sobota, 21 sierpnia 2004

Jazda na prognozę - czyli łikend na CHVI (21-22.08.2004)

Tym razem Qter napisał kilka słów o wypadzie na Półwysep Helski.Niestety pech Qtra nie opuścił i prócz pływanka zdarzył się też nieprzyjemny incydent...

Siedząc na szyszy w pewnej knajpce na Nowym Świecie zrodził się pomysł pojechania na łikend na Hel na prognozę. Tak wiec trzeba było pomysł wprowadzić w życie i... jazda. Pierwsza część ekipy (Chrabcio, Adam, Hubert, Ufo, Uf-ola, Leszczyna) ruszyła już w piątek około 19-tej. Ja, Sylwia i Fafik ruszyliśmy w sobotę koło 4 rano. Po drodze spotkaliśmy się z Konradem i resztą jego rodzinki. Na Chałupy VI dotarliśmy po niecałych 5 godzinach jazdy. Reszta ekipy jeszcze smacznie sobie spała - poza Ufem oczywiście - który nie mogąc spać akurat wracał z porannego spławikowania. Szybkie śniadanko, rozbicie namiotów, taklowanie sprzętu i na wodę. Sobota była bardzo lajtowa. Zaliczonych kilka ślizgów na dużych żaglach. Ja dzięki uprzejmości Chrabcia katowałem Pietruche 285 z pożyczonym żagielkiem 6.7. Koło 14-tej siadło zupełnie. W tym czasie żeńska część ekipy wróciła już znad morza i wszyscy udaliśmy się na "małe co nieco". Po obiadku nie zapowiadało się na wiatr a na domiar złego wyglądało że będzie padać. I padało. Pobyt na kempingu nie należy do przyjemnych jak pada więc wyruszyliśmy do pobliskiego baru na pifko. Tam dołączył do nas Pete (który przebywał już na kempingu z rodzinką czas bliżej nieokreślony). Koło 19-tej zaczęło się przejaśniać więc była pora na tradycyjny grilik. Swoją obecnością na grillu oprócz Petego zaszczycił nas Wini z synem Michałem. Ja zaraz po griliku odpadłem w śpiwór - bo nieprzespana noc i trochę czasu na wodzie dały mi się we znaki. Z opowieści wiem że reszta ekipy po grillu przeniosła się do wcześniej wspomnianego już baru gdzie bawiła się do wczesnych godzin porannych.


Niedziela powitała nas pięknym słońcem i wiatrem. Przed śniadaniem zaliczyłem kilka udanych ślizgów - poranne pływanie to jest to - Daje zajebistego kopa na cały niemal dzień. Po 1,5 h wróciłem sobie na śniadanko. W tym czasie reszta ekipy powoli zwlekała się z karimat... O godzinie 11-tej już wszyscy byli na wodzie. Rozwiało się na tyle mocno że non stop jeździliśmy w ślizgu. Ufo nawet swojego łejwa odpalił - co było niezłym zaskoczeniem. Dzień mijał szybko. Dobił do nas Zioło oraz Matex z rodzinką i się zrobiło bardzo swojsko. Dzień bardzo udany poza... no właśnie.... wracając z Pucka z Ziołem w pełnym ślizgu naprzeciw nam płynęła kawalkada w osobach Chrabcia, Huberta i Ufa... Oni szli prawym, my lewym. Tak sobie płynąc nie odpadłem na tyle wcześnie aby ich mijać z mojej lewej - a potem już było za późno - wpadłem na Chrabcia niszcząc jego Fisha L. Całe szczęście że było płytko i każdy się zasłonił jak mógł. Fisz pękł, mi spuchła ręka. Dla mnie tego dnia był to koniec pływania. Wkurwiony na maxa wróciłem na brzeg. Reszta dalej pływała korzystając z "życia". Szybki obiadek, pakowanko i do domu. W domu byliśmy koło 23 - więc nie tak źle. Reszta ekipy dotarła koło 2 w nocy. Następnego dnia zaliczyłem wizytę u lekarza. Zrobili mi zdjęcia, dali maści i proszki oraz tydzień zwolnienia. Okazało się że złamań nie mam - jedynie zbite dwa stawy - i ręka na temblak poszła...

Więcej zdjęć tutaj

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz