niedziela, 7 maja 2006

La Lavetta trip czyli podróż we trzy osoby i pół


Fajnie jest odkrywać nowe miejsca a jeszcze fajniej gdy zaraz po wyjeżdzie chce nam się tam wrócić. Wicko, znane wcześniej z opowieści po długich przekonywaniach miało zostać nawiedzone przez ekipe 14 lutków. Skończyło się na 3 i pół.

Jak co roku i w zgodzie ze świecką tradycja postanowilismy spedzić dlugi majowy weekend na wspólnym rodzinno-windsurfingowym wypadzie. Tym razem wybór padł na Wicko czyli Łącko czyli po prostu Gumiakowo. Po miesiącu przygotowań, ustaleń, sprawdzania prognoz i dostosowywania terminów i warunków pobytowych do indywidualnych preferencji każdego z osobna z szumnie zapowiadanych czternastu osób ekipa stopniała do trzech i pół. Pozostałe dziesięć i pół zostało ustrzelone przez wypadki mniej lub bardziej losowe. Tym samym z wyjazdu rodzinno-winsurfingowego zrobił sie wyjazd windsurfingowy z towarzyską wstawką w postaci niezawodnego Fafika. Trzon windsurfingowy stanowili Muki, ja czyli Hubert i pół Qtra, który twardo pojawił sie na ledwie trzy dni ale zdążył przez ten czas posmakować wszystkiego czego powinien. O smakach Łącka bedzie jeszcze później tymczasem słów kilka o samej podróży z Warszawy przez Działdowo, Darżyno, poligon nad Wickiem do samiuśkiego Łącka. Zaczęła sie w na dobrą sprawę w niedziele przed południem i można o niej powiedzieć że była długa i jeszcze raz długa i do tego jeszcze bardzo niekonwencjonalna. Najdłuższa była dla Mukiego, ktory w niedziele wystartował z Ostrowca Świętokrzyskiego tuz po hucznych obchodach związanych ze zmianą nazwiska prze Olę Ufolę (czy te obchody były również powiązane z zakończeniem kariery windsurfingowej przez Ufa okaże się wkrótce :)). Muki ruszył dzielnie, stawiwszy sie najpierw na ostrowieckim komisariacie i wprawiając w osłupienie urzędujących tam panów swoja prośbą o przebadanie go alkomatem. Panowie badanie zrobili, licząc najpewniej że trafili frajera który sam im się pcha z pieniędzmi za jazde w stanie. Srodze sie jednak zawiedli bo zaprawiony w nie takich bojach organizm Mukiego wygenerował przy pomocy alkomatu karteczkę z cyferką 0. Potem już tylko 170 km, 3 godzinki jazdy w korkach i Muki odbierał w Warszawie Fafika i mnie. Ruszyliśmy dalej. Następnym etapem był przystanek w Działdowie w którym to zostawiliśmy Mukisową Gosię, a kawałek za Działdowem odwiedziliśmy uroczą melinkę gastronomiczną z piwem za 2,50 i potrawami w menu w zbliżonych cenach. Wbrew pozorom było syto, smacznie i miło. Następny kawałek dalej Muki stwierdził, że pasuje jako kierowca i jego rolę przejął Fafik. Fafik jest jeżdżący ale na co dzień niepraktykujący, za to na co dzień Fafik pasjonuje sie wyścigami F1 :). I przez pierwsze kilometry dało się tę jego pasję odczuć. Siedząc na przednim fotelu czułem się jak kamera umieszczona na przednim spojlerze takiego bolidu. Jedyne co widzialem to wielkie, czerwone światła samochodu tuż przed nami. Padało. Na szczęście pierwsze mocne hamowanie, pisk, poslizg i "Puść hamulec !!!" sprawiło, że Fafik zadowolił sie drugim miejscem i już dalej nie walczył. Później było już po prostej. Aż do Darżyna. Darżyno to nasz następny przystanek, tym razem troche dłuższy. 25 km przed Słupskiem, czyli niemal u kresu podróży Rover powiedział "To ja nie jadę dalej". I nie pojechał. Po prostu zgasł.

Zmusiliśmy go co prawda zeby stoczył sie jeszcze z górki ale to było wszystko na co miał dzisiaj ochote. Była 12 w nocy, niedziela, środek długiego weekendu, padał deszcz, temperatura poniżej 10 stopni a zasraniec stanął beztrosko w środku jakiejś wsi. Dotoczyliśmy się do przystanku PKS dzięki czemu wiedzieliśmy przynajmniej, że jesteśmy we wspomnianym Darżynie. Wszelkie próby uruchomienia i doraźnej naprawy nie zmieniły naszej sytuacji, telefon do Gumiaka też niewiele pomógł. Nie wiadomo czemu liczyliśmy że Gumiak, Waluś i Matex spędzili wieczór na kulturalnej grze w szachy i zaraz któryś z nich przyjedzie nas doholowac. Nie grali w szachy, a nawet jak grali to byli bardzo tą grą zmęczeni. No i kamieni kupa. Szczęśliwie przypomnieliśmy sobie, że istnieje coś takiego jak assistance, szczęście nasze było jeszcze większe kiedy na dodatek okazało sie, że Muki miał to ubezpieczenie wykupione. Telefon do PZU i problem rozwiązany. Mogą nas doholowac za free w promieniu 130 km. A do Łącka było tylko 60. Jeszcze troche przepychanek z laweciarzami, którzy zanim się pojawili zaczęli wymyślać jakieś problemy zaprawione leniem albo próbą wyłudzenia dodatkowej kasy. Po paru telefonach udało sie ich jednak przekonać, że to na co mają w tej chwili ochotę to zimne, nocne holowanko po pomorskim zadupiu. W dwie godziny od strajku Rovera ruszyliśmy dalej w następującej konfiguracji: Muki, laweciarz i jego dwie paczki "Męskich" w kabinie lawety, Rover na lawecie, a Fafik i ja w kabinie Rovera. Rozpoczął sie ostatni etap naszej podrózy do którego dąłączył rownież Gumiak dowodzący naszą trasą przez telefon. Przy okazji okazało się, że nasz laweciarz jest jakiś mało miejscowy więc ok 3 nad ranem zawadziliśmy jeszcze o poligon nad Wickiem. A co tam. Chłopak na szlabanie musiał mieć niezłą jazdę widząc zbliżającą sie na ten koniec świata lawetę z Roverem uzbrojonym w jakieś dziwne rakiety na dachu. Potem był już tylko triumfalny wjazd do Łącka ok. 4 nad ranem. Warto wspomnieć, że cała droga przez Łącko jest wybrukowana wiec to zdecydowanie nie była cicha noc dla mieszkańców. Niemniej nasza podróż dobiegła końca. Potem jeszcze krótkie powitalne piwko z Gumiakiem i wreszcie zalegliśmy w łóżkach.
Trochę fotek z podróży



Poniedziałek przywitał nas tak jak pożegnała niedziela. Było zimno i padało. Waluś zwinął sie nad ranem do Poznania więc z gości Gumiaka pozostali tylko Kasia z Matexem. Towarzystwo było generalnie lekko znudzone. Widać było, że od trzech dni nic nie wiało i przyszło im ten czas spędzić na innych rozrywkach. Na szczęscie dla swojego zdrowia ruszyli koło południa w zbawienną podróż powrotną do domu. W tym samym czasie dobiła do nas reszta naszego składu czyli Qter. A właściwie jego pół, bo zaraz po przyjeżdzie ogłosił że zostaje tylko na trzy dni. No cóż, to od początku nie był standardowy wyjazd. Poszwędaliśmy się trochę po okolicy, oswoiliśmy z nowym otoczeniem, obczailiśmy strategiczne miejsce Łącka czyli sklep z piwem i sklep "na dzwonek", Rover powędrował do warsztatu zaprzyjaźninych z Gumiakiem windsurferów a my w końcu znudzeni zapakowaliśmy się do Qtrowego Kangoora i pojechaliśmy do pobliskiego Aquaparku. Przynajmniej takie było założenie. Niestety w drodze Qtr rzucił mocno zdradliwe hasło: "Najpierw zjemy potem pomyślimy co robić", no i jak się można było domyśleć na jedzeniu się skończyło. Aquapark w Darłówku co prawda odwiedziliśmy ale wszystko na co się zdobyliśmy to pooglądanie go przez szybę. Dzień upłynął w sumie na nicnierobieniu i czekaniu na jakieś pogodowe zmiany. Wieczorem uderzyliśmy jeszcze w pokerka, była ostra gra na tępe zapałki, kto miał ochotę to pomęczył dodatkowo jakieś procenty. Kupka, paciorek i spać. To tyle co zostało z poniedziałku. Wtorek zaczął się mocno obiecująco. Zniknęły ciężkie chmury, przestało padać, zrobiło się cieplej i gdzieniegdzie zaczęło wyglądac słońce, jednym słowem nastał dzień nadziei. Miała się pojawić ONA, czyli termika. Zaczęło sie od otaklowania nowego Lofta Qtra. Od słowa do słowa doszliśmy do wniosku, że leżenie na zielonej trawce to dla żagla powolna śmierć. Na jeziorze zaczęło się coś marszczyć więc zgarneliśmy Gumiakowego raceboarda który co prawda najlepsze lata miał już sporo za sobą ale tego dnia wydawał sie najlepszym rozwiązaniem. Połączyliśmy ten zestaw czyli deskę, żagiel i Qtra i pchnęliśmy na wodę. I wszyscy byli zadowoleni, deska bo sobie ktoś o niej przypomniał, zagiel bo wreszcie się spełnił, Qter bo wreszcie rozpoczął sezon i reszta składu bo coś się działo i było wreszcie na co popatrzeć. Z porządnego wiatru niestety nic tego dnia też nie wyszło, Qtr pobujał się jeszcze troszkę, rozdziewiczył co miał do rozdziewiczenia i tyle było wtorkowego windsurfingu. Wieczorkiem zafundowaliśmy sobie małą makabreske na grilla. Okoń to może i dobra ryba ale ktoś tworząc ją zdecydowanie nie przewidział że będzie wchodzić w sład menu dla ludzi. Przygotowanie jej wymaga przejścia osobnego kursu survivalu. Jak już się z tym uporaliśmy to potem okazało sie że nie tak jak trzeba rybkę usmażyliśmy więc na całym obiedzie najlepiej wyszedł Fafik który najzwyczajniej wciągnął kiełbaski. Po jedzeniu, my w ramach atrakcji turystycznej, Gumiak w ramach swojej pracy pojechaliśmy na akcje uprzykrzania życia kłusownikom, czyli na wyciąganie zastawionych przez nich sieci. Uprzykrzanie nawet dobrze nam wyszło bo sieci wyciągneliśmy dwie, uwolniliśmy pare ryb natomiast jednego sandacza którego uwolnić sie już nie dało bo wziął i wcześniej zmarł zgarneliśmy i następnego dnia skończył jako przepyszna potrawa. Wieczorem znowu pokerek, tym razem stawka była ostrzejsza bo zwycięzca inkasował od wszystkich po piwku. Tyle że, ponieważ miało to być piwko marki "Górskie" to w sumie nie wiadomo czy prawdziwym zwycięzcą był ten kto je wygrał czy ci którzy nie musieli go wypić. Odnotujmy tylko że Wygrał Fafik i że nadal żyje.
Wtorkowe fotki


I tak niepostrzerzenie podczas naszego snu, w nocy wtorek przeszedł w środę. Tak bywa. A w środę zrobiła sie "playa". Z rana walnęło slońce i tak już trzymało do końca naszego wyjazdu z coraz krótszymi przerwami na oświetlanie drugiej półkuli Ziemi. Cóż było robić, wiania co prawda jeszcze żadnego nie było ale po śniadaniu zgarneliśmy wszystkie większe zabawki windsurfingowe, zapakowaliśmy je na rybowóz i po przejechaniu w przybliżeniu 100 metrów wypakowaliśmy na brzegu jeziora z zamiarem rozegrania słabowiatrowych regat. Z tym, że z regat nic nie wyszło bo wkrótce okazało sie że wszystko co przywieżliżmy, łącznie z wypełnionym w połowie wodą Klepperem zaczyna latać w ślizgu. No i tak nam dzionek minął na lataniu na zmianę na dużych i oldschoolowych zestawach, a na popołudniowy deser Mukiemu udało się nawet odpalić swojego 80-litrowego Style'a. Po pływaniu wiadomo, człowiek ma się ochotę zabawić. Postanowiliśy więc wieczorem wyskoczyć do jedynej w Łącku knajpy. Niestety okazało się że knajpy już nie ma. Ale ma być od czerwca. Ponieważ był dopiero 4 maja to postanowiliśmy poczekać. Kupilismy piwka w sklepie i zaczęliśmy czekać na ławeczkach w centrum Łącka. Czekanie upłynęło na miłych pogawędkach ale w końcu jak każda przydługa czynność znudziło się. Zwinęliśmy się do Gumiakówki tam zgarneliśmy wujka Gumiaka i znowu wieczór upłynął pod znakiem pokerka. Tym razem wygrał czy też przegrał Gumiak. Wygrana była tym dotkliwsza, że miał nazajutrz do wypicia o jedno "Górskie" więcej niż poprzednio Fafik. Ale też przeżył. To był już ostatni pokerek na tym wyjeździe, podwyższone dawki "Górskiego" zaczynały być niebezpieczne i czas był najwyższy aby przerwać ten hazard ze swoim zdrowiem.
Środowe fotki



A w nocy zwinął sie Qter i zostało nas trzech przybyszów. Poza tym zniknięciem czwartek niewiele w sumie odbiegał od środy. Playa, przyjemny wiaterek, duże zestawy i ogólna sielanka. Najciekawsze w sumie było to że nad Gumiakówką pojawił się orzeł bielik. Potem zrobiło się go dwoch, poszybowały, pokręciły kółka i sobie poleciały. Dzień jak co dzień. Jak to w biurze.
Czwartkowe fotki


W piątek natomiast zaczęło sie już lepsze pływanie. Co prawda poranek nic takiego nie zapowiadał, przedpołudnie zresztą też nie. Do godziny 14 jedyną naszą atrakcją było wypatrywanie jakiejś chmurki na niebie. A o 14 włączyli wiatr. Najpierw ja z Mukim wyskoczyliśmy na 6.3 i 80 litrowych deskach. Po jakimś czasie okazało sie że mamy za dużo, zeszliśmy na 5.3 i było już dobrze. W tym momencie pojawił się również Gumiak, któremu akurat na najlepszy wiatr udało się skończyć robotę. Wiała delikatna piąteczka z północnego wschodu a jedyne czego brakowało to odrobiny falki bo przy tym kierunku Wicko robi się płaskie. Ale było naprawde miodnie - równy wiatr, pusto na wodzie a do tego nonstop słońce. Powoziliśmy się tak beztrosko z kilkoma jeszcze lokalesami do ok. 18 i wiatr sobie odfrunął. Wieczorem znowu pobawiliśy się w szeryfów i wyskoczylśmy na kłusowników. Chyba wcześniejsze akcje przyniosły skutek bo tym razem nie znaleźliśmy żadnej sieci. Albo po prostu kiepskie z nas szeryfy. Póżniej jak zwykle jakieś piwko tym razem przeplatane filmami i z poczuciem owocnie spędzonego dnia zaliczyliśmy pościel.
Piątkowe fotki

Sobota to niemal kopia piątku. Rano nic, przed południem nic a od 14 pierwszy kurs na wodzie. Wiało trochę bardziej ze wschodu, lekko słabiej ale też wystarczyło na 5.3. Słońce, na wodzie kilku lokalesów, ogólna sielanka a około 18 zjazd do zajezdni. Potem już na zakończenie pobytu skorzystaliśmy z Gumiakowego warsztatu i pobawiliśmy się troche w naprawianie desek. Tzn. ja sie pobawiłem bo moja decha w sumie żadnej naprawy nie potrzebowała, natomiast Mukisowy F2 Style okazał się bardzo delikatną konstrukcją i przez te kilka dni zaliczył pare drobnych obtłuczek, Gumiak z kolei miał zaległe, wcześniejsze zlecenie z jeszcze poważniejszą z ingerencją w dziób dechy.
Sobotnie fotki

Przez te kilka dni równolegle z naszymi przygodami winsurfingowymi toczyła się historia naprawy Rovera. Pierwszego dnia po przyjeździe powędrował on do wspomnianych znajomków Gumiaka. Niestety chłopaki stwierdzili, że nie są w stanie nic zrobic i zatargali samochód do elektryka co to ma specjalny komputer. Elektryk stwierdził, że trzeba wymienić komputer pokładowy Rovera i że to jest na 95% przyczyna awarii. Na szczęście na Allegro udało się takie ustrojstwo wyczaić i to nawet w przyzwoitej cenie. Problem był tylko taki że sprzedawca jest na jakis kajakach i bedzie w stanie wysłac sprzęt dopiero w czwartek, czyli że do nas dotrze w piątek. Krótka konsultacja z naprawiaczami i okazało sie to żaden problem i samochod bedzie gotowy na sobotę. Problem więc tymczasowo zniknął a my mogliśmy się zająć konkretami czyli windsurfingiem. W piątek tak jak było ustalone przesyłka dojechała do Łącka razem z kurierem DHL. Swoją drogą facet wyglądał na mocno zabłąkanego na tym naszym końcu świata. Komputer powędrował do chłopaków, chłopaki podrzucili go do elektryka po czy okazało się, że to niestety nie to było przyczyną awarii. Robiło się mało ciekawie bo zwijac się mieliśmy w niedziele rano a tu piątek wieczorem i bryka jak nie odpalała tak nie odpala nadal. W sobotę przed południem ruszyliśmy do mechaników osobiście co by pańskim okiem podtuczyć konia. Na szczęście akurat jak dojechaliśmy konczyli robotę. Jazda testowa i okazuje się ze samochód faktycznie naprawiony, odpala, jezdzi do przodu, do tyłu, w prawo i nawet w lewo. Niestety co było przyczyną awarii nie dowiedzieliśmy się do dzisiaj. Elektryk zbył nas enigmatycznym: "Było zwarcie na B12, nic więcej nie mogę powiedziec", James Bond normalnie. Chwile póżniej, po próbie lekkiej negocjacji ceny okazało się że: "Było zwarcie na B12" znaczy w języku elektryków: "Płacicie 180 pln i mnie nie wkur...iac bo policze 250". To jakby ktoś nie wiedział, tak na przyszłośc. Coż było robić, zasmucony Muki wybecelował rownowartość zwarcia na B12 i się zwineliśmy. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o plaże w Jarosławcu z cichą nadzieją, że uda się wyskoczyć na morskie pływanie. Niestety wiaterek wiał troche za mizernie a w dodatku nie było prawie fali wiec stwierdziliśmy, że sensu brak i wróciliśmy na Wicko gdzie zgodnie z oczekiwaniami o 14 ktoś uruchomił dmuchawę. No i to w sumie tyle. W niedziele spokojna zwijka, pakowanie, po drodze odstawiliśmy Gumiaka do Słupska, potem odebraliśmy Gosię z Działdowa i pod wieczór już spokojnie staliśmy w korku przed Warszawą. I to w sumie był jedyny i to w miarę krótki zgrzyt w podróży powrotnej. Mimo niedzieli, końca długiego weekendu cała droga była właściwie puściutka i gyby nie przymusowe przystanki przebiegłaby chyba bardzo szybko. Na koniec jeszcze słów kilka o Łącku i Gumiakówce. Wieś leży na końcu świata. Nie ma chyba osoby której bez pomocy nawigacji satelitarnej udało się tu trafic za pierwszym razem samodzielnie. I ma ta swój niezaprzeczalny urok. Jeśli ktos szuka miejsca żeby się wyluzować i odpocząć jest idealnie. A do tego doskonałe warunki do windsurfingu. Tuż za płotem leży Wicko, o 10 min jazdy samochodem jest drugie duże jezioro Kopań a w zanadrzu pozostaje jeszcze morze z linią brzegową ukształtowaną tak, że nie obsługuje ona właściwie tylko wiatrów z południowo-wschodniej ćwiartki. Jeśli ktoś fali morskiej nie trawi to na jeziorach w zależności od kierunku spotka i płaską wodę i sporą jeziorową falkę. O mieszkaniu u Pawła można by dużo opowiadać, atmosfera jest rewelacyjna, jest wszystko to czego do życia potrzeba, jak ktos jest koneserem to codziennie dostanie świeżą rybkę, w pobliżu w przypadku zagrożenia kiepską pogodą jest Aquapark itp. itd. nie ma co sie rozwodzić najlepiej samemu przyjechać i sprawdzić.

Szczegóły tutaj: http://www.wicko.agrowakacje.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz