środa, 30 grudnia 2009

a może lodzika ?

Bojery na Mazurach. from mazury.info.pl on Vimeo.



Filmik pochodzi z serwisu mazury.info.pl z ostatniego wtorku - czyli pora się zastanawiąc kiedy w końcu bojerki...


Pokaż całość ...

środa, 23 grudnia 2009

wiara w Świętego Mikołaja



WESOŁYCH ŚWIĄT



Magia świąt to dziecięca wiara w Świętego Mikołaja,
spokojna rozmowa z bliskimi przy kominku,
rozleniwiony telefon,
zaspany budzik
i śnieg, który nie jest utrapieniem.
Magicznych Świąt Bożego Narodzenia

Pokaż całość ...

czwartek, 19 listopada 2009

Coś na wieczór... od Waveamigosów

WAVEAMIGOS W KLITMOLLER from barts69 on Vimeo.



WAVEAMIGOS NAD FIORDEM from barts69 on Vimeo.




Dwa filmiki od Waveamigosów z Danii - czyli kolejny powrót do przeszłości do oglądania w kapciach w zimny zimowy wieczór... Pokaż całość ...

czwartek, 12 listopada 2009

Sporty alternatywne


Dobra ekstremalna alternatywa na zimowe wieczory ;). A następny wypad do Danii można potraktować jako obóz przygotowawczy do takich zawodów:

Śmiercionośny sport

/hub/



Pokaż całość ...

środa, 4 listopada 2009

wtorek, 27 października 2009

Dania, Klit, pływanie i ch..



W końcu długo oczekiwana relacja autorstwa Mukiego z tegorocznej wyprawy do Danii.


Rozdział 1:
Klit 2009 czyli: "Hubert chcesz bajaderkę" ?


W tym roku już po raz trzeci wybraliśmy się do Dani. Dzięki uprzejmości szwagra Qtra Jackowi dysponowaliśmy Oplem Vivaro, który z przyczepą okazał się wspaniałym surf-wozem. Tym razem skład był następujący: Fafik, Qter, Ufo, Hubert no i ja zwany Mukim. Gościnnie do naszej ekipy dołączyli Pieniu z Pawłem.
Podróż jak to podróż kilkanaście godzin w sunącym na północ busie trochę się dłużyła, ale dzięki 3 rzędom siedzeń można było się zdrzemnąć w pozycji w której mógł się odnależć nie tylko mistrz jogi. Aha. Muszę tu nadmienić, że niestety Hubert nawet nie spróbował wiezionej specjalnie dla nniego przez pół Europy bajaderki :(



Rozdział 2:
"Przyszła biała piana i zabrała mi sprzęt"


Po przyjeżdzie około godziny 14 od razu schodziliśmy na wodę. Klit przywitało nas pływaniem na żaglach w granicy 5m2 i fajnych falkach na rafie. Wymarzony początek pobytu. Do tego jeszcze spotkaliśmy lokalesa Michała, który dysponując kluczem do lokalnego klubu surferów udzielił nam gościny jak i wypożyczył deski surfingowe. Zachęceni możliwością pobawienia się na falach pojechaliśmy jeszcze do Norre Vorupor na odbywające sie akurat mistrzostwa Dani w surfingu i sami też nie omieszkaliśmy spróbować posurfować.
Mega udany dzień.
Kolejne 3 dni to pływanie na żaglach w okolicy 4-4.5 m2 w Hanstholm. Pływaliśmy też zaraz przy Fish Fabric "pod wiatrakiem" a tam były naprawdę rewelacyjne, równe falki. Przy odrobinie słońca można było się poczuć jak na Hawajach. Ufo nawet widział delfiny ;) Po tej dawce byliśmy już mocno zmęczeni więc zrobiliśmy sobie dobrze i kolejne dwa dni spędziliśmy na fiordach. Ufo nawet wyjął swojego ... 7.8!!! Kolejne dni to znów gwizdek.
Ostatecznie w sobotę przed wyjazdem zeszliśmy na rafę (ja na 4.0 i chyba 74l) i miałem za dużo - zostaliśmy zgnieceni. Do Polski mogliśmy wracać z czystym sumieniem i poczuciem wykonania misji :)



Rozdział 3:
"CoD"


W między czasie oprócz pływania były mistrzostwa Call Of Duty (nie wiem jak to się stalo, że w naszym domku było 6 laptopów - Duńczycy nigdy nie przestaną mnie zadziwiać;)), udało się uzbierać trochę lin i sieci (wyprawa pickupem Pawła na plażę i przejazd przez wydmy to w Danii pewnie 20 lat za kratkami więc pominiemy ten fragment) , odwiedzić muzeum bunkrów (to już stało się tradycją) i 127 razy zalogować sie do hot spota na plaży w Klit. Tylko mule nie dopisały ale może miały odpływ albo inny onshore ;)
W drodze powrotnej zajżeliśmy jeszcze do Hamburga i niesławnej dzielnicy by rano zawitać w domu.
Klit 2009 przeszło do historii.



ps. podziękowania dla Jacka za użyczenie busa, Michała za gościnę w Danii, Pienia i Pawła za wspólny pobyt i celnikom na A2 za to, że nie trzepali zbyt dokładnie fury ... ;)

Teraz na kolejny wypad wiatrolutkowy trzeba zorganizować na wiosnę !


Więcej zdjęć tutaj


Pokaż całość ...

niedziela, 11 października 2009

KLITMOLLER 2009 - short móvi



Niebawem całosć...

Plus dwieście kilka z grubsza przebranych zdjęć, tyle że ogrychy same i to z kiepskich szkieł. Niestety nasz nadworny fotograf mamonę nad pasję ostatnio przedkłada:



Qter


Film w formacie .wmv i .mpg zostal wrzucony na FTP-a WL - Ufo niedawno namiar przesylal...

Pokaż całość ...

niedziela, 4 października 2009

Dogrywka na koniec ...

Jakby przez cały wyjazd było za mało wiatru i fal ....

... to w sobotę na koniec dostaliśmy jeszcze nieziemską dokładkę z 8-9 Bft. Kilka szybkich halsów nierównej walki z żywiołem, końcowe pakowanie i powrót do Polski z przerwą na przechadzkę w hamburskim Sankt Pauli. Cały wyjazd pod znakiem nadmiaru wiatru i sytego, mocnego windsurfingu w naprawdę trudnych warunkach. Pomijając temperaturę lepiej chyba być nie mogło. A no i muli zabrakło :(. Teraz czekamy na zebranie fotek, filmów i wyłonienie skryby który to wszystko opisze. 




Pokaż całość ...

piątek, 25 września 2009

czwartek, 3 września 2009

Czy będzie pływanie ?



Po ostatniej wtopie na północy może będzie pływanie na bajorze...
Czas pokaże....

Qter Pokaż całość ...

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Niebieska woda jest inaczej...


W środę 26 sierpnia dostaje info na Skype’ie od Qtra – „w weekend robimy Łebę”. No to jedziemy.

W piątek o 23:00 jako ostatni wsiadam do Mukowozu, który z uwagi na brak relingów, ciągnie za sobą przyczepkę. Jak mawiali już starożytni Rzymianie – każda trasa prowadzi do Działdowa więc co oczywiste i my tan zawitaliśmy – Muki zabiera sprzęt i jedziemy na Gdańsk, ale nie – trzeba jeszcze zaliczyć Rybno. Bez przygód docieramy na „secret spot” w Łebie około 5:30 - nie ma co szukać kwatery więc Qter i ja rozkładamy po męsku karimaty obok samochodu a Hub i Muki moszczą sobie romantyczne legowisko w kombiaku.

Słońce i ludzie udający się na plażę budzą nas około 9-tej, nieziemsko głodni razem z Qter i Mukim idziemy do miasta na śniadanie. Jajecznica, kawa i kilku germańskich turystów całkowicie przepędzają resztki snu. Nic nie wieje, więc urządzamy sobie wypad turystyczny na miasto i po godzinie znów jesteśmy przy aucie. Mały wypad - w pełnym już z składzie - na plażę i widzimy, że z pływania nic nie będzie - trzeba będzie pokręcić się po okolicy. Jedziemy więc na Sarbsko – tu jak się okazuje, też nie wieje ale bogaty park maszynowy oraz złożone wcześniej przysięgi sprawiają, że Muki na godzinkę schodzi na wodę na dużym zestawie i łapie ślizgi gdzieś na środku jeziora. Około 15-tej rezygnujemy z czekania na wiatr i wracamy do Łeby w celu znalezienie kwatery, na szczęście chłopaki znają lokalną gastronomiczną legendę – pana Henia Jarockiego, właściciela VIKING’a. Dzięki jego pomocy po chwili mamy całkiem przyzwoite pokoje. Parkujemy auto i wracamy do Vikinga na lokalne specjały – legendarną zupę rybną i dorsza/flądrę z patelni; najedzeni i zadowoleni z życia udajemy się na kolejny trip po mieście, który kończy się w knajpie na plaży. Zmrok i wieczorny chłód wyganiają nas znów do Vikinga, gdzie leje się piwo, lecą rzutki, brzęczą automaty – generalnie impreza w stylu „dziwki i koks”.
Niedziela wita nas siąpiącym deszczem i brakiem jakiegokolwiek użytecznego wiatru. Śniadanie robimy w kuchni na miejscu i koło 10-tej kierujemy się w kierunku plaży. Hubert i Qter wypuszczeni na zwiady wracają ze smętnymi minami – nic nie wieje… Jako, że dzień się dopiero rozpoczął postanawiamy uderzyć do Słowińskiego Parku Narodowego gdzie znajdują się największe wydmy w Polsce - po drodze kontrolnie wizytujemy jezioro Łebsko. Na miejscu wypożyczamy rowery i pedałujemy w kierunku wydm – zajmuje nam to 25 minut.



W międzyczasie wypogadza się, znikają chmury, pojawia się wiatr, robi się przyjemnie ciepło. Wydmy robią wrażenie – taki mały Egipt 550 km od Warszawy, towarzyszy im bardzo fajna plaża z płytkim dnem co tworzy bardzo fajne fale.


Niewiele myśląc postanawiamy skorzystać z pogody i we czterech wskakujemy do wody – jest lodowata ale po chwili nic nie czuć zwłaszcza, że wszyscy mają niezły fun bawiąc się z falami przyboju. Z wydm udajemy się w kierunku jeziora Łebsko – widać tam latawce kitesurferów. Z pewnym trudem udaje nam się dotrzeć nad kite’owy spot – może i wieje ale dla kite’ciarzy. Postanawiamy wracać do Wawy jako że nie ma szans na jakieś konkretne pływanie, przed wyjazdem jeszcze szybki obiad nad Łebskiem. Wracamy przez obwodnicę Trójmiasta, później Tczew gdzie przed wjazdem na stary most wita nad uzbrojona w karabiny grupka mężczyzn. Pierwsza myśl – kibice „Unii Tczew”! ale nie, ich wiek i stan wskazują raczej na członków Tczewskiego Klubu Abstynenta "Sambor" a raczej byłych członków… Zachęceni ogólnym klimatem miasta udajemy się na starówkę gdzie w przytulnej herbaciarni (www.herbaciarnia-tczew.pl) raczymy się sernikiem, kawą i mnóstwem nikotyny. Żeby tradycji stało się zadość i w drodze powrotnej zatrzymujemy się w Działdowie. Później już prosto do Warszawy – o w pół do pierwszej jestem w domu.

To pisałem JA – czyli Fafik


Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

środa, 19 sierpnia 2009

Dawno, dawno temu ...


... za siedmioma falami, za siedmioma wydmami żyło sobie plemię Wiatrolutków. Plemię które nie splamiło się odpuszczeniem żadnej.

Żadnej prognozie. Niestety bajkowe czasy mineły i na pierwszą konkretną prognozę po dwóch miesiacach posuchy dane mi było wybrac sie samemu. W sensie windsurfingowym samemu bo na szczeście znalazła sie koleżanka która zapaliła się do takiej wycieczki i dotrzymała mi towarzystwa. Wyjechaliśmy sobie trochę nietypowo bo w środę rano, rozwiewać się miało dopiero po południu więc nie było potrzeby nigdzie się spieszyć. Plan był takie zeby wskoczyć najpierw na rozruch na półwysep a nastepnego dnia uderzyć na morze. Na półwysep dojechaliśmy, odwiedziliśmy Jarka w jego tatarskiej jutrze na Albatrosie a ponieważ wiało trochę niemrawo to postanowiliśmy skoczyć coś zjeśc i zabukować sobie jakąś kwaterę. Jak zaczęliśmy bukować ok 14 to skończyliśmy po 22. Masakra jakaś, w zadnej miejscowości na plw nie było nic wolnego, we Wladku trochę lepiej ale byly tylko pokoje 4-osobowe a ludzie generalnie bardzo zdziwieni ze ktoś chce wynająć dwojkę ??? Udało się w końcu cos wyhaczyć w Swarzewie i niniejszym padliśmy na pysk ze zmęczenia.

Następnego dnia wiało akurat tyle żeby powozic mój suchy tyłek na 4.7. Po kilku godzinkach spędzonych w Chałupach na katowaniu konfiguracji krecha, zwrot, krecha zaczęło mi się już trochę nudzić, szczęśliwie w tym samym niemal momencie zaczęło siadać i z czystym sumieniem można było uciec na rybkę. W planach było jeszcze popołudniowe pływanko ale jakoś tak się złożyło ze resztę dnia spędziliśmy w Pucku i z planów nic nie wyszło.


W piątek postanowiłem odwiedzić zapomniany już trochę spot w Karwii. Trochę problemów z dojazdem miałem bo nie byłem pewny czy charakterystyczne dwie budki telefoniczne przy których trzeba zawinąć w kierunku plaży będą wciąż, w czasach telefonii komórkowej, stały. Na szczęście TPSA w Karwieńskich Błotach ma się dobrze i postanowiła pozostawić swoje drogowskazy. Mała dygresja niewindsurfingowa - same Karwieńskie Błota to błogi odpoczynek po zawalonych wszechobecnym odpustem i goframi z watą cukrową "promenadach" Władka, Jastarni czy innych tego typu Łeb. Pusto, cicho, ludzie tez jakby inni i widać ze przyjezdzaja nad morze odpocząć w odrożnieniu od stonki spędającej czas na pałętaniu się w poszukiwaniu plastikowych atrakcji.

Wracając do własciwego tematu. Pamiętam że kiedyś wraz z pojawieniem się samochodu na nadmorskim parkingu automatycznie i znienacka aktywowała się tak nielubiana przez wszystkich ale bardzo powszechna postać "piątak się należy". Teraz o dziwo parking jest za free. No i to by było chyba na tyle jeśli chodzi o plusy tego spotu. Po kilku wizytach w Łebie zapomniałem już jak niewaveowy potrafi byc Bałtyk. "Przybój" to po prostu fale atakujące nagle i z każdej niemal strony na dodatek okraszone prądem rodem z górskiego potoku. Ciężko jednym słowem. Na dodatek na początku trochę słabo wiało więc pierwsza przejażdzka zakończyła sie mocnym trójkątem. W ramach odpoczynku wziąłem skima i poszedłem pobodysurfować. Też porażka, złapanie jakiejkolwiek fali to czysty przypadek, zero przewidywalności. Przy okazji mogłem się przekonać jak silna "rzeka" tam plynie, wygląda to tak że na głębszej wodzie nie można zwyczajnie ustać. "Rzeka" zmywa. Zostawiłem więc skima i poszedłem przetestować to zjawisko wpław, po uruchomieniu wszystkich moich pływackich rezerw byłem w stanie ledwo, ledwo poruszać się pod prąd. Czyli "potok" musi zapindalać w tempie około 2 m/s. Jedna mała, niefortunna wtopka na starcie i po 30 sekundach zużytych na ustawienie sprzętu do startu jesteś ponad 50 metrów dalej :). Na szczęście po jakimś czasie zaczęło przyzwoicie wiac, dałem sobie spokój z ekperymentami i resztę dnia spędziłem po bożemu. Dało się spokojnie pływac na 5,5, pozniej pewnie na 4,7 ale wolalem zostać z zapasem na spokojne przechodzenie "przyboju". Oprócz mnie jeszcze dwóch gości, słońce i cały spocik dla nas. Wiało lekko side-on i niestety dobry wiatr zaczynał się trochę za "przybojem" więc najlepsze fale do skoków trzeba było odpuszczać żeby spokojnie wyjechać. Niemniej pływanko, mimo wszystkich niedostatków tego miejsca naprawdę udane. Tradycyjna rybka w Karwieńskim barze i zmyliśmy się do domu, do właściwego czyli do Warszawy. O 3 nad ranem było już po wyjeździe.


/hub/

Trochę widoczków ale małowindsurfingowych, jak ktoś lubi windsurfingowe to lepiej na żywo :)


Pokaż całość ...

piątek, 26 czerwca 2009

KOS 2009 Rodzinnie i nie windsurfingowo



Jak część z was pewnie wie w tym roku pierwsze dwa tygodnie czerwca spędziliśmy całą rodzinką na Greckiej wyspie KOS. Wyjazd był z założenia nie windurfingowy ale jakiś tam akcent się pojawił więc uprzejmie donoszę o panujących tam warunkach. Ale od początku...

Pobyt wykupiliśmy w biurze Neckermanna na początku lutego starannie dobierając hotel pod kątem dzieci, jedzenia, plaży itp. Jakież było nasze zdziwienie, gdy 3 dni przed wyjazdem Pani z biura zakomunikowała nam że w wybranym przez nas hotelu miejsc nie ma i chcą nam dać coś innego. Pertraktacje trwały praktycznie do dnia wyjazdu i w końcu wyszło nieźle – lepszy hotel, lepszy pokój (apartament 2 pokojowy ok. 50m2 z aneksem kuchennym i 30m2 tarasem oraz „gratis” auto z Avisu na 3 dni).

W końcu zostaliśmy zakwaterowani tutaj. Hotel fajny, godny polecenia (2 duże baseny, 2 brodziki dla dzieci, formuła All Inclusive, ciekawe animacje, dobra obsługa) na pobyt rodzinny. Jedynym mankamentem było to, że znajduje się na zboczu góry i wszędzie jest z górki albo pod.. dodatkowo brak dobrej plaży (leżaki z parasolami rozstawione na jakiejś ziemi obok jakiś krzaczorów, zejście do wody po grubym żwirze, szybko robi się głęboko) – ale w sumie nam to jakoś zbytnio nie przeszkadzało (to pewnie przez „open bar” otwarty od 10 rano do 24 ;) ).

Kos jako wyspa duża nie jest i można wszystko na wyspie zwiedzić praktycznie w jeden dzień (amfiteatr Odeon, ruiny Asklepionu, Thermy itp. ruinki). Z dzieciakami się cięzko „zwiedza” więc naszym celem było pokręcenie się po wyspie, oglądanie przepięknych widoków i smażenie ciał na „prawdziwych” (czyt. piaszczystych) plażach (Paradise Beach, Tagnaki, Marmari). Podczas naszej objazdówki zebrałem info o tym gdzie się tam pływa:


KEFALOS
Dawna stolica Kos oddalona około 40 km od miasta Kos, leżąca na dość sporym wzniesieniu skąd rozpościera się widok na obie części wyspy. U jej podnóża znajduje się zatoczka z wyspą która jest wygasłym wulkanem (na tą wysepkę są organizowane rejsy, ale myślę, że bez problemu można by tam na desce śmignąć). Sama zatoczka jest żwirowa, zafalowanie jak na zatoce, wiatr zazwyczaj wieje lekko od brzegu z lewej strony. W zatoczce znajduje się baza
Kefalos Windsurfing posiadająca w swojej ofercie deski F2, żagle NS oraz katamarany Hobie Cat.

MARMARI
Miejscowośc Marmari położona jest na północnym brzegu wyspu około 15km od Kos przy długiej piaszczystej plaży. Dostać się z Kos można taksówką (20 EUR), wypożyczonym samochodem (np. NEXT – 3 dni za 115 EUR) lub autobusem (5 EUR) kursującym o każdej pełnej godzinie. Bazy windsurfingowe:

Marmari Windsurfing - baza prowadzona przez Czechów wyposażona w sprzęt NP i JP

Fun 2 Fun - baza windsurfingowa i kiteowa, znajduje się około kilometra od Marmari na zachód, wyposażona w sprzęt NS, Fanatic oraz Best (KS). Żagle taklowane są na RDM-ach.

PSALIDI
Jest to właściwie długa plaża wzdłuż której rozmieszczone hotele. Do baz z samego Kos dojeżdzają autobusy nr 1 i 5 (ok. 15 przystanków z pętli przy porcie (vis-a-vis posterunku policji – ok. 2,5 EUR). Plaża jest żwirowa, pod wodą blisko brzegu znajdują się większe kamienie/głazy ale chyba trzeba mieć szczęście aby w nie „wjechać”. Moim zdaniem najpewniejsze miejsce do pływania dla wiatrów z N oraz kierunków pośrednich. Bazy położone są w 7 km. przesmyku pomiędzy wyspą Kos a kontynentalną Turcją – co powoduje wzmocnienie wiatru o co najmniej 1st. Bouforta. W przesmyku jest dość duży ruch wszelakiego rodzaju jednostek na co należy zwrócić szczególną uwagę (zwłaszcza szybkie promy oraz wodoloty).

Imperial Kos Watersports and Windsurfing Club - Jedyna baza położona na Kos, w której udało mi się popływać jeden raz na 107ltr i 5.7 ;). Oferuje deski Tabou, ON i Fanatic oraz żagle GUN. Zapewnia także rozrywkę typu banan, skutery wodne itp. Przy bazie zlokalizowane jest również centrum nurkowe. Bazę prowadzą bardzo sympatyczni lokalesi.

Big Blue Surfcenter – baza wyposażona w sprzęt Fanatic i żagle NS.

Jeszcze kilka małych uwag – statystyki wiatrowe dla samej wyspy Kos nie są rewelacyjne, ale w czasie naszego pobytu wiało codziennie tzn. raz mocniej – gdzie goście śmigali na żagielkach w okolicy 5 m2, a raz słabiej – wtedy wyciągali po 8m2 więc można naprawdę różnie trafić. Zafalowanie akwenu jest mizerne (najczęściej jest to po prostu zmarszczona woda), bez przyboju, z równo rozchodzącymi się falkami ok 0,5m. Każda baza ma serwis „rescue” więc jest też bezpiecznie, na każdej plaży znajdują się natryski ze słodką wodą co daje poczucie komfortu po pływanku.

To napisałem ja czyli: Qter

P.S.
Sam wyjazd oceniam na bardzo udany bo od początku nie był planowany jako wypad na deskę tylko jako wakacje rodzinne – a że się udało raz popływać to bardzo dobrze ;).

Więcej zdjęć tutaj



Pokaż całość ...

niedziela, 7 czerwca 2009

Wyborowa (?) niedziela


W dniu eurowyborów jednym z rozsądniejszych wyborów wydawał się wypad nad Zegrze. Prognozy na niedziele pokazywały raz wianie fajne raz słabsze i w zasadzie i jedno i drugie sie sprawdzilo. Wiało różnie czyli normalnie zegrzyńsko ale pływac sie nawet dało. Dziś nareszcie w jakimś wiatrolutkowym towarzystwie czyli z Konradem, Ufem i Hevim. Fotek niestety znowu brak, choc teza że to z powodu wybitnych warunków w tym przypadku sporo na wyrost, nikt po prostu aparatu nie wziął.
/hub/

Pokaż całość ...

piątek, 5 czerwca 2009

Czerwcowa rześkość.


Dziś na WKS-ie radosne windsurfingowe popołudnie. Koło 14 zaczęło coś dmuchać i okazało sie że wiatru jest akurat tyle żeby znowu odpalić 5,5. Lajtowe pływanko prawie nonstop w slizgu. Na wodzie 8-10 desek, na niebie słońce, w powietrzu "rześkość" za to w wodzie bardzo ciepło :). Popływałem ze 2-3 godzinki i zwijka choć towarzystwo na wodzie wciąż się dobrze bawiło.
/hub/

Pokaż całość ...

środa, 3 czerwca 2009

Zasady WS.


Jak wiadomo zasady istnieją po to aby je łamać ... lub ich przestrzegać. Mądrość polega na tym żeby wiedzieć jak do danej zasady podejść. Mi sie dzis takie mądre podejście zdecydowanie nie udało ..

Pierwsza zasada - bierz na spot wszystko na czym można plywać - złamana. I błąd. Wyskoczyłem z domu z jednym żaglem 5.5, bo prognozy nie obiecywały nic mniejszego. Na miejscu już po wyjściu z samochodu jasne było, że komfortowo to dzis z taką tkaniną nie będzie. Komfort byłby na 4.7.

Zasada druga - jak zaczyna padać to zwijamy zabawki i pa pa wiaterku - zastosowana. I znowu błąd. Po 12 zaczęło padać, wiatr zgodnie z planem ucichł więc cała trzyosobowa ekipa karnie zabrała się za pakowanie sprzętu. Jak się wszyscy już ładnie spakowali to zaczęło trąbić od nowa. I to jeszcze mocniej. Niestety mnie mokra guma zdecydowanie zniechęciła do ponownego zejścia na wodę chociaż wewnętrzną walkę toczyłem naprawdę długo. Naprawdę żal było odjeżdzać, zmarnowała się pokaźna masa pięknego wiania.

Zasada trzecia - dobre pływanie fotek nie ma. Ta się sprawdziła :). Tylko dwa niewyraźne widoczki:





/hub/
Pokaż całość ...

środa, 27 maja 2009

To nie jest kraj dla wędkarzy.


Wiatr ciągle wieje, woda sie buja. Jak w takich warunkach łowić ryby? No jak? Jedyne co się da robić przy takiej pogodzie to popindalać na tym głupim styropianie.

Dziś rano zapowiadała się typowa, zegrzyńska ściema prognozowa. Mądrale z serwisów wiatrowych przepowiadały jakieś 20 knt, z tym że rano pogododa była aż ciężka od chmur. Na dodatek mżyło co chwila a taka kombinacja zwykle zapowiada zero na bajorze. Zero było tylko na WKS-ie ale to głownie dlatego, że kierunek wiatru był za bardzo północny i wiało znad brzegu. We właściwym miejscu były właściwe warunki. Do momentu kiedy nie zaczęło padać na dobre, cały czas była ślizgowa jazda na 5,5. Nic tylko korzystać z dobrego humoru natury. O 14 wyłączyli wiatr a włączyli wodę i się skończyło. Na wodzie naliczyłem nas szesć sztuk - kaczka nr 1, kaczka nr 2, łabędź nr 1, łabędź nr 2, Konrad nr 2 i Hub nr 1. Towarzystwo sie wspólnie bardzo dobrze bawiło, niestety z bardzo różnych powodów nikt z nas zdjęć nie robił więc tym razem tylko grafomania bez kolorowych obrazków.

/hub/
Pokaż całość ...

niedziela, 24 maja 2009

Łeba first time - last minute

Zaczęło się od ciekawej prognozy, a przez chwilę były chwile grozy ... bynajmniej nie ze względu na warunki i siłę wiatru. ;)


The day before:
Martinez z Mukim i Hubertem wyruszyli w czwartek w nocy. Niestety z Qtrem nie mogliśmy się w piątek urwać z pracy ale plan był taki, żeby wyjechać wieczorem. W czwartek wieczorem ustalając plan wyjazdu okazało się, że ... nie mamy czym jechać ... ach te kobiety ;)

Piątek:
Rano po dotarciu do pracy obudziłem Martineza telefonem z pytaniem czy już wieje i pływają. Okazało się, że chłopaki jeszcze śpią w samochodzie i są jeszcze słabo wyspani ;). Później jednak się rozwiało i pływanie było na 4,5m2 i małych deskach ! Ciśnienie na pływanie wzrosło po kolejnych telefonach oraz śledzeniu aktualnej siły wiatru. Nadzieja na wyjazd już prawie prysła, przebijały się pomysły z wypożyczeniem samochodu ale w ostatniej chwili WIR nadciągnął z odsieczą i zaproponował pożyczenie swojego saxo :D. Radości nie było granic. Telefon do Qtra ... JEDZIEMY!!! Mamy samochód!!!
Wyruszyliśmy wieczorem tak jak chłopaki poprzedniego dnia. W drodze odebraliśmy kilka telefonów z imprezy w Wikingu oraz z oblężenia sklepu. Muki starał się ustalić ile kabanosów nam kupić na śniadanie ;)

Sobota:
W Łebie byliśmy ok 5tej i od razu uderzyliśmy w kimę. Przed 9tą obudził nas lekko niewyspany kabanosiarz lecz z zakupów został jedynie mały kawałek kiełbaski i kawałek chleba. Na śniadanie nadawało się to średnio, więc wybraliśmy się na poszukiwania jakiejś miejscówki z dobrym żarciem. Hubert po nocnej imprezie lekko zaniemógł i odpuścił sobie śniadanie.

Pływanie:
Ok. 11 dotarliśmy w końcu na sikret spot. Z zapowiadanej prognozy została wielka dupa. Czekaliśmy jakieś 1,5h aż się rozwieje i znajdzie się pierwszy śmiałek, który zejdzie na wodę. Wiatromierz średnio pokazywał 14-16 węzłów, w porywach do 18, falki praktycznie nie było. Po tym jak w końcu znalazł się chętny i na 4,4 odpalił cała reszta zaczęła się zbroić i schodzić na wodę. Otaklowałem nowy nabytek Aerotecha 5.3 i zszedłem na wodę na Tabou Martineza. Niestety z wiatrem rewelacji nie było ... brakowało kilku węzłów żeby być dobrze dożaglowanym. Ogólnie przez kilka godzin w miarę fajnie popływaliśmy. Jak na pierwsze morskie pływanie w tym roku było w miarę przyzwoicie. W porównaniu do Karwi spot bardzo spokojny. Nie dane nam było ujeżdżać słynnych łebskich fal, spodziewaliśmy się czegoś lepszego po prognozach. Po pływaniu wybraliśmy się tradycyjnie do Wikinga coś przekąsić. Muki z Martinezem po obiadku się zwinęli z powrotem do domu, a Hubert został ze mną i Qtrem z nadzieją na niedzielny wiatr. Wieczór spędziliśmy grając w lotki i pijąc piwo w Wikingu.

Dokumentacji zdjęciowej i filmowej z soboty niestety zabrakło. Narzędzia były, jednak tradycyjnie jak jest pływanie to nie ma komu zdjęć robić i kręcić.

Kilka fotek z leniwego, niedzielnego bujania się na Sarbsku.
ufo
Pokaż całość ...

piątek, 15 maja 2009

film o czekaniu...

Pokaż całość ...

Hotis Cup 2009 - pierwsze info



Jest pierwsze info od Pabla z hotis.pl.

Regaty są wstępnie planowane w Karolinowie nad Zalewem Sulejowskim w trakcie "długiego" łikendu Bożo-Ciałowego.

Mam nadzieję, że wiatrolutki się na tej imprezie pojawią mając w pamięci poprzednią jesienną edycje.

Pokaż całość ...

czwartek, 7 maja 2009

Wiosna w natarciu


Z prognoz wynikało że rano może dojść do Bitwy nad Narwią.

Skończyło się na rześkim acz słonecznym pikniku w miłym gronie. Wiało ale bez przesady, załapaliśmy się na to co nie zdążyło sie wywiać w nocy. Do 12 można było cały czas latać w ślizgu na żaglach typu 5.3-5.7, potem zaczęło siadać i Ufol który pojawił sie koło 13 musiał wytoczyć już cięższy kaliber. Ale na 6.3 tez sobie polatał. Kierunek był niemal idealny a miejscówka po raz kolejny sprawdziła się jako kameralny spot typu river wave.

Kilka fotek Pokaż całość ...

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Po bladej niedzieli rozrywkowy poniedziałek


Dziś było zdecydowanie o jedna grubość grubiej niż wczoraj. Czasami może nawet o dwie.

Rano zapowiadała się wtopa podobna do wczorajszej. Od rana słońce i niechętnie poruszające się listki na drzewach. A miało byc naprawdę ładnie, prognozy dawały na cały dzień mocne 5 bft. Niestety na WKS-ie ok. godz. 11 sytuacja wyglądała mocno plażowo. Dryfujący na wodzie nieliczni zagumowani napaleńcy, łapczywie czyhający na rzadkie szkwały a na brzegu drugie tyle optymistów czekających aż się włączy. I się włączyło na dobre trochę po 12. Włączono w miarę równą 5-kę a w gratisie dostaliśmy jeszcze słońce. Było dobrze choć nietypowo bo z południa. Banan na koniec dnia tak mniej więcej na 7/10 gęby. Trochę fotek poniżej.

Aha ... Muki się postarzał ostatnio, planuje się przenieść do sekcji wpatrywania się w długie, cienkie kije.

Zdjęcia tutaj Pokaż całość ...

niedziela, 26 kwietnia 2009

No to gramy Panowie ...


Ile ugramy z takich cyferek ? Póki co w niedziele falstart...

.... pełna lampa, parosekundowe do tego nie za mocne strzały i dupoślizgi. Do tego kupa napalonych na pływanie gości smażących się przez cały dzionek na słońcu. Czyli rozpoczęcie sezonu pod hasłem plaża. Drugie rozdanie w poniedziałek.
Pokaż całość ...

wtorek, 21 kwietnia 2009



Zamiast pływania w Łebie troche pływania w Irlandii. Dobry stuff z sieplywa. My też już niedługo. Muki obiecał.





Pokaż całość ...

środa, 15 kwietnia 2009

Wiosna...



No i mamy wiosnę pełną gębą ;) Z ankiety wynika, że powinnismy się zwodować przed 1 maja ;) - proponuje wodowanie grupowe połączone z jakims AFTER PARTY. Podobno temperatura wody na bajorze przyjazna użytkownikom akwenu więc teraz czekamy na wiatr i... jazda. Pokaż całość ...

środa, 18 marca 2009

Juz podobno można ...

mogą na Mietkowie

mogą na Miedwiu


... a Wawie dziś równiutkie 6 Bft przez caly dzien. Ciekawe czy Zegrze tez ruszylo czy jeszcze w niewlasciwym stanie skupienia jest H20? Ja chyba jednak poczekam na magiczną dziesiątkę Celsjusza i jakies słoneczko. Znaczy na tradycyjne emeryckie warunki do rozpoczęcia sezonu :)

/hub/
Pokaż całość ...

poniedziałek, 9 marca 2009

Rozpoczęcio-zakończenie sezonu zimowego



Raz na kilka lat nachodzi mnie ochota na tę zimną rozrywkę. Tym razem z Qtrem i jego sporą już rodziną odwiedziliśmy Wierchomlę.

Nie samą ciekłą wodą człowiek żyje. Od czasu do czasu można jej też spróbować w innym stanie skupienia. Grunt to nie przesadzać, zima jest fajna na chwile ale ma tą paskudną przypadłość że jest zimna i ciemna. Nie ma sie z czego cieszyć, prawda ?

Qtr kilka tygodni wcześniej zaproponował wskrzeszenie dawnej tradycji wspólnych wypadów i rzucił pomysł żeby pojechać do Wierchomli. Niestety jak to najczęściej ostatnio bywa pomysł stopniał równie szybko jak kwietniowy śnieg. Odzewu żadnego nie było. Postanowił więc do Wierchomli jechać sam ... czyli z rodziną (aktualny skład: zona Sylwia, syn Igor, córa Marianna .... and counting ;)) i Karoliną. Jak postanowił tak uczynił a w międzyczasie ja nabrałem ochoty na szybkie narty tak więc wsiadłem w pociąg i dołączyłem do nich na kilka dni.

Mieszkaliśmy sobie w fajnym pensjonaciku tuż koło wyciągu. Zresztą tam wszystko jest koło wyciągu bo to po prostu stacja narciarska. Właściwa wioska Wierchomla jest pół godziny spacerkiem stamtąd. Zdaje się że górale zwietrzyli niezły biznes bo stacja rozbudowuje sie na potęge ... kiedy przyjechałem i spytałem się miejscowego jak dojść do Willi Krupówki to ten zrobiły wielkie oczy i odparł: "Panie, Krupówki to nie tutaj !!!". A chałupa była 100 metrów dalej. Chłopina nie nadążał najwyraźniej za tempem przemian :).

Jak na polskie warunki to miejscówka jest naprawdę dobrze zagospodarowana. Wszystko jest nastawione na takie spokojne, rodzinne wypady na narty. Stoki sa łagodne, dobrze przygotowane, kolejek praktycznie nie ma. Jazda, knajpki, wypożyczalnie, spanie wszystko to jest pod nosem. Jedyne czego naprawdę mi brakowało to kilku miejsc gdzie można by się poważniej połamać. Są niby dwie czerwone trasy ale niestety takie bardziej blado-czerwone, o czarnych i bardziej pionowych nie ma co marzyć.

Od tego sezonu stacja przmianowała sie na Dwie Doliny ponieważ połączyła sie z leżąca po drugiej stronie góry Muszyną. Połączyła sie tak nie do końca bo żeby przejść na drugą stronę trzeba dać z buta albo z łyżwy ze 100 metrów. Ale fakt faktem, że na jednym karnecie można jeździc i tu i tu.

No i tak nam czas miło upływał na szusowaniu. Niektórzy szusowali więcej, niektórzy trochę marudzili że coś tam boli, niektórzy mieli obowiązki związane z dziećmi, niektórzy byli dziećmi i się uczyli jeździć ... w sumie każdy dzień był na tyle intensywny że kończył sie łóżkowym zgonem w okolicach 21.

I tyle ... mam nadzieję że następna relacja już z ciekłego H2O.

/hub/

Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

środa, 11 lutego 2009

AKSZON BOJERY 2009 by Qter & Fafik


Pomysł wyjazdu na bojery tkwił w naszych głowach już od kilku ładnych sezonów. Wstępny plan zrodził się na tydzień przed wyjazdem w trakcie wyprawy po żaglostatek Mukiego, a decyzję podjeliśmy w czwartek przed wyjazdem.


Tak wiec w piątek po pracy ruszyliśmy w strone Wilkasów na Mazurach pełną parą jaką oferuje Fafolowy Nissan. Na miejsce doatrliśmy po kilku dobrych godzinach. Zamieszkaliśmy w Wiosce Turystycznej Wilkasy. Jak się potem okazało bylismy jedynymi gośćmi tego ośrodka przez calutki łikend – następnego dnia przyszła do nas pani recepcjonistka po kasę za pobyt oraz pani kucharka aby zaserwować nam „specjalne” mazurskie śniadanie.

Sobotę zaczeliśmy wspomnianym śniadaniem po czym udaliśmy się na lód. Nasz instruktor Adam czekał już na nas razem ze swoją dziewczyną (również instruktorką) Anią w bazie kursmazury.com. Początek to zapoznanie z akwenem, ocena jakości warunków lodowych, spacer po jeziorku czyli przyjemne z pożytecznym (zwłaszcza dla takich lajkoników jak my). Po otaklowaniu bojerów dostaliśmy instruktaż jak wsiadać, jak wysiadać, jak rozpędzac to coś i jak robic zwroty. No i zaczęła sie zabawa. Na poczatku wiała dolna 3-ka więc warunki były lajtowe, potem zaczelo sie rozwiewać więc jako, że nabrallismy już w naszym przekonaniu ogłady zaczeliśmy cisnąć DN-y ile wlezie ;). Na tafli pojawili się też inni fanatycy zabw i uciech na lodzie – dzieciaki na Ice-Opti (takie bojerowe „przedszkole”), koleś na Ice Flayerze (bojer z żaglem windsurfingowym), goście na Ice Boardach.

W oddali tymczasem zaczeły się regaty w klasie DN. Zawodnicy na swych wypasionych regatowych maszynach wyciskali niesamowite prędkości przyprawiające o zawrót głowy. Z oceny Adama my lataliśmy w okolicach 50 km/h – co i tak powodowało skok ciśnienia i lekkie łomotanie serca w momencie zwrotu. Z ciekawostek to udało mi się zerwać wantę w moim bojerze – na szczęście bez strat w ludziach i sprzęcie. Z lodu zeszliśmy w oklicach 15-nastej. Szybka kapiel, obiadek w wymarłynm turystycznie Giżycku i zasłużony odpoczynek w pokoju. Ja byłem tak padnięty, że zasnałem jak dziecko po dobranocce i obudziłem się dopiero nastepnego dnia na śniadanie...

Nastepnego dnia czyli w niedziele niestety nie wiało za bardzo – więc posiedzieliśmy na lodzie, poprzepychaliśmy Monotyp-a (duży bojer dwu-osobowy) oraz DN-y. Czas zleciał nam na dyskusjach w bazie i tyle. Około 14-nastej stwierdziliśmy że styka – więc szybka kapiel, pakowanie, wizyta w pustym porcie MOSW, obiadek i do domu...

Podsumowując: bojery nie są takie straszne jak je malują. Sport ten nie jest jakiś bardzo extremalny (jeśli warunki lodowe są o.k., zachowuje się odrobine zdrowego rozsądku i humoru). Latanie (turystyczne) to bułka z masłem (i czasem dżemem). Cenowo wychodzi tyle co wypad łikendowy w polskie góry a odczucia zupełnie inne. Radocha jest wielka i jak się trochę pociśnie to banan sam pojawia się na twarzy. Czyli nie był to nasz ostatni raz na DN-nach.

Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

niedziela, 1 lutego 2009

Statek.... dla Mukiego


Pojechaliśmy, Muki kupił statek i zawieżliśmy go gdzieś tam, gdzieś tam... i na tym można skończyć lecz.....

Sobota 4:00 – dzwoni budzik w komórce... pora nie ludzka, za oknem ciemno i chyba pada..
No cóż – wiatrolutek Muki potrzebuje pomocy – pora wstać. Śniadanie, kawa zalewajka i fajek na balkonie... Dzwoni Hub – „Jesteśmy, schodź".
Schodze.
Przed blokiem stoi bryka Mukiego z nim i Hubim układającym się do snu na tylnej kanapie oraz podpiętą przyczepką podłodziową, pora ruszac... po Fafika
Fafika zabieramy zgodnie z rozkładem jazdy i jazda...
To gdzie jedziemy? Którędy? Może najpierw kawa ? Nic z tego – teraz będzie pusto więc jazda – najpierw Powidz.
Kilka godzin jazdy drogą na zachód, autostrada, zjazd – w końcu śniadanie w przydrożnej knajpie – już nie tak daleko...
Dobrze że prowadzi nas baba...
Dojechaliśmy do Powidza a tam statek stoi. Szybkie oględziny potwierdziły prawdomówność obecnego właściciela – wszystko gra ;)
Muki decyduje się jeszcze zastanowić i obejrzeć łajby w Jarocinie – w sumie nie tak daleko, więc jazda.
Pojechaliśmy, zobaczyliśmy ale ciekwego nic nie było – telefon to Powidza – Muki potwierdza zakup.



No i nazad do Powidza – ładownie łajby na przyczepę poszło sprawnie więc wyjazd w kierunku Wawy...
Po drodze stajemy na obiadek i tu pada propozycja, że w sumie po jakiego grzyba mamy ją wieźć do Wawy – od razu pojedźmy w kraine krzyżaków – czyli Działdowo..
Czemu nie...
Jedziemy do Działdowa i jedziemy a tu śnieg zaczyna padać... zaczyna padać mocniej i mocniej...
Tablica Działdowo – noc, od pewnego czasu nie przekroczyliśmy 40km/h – uff jesteśmy..
Zrzucamy łajbę na podwórko krewnych i znajomych Mukiego i w końcu do Wawy...
Jeszcze szybka kolacja na Działdowskim rynku...
24:00 – otwieram drzwi do mieszkania, 1000 km po polskich drogach może dać w kość, spać ide...

Pokaż całość ...