niedziela, 1 lutego 2009

Statek.... dla Mukiego


Pojechaliśmy, Muki kupił statek i zawieżliśmy go gdzieś tam, gdzieś tam... i na tym można skończyć lecz.....

Sobota 4:00 – dzwoni budzik w komórce... pora nie ludzka, za oknem ciemno i chyba pada..
No cóż – wiatrolutek Muki potrzebuje pomocy – pora wstać. Śniadanie, kawa zalewajka i fajek na balkonie... Dzwoni Hub – „Jesteśmy, schodź".
Schodze.
Przed blokiem stoi bryka Mukiego z nim i Hubim układającym się do snu na tylnej kanapie oraz podpiętą przyczepką podłodziową, pora ruszac... po Fafika
Fafika zabieramy zgodnie z rozkładem jazdy i jazda...
To gdzie jedziemy? Którędy? Może najpierw kawa ? Nic z tego – teraz będzie pusto więc jazda – najpierw Powidz.
Kilka godzin jazdy drogą na zachód, autostrada, zjazd – w końcu śniadanie w przydrożnej knajpie – już nie tak daleko...
Dobrze że prowadzi nas baba...
Dojechaliśmy do Powidza a tam statek stoi. Szybkie oględziny potwierdziły prawdomówność obecnego właściciela – wszystko gra ;)
Muki decyduje się jeszcze zastanowić i obejrzeć łajby w Jarocinie – w sumie nie tak daleko, więc jazda.
Pojechaliśmy, zobaczyliśmy ale ciekwego nic nie było – telefon to Powidza – Muki potwierdza zakup.



No i nazad do Powidza – ładownie łajby na przyczepę poszło sprawnie więc wyjazd w kierunku Wawy...
Po drodze stajemy na obiadek i tu pada propozycja, że w sumie po jakiego grzyba mamy ją wieźć do Wawy – od razu pojedźmy w kraine krzyżaków – czyli Działdowo..
Czemu nie...
Jedziemy do Działdowa i jedziemy a tu śnieg zaczyna padać... zaczyna padać mocniej i mocniej...
Tablica Działdowo – noc, od pewnego czasu nie przekroczyliśmy 40km/h – uff jesteśmy..
Zrzucamy łajbę na podwórko krewnych i znajomych Mukiego i w końcu do Wawy...
Jeszcze szybka kolacja na Działdowskim rynku...
24:00 – otwieram drzwi do mieszkania, 1000 km po polskich drogach może dać w kość, spać ide...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz