piątek, 18 maja 2007

Almanarre 2007


Jak pogodzić ze sobą pływanie, opalanie, odpoczynek i low cost w marcu ? Aby udało się spełnić wszystkie postawione warunki, musi to być takie miejsce do którego da się dojechać samochodem, będzie dostatecznie ciepło, aby można było poleżeć na plaży, musi być co zwiedzać no i musi być poza sezonem.

Droga
Odpowiedzią na to stawiane od lat pytanie jest Almanarre. Datę wyjazdu ostatecznie ustaliliśmy na piątek 23 marca. Z wszystkich chętnych pozostały 4 osoby. Wszyscy (Gosiak, Hevi, Fafik i ja - Muki), zapakowaliśmy sie do passata Heviego i w piątek w sporych korach około godziny 14 wyjeżdzaliśmy z Warszawy. Dzięki temu, że Hevi i ja mieliśmy ten dzień wolny udało się nam bez wiekszego stresu i pośpiechu zapakować furę. Deski wylądowały na dachu, żagle i maszty w box'ie (dzięki Grabek). Zapasów żadnych nie robiliśmy licząc, że markety nie będą dużo droższe od naszych. Kilka zgrzewek piwa i parówki to było tylko to co potrzebowaliśmy, żeby przetrwać podróż i pierwszą noc po przyjeździe na miejsce. Zapakowani (passat to naprawdę pojemy samochód) wyruszyliśmy o godzinie 14 z Żerania. Po drodze zabraliśmy Fafika by po chwili stać w sporym korku (jak to bywa w Warszawie w piątek po południu). W niespełna godzinę udało sie wjechać na trasę nr 1. Około godziny 23 wjechaliśmy do Niemiec zakupując jeszcze na wszelki wypadek kilka Absolwentów ;). I wszystko szło by jak z płatka gdyby nie nagły atak zimy na południu niemiec. Około godziny 3 w nocy zaczął padać śnieg, prędkość przemieszczania musieliśmy ograniczyć do około 60km/h (letnie opony) i zapadła decyzja. Nie pchamy się w Alpy tylko uciekamy maksymalnie na zachód, żeby uniknąć zimy. Wielkim fartem udało nam się uniknąć dodatkowych opóźnień (na autostradzie w przeciwnym kierunku kilkukrotnie mijaliśmy gigantyczne korki spowodowane to postawionymi w poprzek TIRami, to znowu stłuczkami kilku samochodów). Śniegu zaczynało być dopiero mniej jak wjechaliśmy do Francji. Jednak na parkingach wśród samochodów z nartami i snowboardami na dachach, my wyglądaliśmy dosyć egzotycznie (na dachu dwie deski windsurfingowe z reszta osprzętu jak i przygotowane, krótkie spodenki, które już za kilka godzin mieliśmy nosić). Próbowaliśmy jeszcze ominąć francuskie autostrady, które okazały się naprawdę drogie, ale jak się przekonaliśmy, bocznymi drogami da się przejechać co najwyżej kilkadziesiąt kilometrów. Na dłuższą trase było by to zbyt męczące. Same ronda, zakręty, serpentyny i inne szykany tak, że zacisneliśmy zęby, sięgneliśmy do portfeli i wróciliśmy na autostradę.

Almanarre i okolica

Około godziny godziny 16 w sobotę, widoki zza szyb samochodu powoli zaczęły się zmieniać by o godzinie 19 naszym oczom mogły ukazać się palmy i wybrzeże morza śródziemnego. Widok tak inny i zapierający dech w piersiach, że przez pierwszych kilkanaście minut jechaliśmy wzdłuż wybrzeża i próbowaliśmy nacieszyć oczy widokami. Trochę pokluczyliśmy i o zmroku mineliśmy tablicę Almanarre. W Almanarre , które okazało się być małą wiochą, nie ma praktycznie gdzie się zatrzymać na nocleg więc wylądowaliśmy na kempinu Eurosurf. Za 400 euro tygodniowo mieliśmy do dyspozycji w pełni wyposażony (niestety nie tak jak w Danii) bungalow, 30 metrów od plaży. Wcześniej jeszcze oglądaliśmy jakieś pokoiki w pensjonatach, ale stwierdziliśmy, że jeden pokój podzielony na dwie sypialnie firanką, to nie jest miejsce w którym chcielibyśmy spędzić kolejne 2 tygodnie. Kemping okazał się całkiem fajnym pomysłem. Domek nasz składał się z tarasu, dwóch sypialni, saloniku z kuchnią, WC i toalety.
Samo Almanarre znajduje się u nasady półwyspu Hyeres (tu jest jeden z popularniejszych spotów, wypożyczalnia, sklep ws i naprawdę piękna plaża), a sam cypel to trzy inne miejscowości (min. Giens ....). Okolica jest naprawdę bardzo urokliwa. Super rozwiązaniem wydaje się wynajęcie skutera czy też roweru i zwiedzanie, zwiedzanie i jeszcze raz zwiedzanie. Na ulicach aż roi się od wszelkiej maście jednośladów, sporo jest też CV'ek i innych wynalazków, które pamiętają zapewne czasy Louisa de Funes'a. Ludzie na ulicach czy w sklepach zawsze uśmiechnięci, nikt nigdzie się nie spieszy. Półwysep można obejśc na piechotkę, wzdłuż wybrzeża a droga momentami wiedzie poprzez mniejsze lub większe urwiska. Fafik nawet jednego dnia, którego my zeszliśmy na wodę odbył taką podróż. Zwiedzaliśmy sporo. Jako, że pierwszego dnia miało nie wiać od razu zapakowaliśmy się w samochód i zaczęliśmy objeżdzać okolicę. Najwięcej wypadów zrobiliśmy na wschód, dojeżdzając aż do Monako gdzie dokonaliśmy mrożącego krew w żyłach odkrycia: istnieją kraje w których Porsche jest tak popularne jak Fiat w Polsce :), cytując Fafika: Porshe to "city-car", jak u nas Seicento. Bentleye, Rollsy, Lamborghini i Ferrari są na porządku dziennym. Obywatele z nizin społecznych Monako poruszają się Mercedesami i BMW ;). Widzieliśmy, Can, sant Tropez, Niceę i dziesiątki innych miejscowości, każda bardziej urokliwa niż poprzednia. Żeby zobaczyć wszystko godne zobaczenia trzeba być namiejscu chyba co najmniej miesiąc. I nie jest to zwiedzanie jakiś zabytków, o których jeśli byśmy nie wiedzieli to ominelibyśmy je bez żadnego zainteresowania. Wystarczy tu wspomnieć choćby o miejscowości Port Grimoud na wzór Wenecji, pełnej kanałów, mostków, kafejek, czy Bormes-Les-Mimosas zawieszonej praktycznie na skale, z wąziutki uliczkami i milionem kwiatów. Same widoki z drogi wiodącej wzdłuż wybrzeża zmuszają do zatrzymywania się co chwila i podziwiania ... No jest tam naprawdę pieknie.

Wiatr

Prognozy sprawdzaliśmy na WAPie (15 min przy "internetowym" kompie na kempingu to był wydatek 4E) i otrzymywaliśmy SMSowe meldunki od Qtera (big thx). 3-go dnia pobytu zaczęło wiać ze wschodu (Tramontane), czyli dokładnie onshore na plaży przy której mieszkaliśmy (tam było najwięcej windsurferów). Zaczęliśmy pływać na 5.x by skończyć na 4.x. A to i tak było za dużo. Hevi już chciał kupować mniejsza szmatę, ale z braku masztu pasującego do tak małego żagla odpuścił sobie. I w sumie bradzo dobrze bo 3-go dnia wiało juz z powrotem na 5m by wieczorem skończyć na 6m. Spot generalnie niezbyt przyjazny jeśli chodzi o początkujących windsurferów, ponieważ wieje prosto do brzegu i pływa się miedzy nierównymi i czasem dochądzącymi do 1m falkami załamująymi sie w najmniej oczekiwanych momenetach. Płytko jest do około 100m w głąb. Za linią płycizny jest już lepiej. Tam można już poskakać na lewym halsie i spróbować poujeżdzać co niektóre falki. Na tym spocie spędziliśmy 4 dni. Kolejnym spotem na którym pływaliśmy jest właśnie Almanarre. Przy kierunkach wschodznich (my innego wiatru nie zastaliśmy) jest tam idealnie płasko. Dwa metry od brzegu robi się już głęboko, woda w lazurowym kolorze, podczas pływania widać cały czas dno, brakuje tylko delfinów i żółwi :). Plaża jest tam bardzo szeroka, piaszczysta i osłonięta od wiatru. Zauważyliśmy, że po chłodnych jeszcze wtedy nocach codziennie około południa przez jakies 3-4 godziny dało się tam popływać na wiekszych zestawach (co dla nas oznaczało odpowiednio: 85 l + 6,2 m2 - ja i 102 l + 6,3 m2 - Hevi ;) - tak jak by się włączała jakaś termika. Na tym spocie popływaliśmy kolejne 3 dni.
Ogólnie zauważyliśmy, że "Almanarre" to tylko hasłowy spot popularny dzięki organizowanym tam co jakiś czas eventom PWA, natomiast wzdłuż wybrzeża znajduje się masa spotów ze zróżnicowanymi warunkami. Na samym półwyspie było ich kilka.
Podczas podróży Lazurowym Wybrzeżem w każdym miasteczku trafialiśmy na kolejne spoty. Czasem były to miejskie plaże, czasem malutkie zatoczki z wchodzącymi niekiedy pokaźnej wysokości falkami, które na deskach surfingowych próbowało łapać kilku lokalesów. Z ciekawszych spotów warto wymienić Brutal Beach w miasteczku Six Fours. Miejsce zawdzięcza swoją nazwę wyjątkowo nieprzyjaznym skałom sterczącym z wody przy samym brzegu i dosyć agresywnemu przybojowi. Początkujący wave-owcy raczej nie powinni tam się zapuszczać. Jednak trzeba przyznać, że fale były tam większe i równiejsze, niż u nas. Co jeszcze dało się zauważyć, to że praktycznie przez cały nasz pobyt codziennie WIAŁO. Wystarczyło ruszyć się kilka-kilkanaście kilometrów wzdłuż Wybrzeża, żeby znaleźć odpowiednie miejsce do pływania. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że spotkaliśmy tam dość silną polską ekipę "formularzy" z Stevem Allenem i Polanem na czele, którzy siedzieli tam od dwóch miesięcy i pływali codziennie!!!!

Życie

Nie jadaliśmy w knajpach. Zakupy robiliśmy głównie w marketach, gdzie ceny były znacząco niższe niż w sklepach a wszystko przygotowywaliśmy na kempingu. Są też dostępne produkty typu "low budget", naprawdę tanie i smaczne. Hevi z Fafikiem zjedli chyba tone najtańszych parówek w całej Francji :) Generalnie zauważyliśmy, że jedzenie jest bardzo dobre (smaku francuskiego pieczywa brakuje mi do dziś), nie wspominając o serach i winach które testowaliśmy w niemałych ilościach. Zakupiliśmy też grilla (12E), który to często wieczorami ratował nasze żołądki (przedostatniego dnia ostentacyjnego grillowania przed domkiem, zostaliśmy w bardzo dyskretny sposób poinformowani, że: "barbecue is forbidden, deny i dénier"). Benzyna też nie jest jakoś odstraszająco droga. Najbardziej w kieszeni odczuliśmy ubytek kasy, którą musieliśmy wydawać na autostrady. No, ale jeśli chce się przemieścić z punktu A do B dosyć szybko to jest to jedyne wyjście. W innym wypadku jedzie się krętym,i górskimi uliczkami, przebiegającymi przez centrum małych miasteczek z milionem rond. Parkingi prawie wszędzie to wydatek około 2.2E za godzinę (tu nas miło zaskoczyło Monako, w którym to spodziewaliśmy się zostawić majątek a za cały wieczór postoju zapłaciliśmy 0,80E).

Powrót

Wyjechaliśmy około godziny 9 rano. Mieliśmy małe przeboje z odbiorem domku (cieć przyszedł, obejrzał garnki coś poszemrał po swojemu i polazł w siną dal). Woda w kranach smak miała troche dziwny no i zostawiała na naczyniach biały osad, który naprawdę cięzko było usunąć. Domyśliliśmy się, że chodziło mu właśnie o to, poczyściliśmy gary i nie oczekując już żadnego sprzeciwu zostawiliśmy klucze w recepcji. Droga powrotna to podróż wybrzeżem do Włoch, później Szwajcaria, Lichtensztajn, Austria, Niemcy i niestety Polska. Droga wiedzie dziesiątkami tuneli, mostów, gór z widokami ośnieżonych stoków i działających jeszcze wtedy wyciągów narciarskich aż po niemieckie pustkowie. Drugiego dnia około godziny 10 byliśmy w domu. Po drodze mieliśmy kilka przystanków żeby się posilić i dotankować, ale nigdzie nie zatrzymywaliśmy się na dłużej niz 20 min. Podróż do granic Polski to cały czas autorady, gdzie średnia wychodzi taka z jaką sie jedzie. Polska to wiadomo .... Z dwoma deskami, boxem i 5 liściami palmy na dachu jechaliśmy średnio około 120Km/h.

Koszta

Jechaliśmy w 4 osoby jednym samochodem na ropę. Zatankować do pełna warto w Polsce, raczej unikać Niemiec, we Francji jest już taniej a w Szwajcarii 1,7 Franka za litr (około 4 pln). Spory koszt to autostrady. Podczas podróży na miejsce zapłaciliśmy około 40E w samej Francji. Podczas podróży powrotnej około 50E (w tym 30E za roczną winietę w Szwajcarii). Chwała Niemcom za ich bezpładne autostrady :). Jedzenie warto kupować w marketach gdzie jest zauważalnie taniej (szczegółnie produkty typu "Top Budget", które są naprwdę niezłe). Dobre winko to wydatek około 4E, 30 piw 0,25 to min 3,5E, bagietka 0.8E. Generalnie koszt naszej wyprawy zamknął się w kwocie 1580PLN na głowę. No i trzeba przyznać, że robiliśmy naprwdę sporo kilometrów na miejscu, w marketach kupowaliśmy to na co naprawdę mieliśmy ochotę. Wydaje się, że najwięcej zaoszczędziliśmy nie żywiąc się w restauracjach (przykładowe danie obiadowe zaczynało się od 12E). Wniosek jest jeden: jeśli chcesz się poopalać, popływać, pozwiedzać i poleżeć pod palmami w marcu i nie wydać za wiele to Lazurowe Wybrzeże jest idealnym miejscem. Odjeżdzać było ciężko tym bardziej, że zostawiliśmy jeszcze bardzo dużo rzeczy, które chcielibyśmy obejrzeć. Ale wiemy jedno: My tam jeszcze wrócimy !!!

Podróż do Francji

Lazurowe Wybrzeże

Freeride

Wave

Powrót

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz