 beaufortowym szkwałem. Potem było już grzeczniej. Wiaterek sie ustabilizował na 5 bft i sobie wiał w miare równo z zachodu do samego końca. Chyba do samego końca dnia bo jak zbieraliśmy sie ok 19 to towarzystwo ciągle sobie nieźle harcowało na wodzie. No cóż, maj się kończy a czerwiec będzie jeszcze lepszy.

Więcej zdjęć dostępnych jest tutaj.
Pokaż całość ...

sobota, 27 maja 2006

Kownatki part 1



Zawsze się zastanawiałem gdzie w pobliżu Działdowa da się popływać przy wietrze z Zachodu. Jak sie okazało Kownatki nie dość że dobrze działają przy tym kierunku to jeszcze na wodzie było 2 stB więcej niż gdziekolwiek indziej. Mamy nowy "secret spot" ;)


Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

niedziela, 21 maja 2006



WKS stał się już naprawdę popularnym spotem. Niezły wiatr, dosyć cieplo i do tego weekend. To było aż nadto, żebyśmy mogli się naprawdę fajnie wypływać.

Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

sobota, 13 maja 2006



Prognozy były takie sobie, ale głód był już konkretny. Chwile się potaplaliśmy na Zegrzu i jeszcze znaleźliśmy chwilę żeby popuszczać latawca.


Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

niedziela, 7 maja 2006

La Lavetta trip czyli podróż we trzy osoby i pół


Fajnie jest odkrywać nowe miejsca a jeszcze fajniej gdy zaraz po wyjeżdzie chce nam się tam wrócić. Wicko, znane wcześniej z opowieści po długich przekonywaniach miało zostać nawiedzone przez ekipe 14 lutków. Skończyło się na 3 i pół.

Jak co roku i w zgodzie ze świecką tradycja postanowilismy spedzić dlugi majowy weekend na wspólnym rodzinno-windsurfingowym wypadzie. Tym razem wybór padł na Wicko czyli Łącko czyli po prostu Gumiakowo. Po miesiącu przygotowań, ustaleń, sprawdzania prognoz i dostosowywania terminów i warunków pobytowych do indywidualnych preferencji każdego z osobna z szumnie zapowiadanych czternastu osób ekipa stopniała do trzech i pół. Pozostałe dziesięć i pół zostało ustrzelone przez wypadki mniej lub bardziej losowe. Tym samym z wyjazdu rodzinno-winsurfingowego zrobił sie wyjazd windsurfingowy z towarzyską wstawką w postaci niezawodnego Fafika. Trzon windsurfingowy stanowili Muki, ja czyli Hubert i pół Qtra, który twardo pojawił sie na ledwie trzy dni ale zdążył przez ten czas posmakować wszystkiego czego powinien. O smakach Łącka bedzie jeszcze później tymczasem słów kilka o samej podróży z Warszawy przez Działdowo, Darżyno, poligon nad Wickiem do samiuśkiego Łącka. Zaczęła sie w na dobrą sprawę w niedziele przed południem i można o niej powiedzieć że była długa i jeszcze raz długa i do tego jeszcze bardzo niekonwencjonalna. Najdłuższa była dla Mukiego, ktory w niedziele wystartował z Ostrowca Świętokrzyskiego tuz po hucznych obchodach związanych ze zmianą nazwiska prze Olę Ufolę (czy te obchody były również powiązane z zakończeniem kariery windsurfingowej przez Ufa okaże się wkrótce :)). Muki ruszył dzielnie, stawiwszy sie najpierw na ostrowieckim komisariacie i wprawiając w osłupienie urzędujących tam panów swoja prośbą o przebadanie go alkomatem. Panowie badanie zrobili, licząc najpewniej że trafili frajera który sam im się pcha z pieniędzmi za jazde w stanie. Srodze sie jednak zawiedli bo zaprawiony w nie takich bojach organizm Mukiego wygenerował przy pomocy alkomatu karteczkę z cyferką 0. Potem już tylko 170 km, 3 godzinki jazdy w korkach i Muki odbierał w Warszawie Fafika i mnie. Ruszyliśmy dalej. Następnym etapem był przystanek w Działdowie w którym to zostawiliśmy Mukisową Gosię, a kawałek za Działdowem odwiedziliśmy uroczą melinkę gastronomiczną z piwem za 2,50 i potrawami w menu w zbliżonych cenach. Wbrew pozorom było syto, smacznie i miło. Następny kawałek dalej Muki stwierdził, że pasuje jako kierowca i jego rolę przejął Fafik. Fafik jest jeżdżący ale na co dzień niepraktykujący, za to na co dzień Fafik pasjonuje sie wyścigami F1 :). I przez pierwsze kilometry dało się tę jego pasję odczuć. Siedząc na przednim fotelu czułem się jak kamera umieszczona na przednim spojlerze takiego bolidu. Jedyne co widzialem to wielkie, czerwone światła samochodu tuż przed nami. Padało. Na szczęście pierwsze mocne hamowanie, pisk, poslizg i "Puść hamulec !!!" sprawiło, że Fafik zadowolił sie drugim miejscem i już dalej nie walczył. Później było już po prostej. Aż do Darżyna. Darżyno to nasz następny przystanek, tym razem troche dłuższy. 25 km przed Słupskiem, czyli niemal u kresu podróży Rover powiedział "To ja nie jadę dalej". I nie pojechał. Po prostu zgasł.

Zmusiliśmy go co prawda zeby stoczył sie jeszcze z górki ale to było wszystko na co miał dzisiaj ochote. Była 12 w nocy, niedziela, środek długiego weekendu, padał deszcz, temperatura poniżej 10 stopni a zasraniec stanął beztrosko w środku jakiejś wsi. Dotoczyliśmy się do przystanku PKS dzięki czemu wiedzieliśmy przynajmniej, że jesteśmy we wspomnianym Darżynie. Wszelkie próby uruchomienia i doraźnej naprawy nie zmieniły naszej sytuacji, telefon do Gumiaka też niewiele pomógł. Nie wiadomo czemu liczyliśmy że Gumiak, Waluś i Matex spędzili wieczór na kulturalnej grze w szachy i zaraz któryś z nich przyjedzie nas doholowac. Nie grali w szachy, a nawet jak grali to byli bardzo tą grą zmęczeni. No i kamieni kupa. Szczęśliwie przypomnieliśmy sobie, że istnieje coś takiego jak assistance, szczęście nasze było jeszcze większe kiedy na dodatek okazało sie, że Muki miał to ubezpieczenie wykupione. Telefon do PZU i problem rozwiązany. Mogą nas doholowac za free w promieniu 130 km. A do Łącka było tylko 60. Jeszcze troche przepychanek z laweciarzami, którzy zanim się pojawili zaczęli wymyślać jakieś problemy zaprawione leniem albo próbą wyłudzenia dodatkowej kasy. Po paru telefonach udało sie ich jednak przekonać, że to na co mają w tej chwili ochotę to zimne, nocne holowanko po pomorskim zadupiu. W dwie godziny od strajku Rovera ruszyliśmy dalej w następującej konfiguracji: Muki, laweciarz i jego dwie paczki "Męskich" w kabinie lawety, Rover na lawecie, a Fafik i ja w kabinie Rovera. Rozpoczął sie ostatni etap naszej podrózy do którego dąłączył rownież Gumiak dowodzący naszą trasą przez telefon. Przy okazji okazało się, że nasz laweciarz jest jakiś mało miejscowy więc ok 3 nad ranem zawadziliśmy jeszcze o poligon nad Wickiem. A co tam. Chłopak na szlabanie musiał mieć niezłą jazdę widząc zbliżającą sie na ten koniec świata lawetę z Roverem uzbrojonym w jakieś dziwne rakiety na dachu. Potem był już tylko triumfalny wjazd do Łącka ok. 4 nad ranem. Warto wspomnieć, że cała droga przez Łącko jest wybrukowana wiec to zdecydowanie nie była cicha noc dla mieszkańców. Niemniej nasza podróż dobiegła końca. Potem jeszcze krótkie powitalne piwko z Gumiakiem i wreszcie zalegliśmy w łóżkach.
Trochę fotek z podróży



Poniedziałek przywitał nas tak jak pożegnała niedziela. Było zimno i padało. Waluś zwinął sie nad ranem do Poznania więc z gości Gumiaka pozostali tylko Kasia z Matexem. Towarzystwo było generalnie lekko znudzone. Widać było, że od trzech dni nic nie wiało i przyszło im ten czas spędzić na innych rozrywkach. Na szczęscie dla swojego zdrowia ruszyli koło południa w zbawienną podróż powrotną do domu. W tym samym czasie dobiła do nas reszta naszego składu czyli Qter. A właściwie jego pół, bo zaraz po przyjeżdzie ogłosił że zostaje tylko na trzy dni. No cóż, to od początku nie był standardowy wyjazd. Poszwędaliśmy się trochę po okolicy, oswoiliśmy z nowym otoczeniem, obczailiśmy strategiczne miejsce Łącka czyli sklep z piwem i sklep "na dzwonek", Rover powędrował do warsztatu zaprzyjaźninych z Gumiakiem windsurferów a my w końcu znudzeni zapakowaliśmy się do Qtrowego Kangoora i pojechaliśmy do pobliskiego Aquaparku. Przynajmniej takie było założenie. Niestety w drodze Qtr rzucił mocno zdradliwe hasło: "Najpierw zjemy potem pomyślimy co robić", no i jak się można było domyśleć na jedzeniu się skończyło. Aquapark w Darłówku co prawda odwiedziliśmy ale wszystko na co się zdobyliśmy to pooglądanie go przez szybę. Dzień upłynął w sumie na nicnierobieniu i czekaniu na jakieś pogodowe zmiany. Wieczorem uderzyliśmy jeszcze w pokerka, była ostra gra na tępe zapałki, kto miał ochotę to pomęczył dodatkowo jakieś procenty. Kupka, paciorek i spać. To tyle co zostało z poniedziałku. Wtorek zaczął się mocno obiecująco. Zniknęły ciężkie chmury, przestało padać, zrobiło się cieplej i gdzieniegdzie zaczęło wyglądac słońce, jednym słowem nastał dzień nadziei. Miała się pojawić ONA, czyli termika. Zaczęło sie od otaklowania nowego Lofta Qtra. Od słowa do słowa doszliśmy do wniosku, że leżenie na zielonej trawce to dla żagla powolna śmierć. Na jeziorze zaczęło się coś marszczyć więc zgarneliśmy Gumiakowego raceboarda który co prawda najlepsze lata miał już sporo za sobą ale tego dnia wydawał sie najlepszym rozwiązaniem. Połączyliśmy ten zestaw czyli deskę, żagiel i Qtra i pchnęliśmy na wodę. I wszyscy byli zadowoleni, deska bo sobie ktoś o niej przypomniał, zagiel bo wreszcie się spełnił, Qter bo wreszcie rozpoczął sezon i reszta składu bo coś się działo i było wreszcie na co popatrzeć. Z porządnego wiatru niestety nic tego dnia też nie wyszło, Qtr pobujał się jeszcze troszkę, rozdziewiczył co miał do rozdziewiczenia i tyle było wtorkowego windsurfingu. Wieczorkiem zafundowaliśmy sobie małą makabreske na grilla. Okoń to może i dobra ryba ale ktoś tworząc ją zdecydowanie nie przewidział że będzie wchodzić w sład menu dla ludzi. Przygotowanie jej wymaga przejścia osobnego kursu survivalu. Jak już się z tym uporaliśmy to potem okazało sie że nie tak jak trzeba rybkę usmażyliśmy więc na całym obiedzie najlepiej wyszedł Fafik który najzwyczajniej wciągnął kiełbaski. Po jedzeniu, my w ramach atrakcji turystycznej, Gumiak w ramach swojej pracy pojechaliśmy na akcje uprzykrzania życia kłusownikom, czyli na wyciąganie zastawionych przez nich sieci. Uprzykrzanie nawet dobrze nam wyszło bo sieci wyciągneliśmy dwie, uwolniliśmy pare ryb natomiast jednego sandacza którego uwolnić sie już nie dało bo wziął i wcześniej zmarł zgarneliśmy i następnego dnia skończył jako przepyszna potrawa. Wieczorem znowu pokerek, tym razem stawka była ostrzejsza bo zwycięzca inkasował od wszystkich po piwku. Tyle że, ponieważ miało to być piwko marki "Górskie" to w sumie nie wiadomo czy prawdziwym zwycięzcą był ten kto je wygrał czy ci którzy nie musieli go wypić. Odnotujmy tylko że Wygrał Fafik i że nadal żyje.
Wtorkowe fotki


I tak niepostrzerzenie podczas naszego snu, w nocy wtorek przeszedł w środę. Tak bywa. A w środę zrobiła sie "playa". Z rana walnęło slońce i tak już trzymało do końca naszego wyjazdu z coraz krótszymi przerwami na oświetlanie drugiej półkuli Ziemi. Cóż było robić, wiania co prawda jeszcze żadnego nie było ale po śniadaniu zgarneliśmy wszystkie większe zabawki windsurfingowe, zapakowaliśmy je na rybowóz i po przejechaniu w przybliżeniu 100 metrów wypakowaliśmy na brzegu jeziora z zamiarem rozegrania słabowiatrowych regat. Z tym, że z regat nic nie wyszło bo wkrótce okazało sie że wszystko co przywieżliżmy, łącznie z wypełnionym w połowie wodą Klepperem zaczyna latać w ślizgu. No i tak nam dzionek minął na lataniu na zmianę na dużych i oldschoolowych zestawach, a na popołudniowy deser Mukiemu udało się nawet odpalić swojego 80-litrowego Style'a. Po pływaniu wiadomo, człowiek ma się ochotę zabawić. Postanowiliśy więc wieczorem wyskoczyć do jedynej w Łącku knajpy. Niestety okazało się że knajpy już nie ma. Ale ma być od czerwca. Ponieważ był dopiero 4 maja to postanowiliśmy poczekać. Kupilismy piwka w sklepie i zaczęliśmy czekać na ławeczkach w centrum Łącka. Czekanie upłynęło na miłych pogawędkach ale w końcu jak każda przydługa czynność znudziło się. Zwinęliśmy się do Gumiakówki tam zgarneliśmy wujka Gumiaka i znowu wieczór upłynął pod znakiem pokerka. Tym razem wygrał czy też przegrał Gumiak. Wygrana była tym dotkliwsza, że miał nazajutrz do wypicia o jedno "Górskie" więcej niż poprzednio Fafik. Ale też przeżył. To był już ostatni pokerek na tym wyjeździe, podwyższone dawki "Górskiego" zaczynały być niebezpieczne i czas był najwyższy aby przerwać ten hazard ze swoim zdrowiem.
Środowe fotki



A w nocy zwinął sie Qter i zostało nas trzech przybyszów. Poza tym zniknięciem czwartek niewiele w sumie odbiegał od środy. Playa, przyjemny wiaterek, duże zestawy i ogólna sielanka. Najciekawsze w sumie było to że nad Gumiakówką pojawił się orzeł bielik. Potem zrobiło się go dwoch, poszybowały, pokręciły kółka i sobie poleciały. Dzień jak co dzień. Jak to w biurze.
Czwartkowe fotki


W piątek natomiast zaczęło sie już lepsze pływanie. Co prawda poranek nic takiego nie zapowiadał, przedpołudnie zresztą też nie. Do godziny 14 jedyną naszą atrakcją było wypatrywanie jakiejś chmurki na niebie. A o 14 włączyli wiatr. Najpierw ja z Mukim wyskoczyliśmy na 6.3 i 80 litrowych deskach. Po jakimś czasie okazało sie że mamy za dużo, zeszliśmy na 5.3 i było już dobrze. W tym momencie pojawił się również Gumiak, któremu akurat na najlepszy wiatr udało się skończyć robotę. Wiała delikatna piąteczka z północnego wschodu a jedyne czego brakowało to odrobiny falki bo przy tym kierunku Wicko robi się płaskie. Ale było naprawde miodnie - równy wiatr, pusto na wodzie a do tego nonstop słońce. Powoziliśmy się tak beztrosko z kilkoma jeszcze lokalesami do ok. 18 i wiatr sobie odfrunął. Wieczorem znowu pobawiliśy się w szeryfów i wyskoczylśmy na kłusowników. Chyba wcześniejsze akcje przyniosły skutek bo tym razem nie znaleźliśmy żadnej sieci. Albo po prostu kiepskie z nas szeryfy. Póżniej jak zwykle jakieś piwko tym razem przeplatane filmami i z poczuciem owocnie spędzonego dnia zaliczyliśmy pościel.
Piątkowe fotki

Sobota to niemal kopia piątku. Rano nic, przed południem nic a od 14 pierwszy kurs na wodzie. Wiało trochę bardziej ze wschodu, lekko słabiej ale też wystarczyło na 5.3. Słońce, na wodzie kilku lokalesów, ogólna sielanka a około 18 zjazd do zajezdni. Potem już na zakończenie pobytu skorzystaliśmy z Gumiakowego warsztatu i pobawiliśmy się troche w naprawianie desek. Tzn. ja sie pobawiłem bo moja decha w sumie żadnej naprawy nie potrzebowała, natomiast Mukisowy F2 Style okazał się bardzo delikatną konstrukcją i przez te kilka dni zaliczył pare drobnych obtłuczek, Gumiak z kolei miał zaległe, wcześniejsze zlecenie z jeszcze poważniejszą z ingerencją w dziób dechy.
Sobotnie fotki

Przez te kilka dni równolegle z naszymi przygodami winsurfingowymi toczyła się historia naprawy Rovera. Pierwszego dnia po przyjeździe powędrował on do wspomnianych znajomków Gumiaka. Niestety chłopaki stwierdzili, że nie są w stanie nic zrobic i zatargali samochód do elektryka co to ma specjalny komputer. Elektryk stwierdził, że trzeba wymienić komputer pokładowy Rovera i że to jest na 95% przyczyna awarii. Na szczęście na Allegro udało się takie ustrojstwo wyczaić i to nawet w przyzwoitej cenie. Problem był tylko taki że sprzedawca jest na jakis kajakach i bedzie w stanie wysłac sprzęt dopiero w czwartek, czyli że do nas dotrze w piątek. Krótka konsultacja z naprawiaczami i okazało sie to żaden problem i samochod bedzie gotowy na sobotę. Problem więc tymczasowo zniknął a my mogliśmy się zająć konkretami czyli windsurfingiem. W piątek tak jak było ustalone przesyłka dojechała do Łącka razem z kurierem DHL. Swoją drogą facet wyglądał na mocno zabłąkanego na tym naszym końcu świata. Komputer powędrował do chłopaków, chłopaki podrzucili go do elektryka po czy okazało się, że to niestety nie to było przyczyną awarii. Robiło się mało ciekawie bo zwijac się mieliśmy w niedziele rano a tu piątek wieczorem i bryka jak nie odpalała tak nie odpala nadal. W sobotę przed południem ruszyliśmy do mechaników osobiście co by pańskim okiem podtuczyć konia. Na szczęście akurat jak dojechaliśmy konczyli robotę. Jazda testowa i okazuje się ze samochód faktycznie naprawiony, odpala, jezdzi do przodu, do tyłu, w prawo i nawet w lewo. Niestety co było przyczyną awarii nie dowiedzieliśmy się do dzisiaj. Elektryk zbył nas enigmatycznym: "Było zwarcie na B12, nic więcej nie mogę powiedziec", James Bond normalnie. Chwile póżniej, po próbie lekkiej negocjacji ceny okazało się że: "Było zwarcie na B12" znaczy w języku elektryków: "Płacicie 180 pln i mnie nie wkur...iac bo policze 250". To jakby ktoś nie wiedział, tak na przyszłośc. Coż było robić, zasmucony Muki wybecelował rownowartość zwarcia na B12 i się zwineliśmy. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o plaże w Jarosławcu z cichą nadzieją, że uda się wyskoczyć na morskie pływanie. Niestety wiaterek wiał troche za mizernie a w dodatku nie było prawie fali wiec stwierdziliśmy, że sensu brak i wróciliśmy na Wicko gdzie zgodnie z oczekiwaniami o 14 ktoś uruchomił dmuchawę. No i to w sumie tyle. W niedziele spokojna zwijka, pakowanie, po drodze odstawiliśmy Gumiaka do Słupska, potem odebraliśmy Gosię z Działdowa i pod wieczór już spokojnie staliśmy w korku przed Warszawą. I to w sumie był jedyny i to w miarę krótki zgrzyt w podróży powrotnej. Mimo niedzieli, końca długiego weekendu cała droga była właściwie puściutka i gyby nie przymusowe przystanki przebiegłaby chyba bardzo szybko. Na koniec jeszcze słów kilka o Łącku i Gumiakówce. Wieś leży na końcu świata. Nie ma chyba osoby której bez pomocy nawigacji satelitarnej udało się tu trafic za pierwszym razem samodzielnie. I ma ta swój niezaprzeczalny urok. Jeśli ktos szuka miejsca żeby się wyluzować i odpocząć jest idealnie. A do tego doskonałe warunki do windsurfingu. Tuż za płotem leży Wicko, o 10 min jazdy samochodem jest drugie duże jezioro Kopań a w zanadrzu pozostaje jeszcze morze z linią brzegową ukształtowaną tak, że nie obsługuje ona właściwie tylko wiatrów z południowo-wschodniej ćwiartki. Jeśli ktoś fali morskiej nie trawi to na jeziorach w zależności od kierunku spotka i płaską wodę i sporą jeziorową falkę. O mieszkaniu u Pawła można by dużo opowiadać, atmosfera jest rewelacyjna, jest wszystko to czego do życia potrzeba, jak ktos jest koneserem to codziennie dostanie świeżą rybkę, w pobliżu w przypadku zagrożenia kiepską pogodą jest Aquapark itp. itd. nie ma co sie rozwodzić najlepiej samemu przyjechać i sprawdzić.

Szczegóły tutaj: http://www.wicko.agrowakacje.pl

Pokaż całość ...

sobota, 29 kwietnia 2006

Dzień jak co dzień ;)


7 rano. Otwieram oczy. Dziś mamy się pobawić. Do przejechania raptem 200km i weselna sala otworzy dla nas swe progi. Ale czyżby za oknem ruszały się gałęzie, miało coś dziś wiać ?

7 rano. Otwieram oczy. Dziś mamy się pobawić. Do przejechania raptem 200km i weselna sala otworzy dla nas swe progi. Ale czyżby za oknem ruszały się gałęzie, miało coś dziś wiać ? Szybka decyzja. Wyjechać mamy około południa więc może by tak jeszcze zaliczyć pare ślizgów. Próba cichego spakowania się tak, żeby nie obudzić połowicy i już o 7:45 (oj chyba to zaczyna się długi weekend bo zaczynają sie korkować wylotówki) zastaje flaute na "Dzikiej". Ale jak to z "Dziką" bywa nie ma się co załamywać, tylko trzeba jechać w jedyne słuszne miejsce. Po 10 min przekonuje się, że było warto. Słabe 4B zaczyna się powolutki rozdmuchiwać. Takluje swój największy żagiel (6.2m2) i razem z 2 innymi windsurferami jesteśmy już na wodzie. Jest naprawdę dobrze. 1,5h w ślizgu na pełnym dożaglowaniu, pozwala na chwilę zabić pozimowy głód pływania. Około 10 przyjeżdza Grabek i jeszcze łapie się na dobrą jazdę. Pojawiają się nawet momenty w których wiatr nie pozwala wstać z wody mniej zaawansowanym z większymi żaglami. Jednak wraz z przyjazdem Chrabcia i jego 5.8 deszcz zastępuje wiatr. Już w deszczu szybkie roztaklowanie i już pędze w powrotną stronę bo już za chwileczkę, już za momencik mamy poruszać stopą ;)


Jeszcze tylko wyrzucić z samochodu deske, wrzucić garnitur i o 14:00 stawiamy się po WiRa. Kilkanaście minut później wesoły roverek stoi już w korku. Mamy 3.5h więc na przejechanie 200 km powinno wystarczyć. Jednak nie może być za łatwo. Połowe drogi z Wawy do Radomia przejeżdamy na 1 biegu. Chyba wszyscy mieszkańcy stwierdzil, że sobota rano to najlepszy dzień na wyjazd z miasta na pierwszy w tym roku długi weekend. Na dodatek jakiś mecz w Kielcach i banda "kibiców" przemieszczających się w tamtą stronę przekonują nas, że może być kiepsko. Kierowani podręcznikiem napisanym przez Pannę Młodą stawiamy się w bursie szkolnej (w której to mamy nocować) na chwilę przed ślubem. Jeszcze tylko szybkie włożenie kostiumów i już po kilkunastu minutach meldujemy się pod kościołem. Nasza Para Młoda wygląda imponująco :) Składamy życzenia, wręczamy bukieciki i już po chwili w całym komplecie czekamy na dłuuuugą limuzyne z której to wysiadają Ola i Ufo. Witamy ich na przyjęciu i tu zaczyna się impreza. Spora liczba młodych ludzi, ogromna ochota na zabawę "dorosłych", jak i wyśmienita kapela pozwalają nam się naprawdę super pobawić. Obcałowujemy wielokrotnie Młodych, wypijamy wielokrotnie ich zdrowie i obtańcowujemy ile się tylko da. Bawimy się tak w najlepsze prawie do rana by po śniadaniu wsiąść do samochodów i udać się w kolejny windsurfingowy trip. Ale o tym napiszemy już w następnej ralacji ...

p.s. W tym miejscu chcielibyśmy złożyć najlepsze życzenia Młodej Parze. Oby zawsze uśmiech gościł na ich twarzach i wiatry pomyślne towarzyszyły. Czego Wam życzą wiatrolutki wraz z osobami towarzyszącymi.

Zdjęcia z wesela obejrzeć można tutaj.


Zdjęcia z pływania obejrzeć można tutaj.

Pokaż całość ...

sobota, 11 marca 2006

Wynalazek Dziomana



Dzioman przymocował pędnik do snowboardu i wyszła fajna maszyna. Chyba najlepszy wynalazek na śnieg, bijący na głowę iceborada. Musi być tylko trochę śniegu i zabawa może być przednia.



Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

sobota, 21 stycznia 2006

Made by Grabek



Tym razem z Grabkiem, przy mrozie -23stC spotykamy sie i testujemy jego wynalazek.

Tu wpisz całego posta



Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...