wtorek, 3 maja 2005

Zlot grupy pl.rec.windsurfing Dąbki 2005


Wybór miejsca na tegoroczny zlot naszej grupy a zarazem otwarcie sezonu odbył się dosyć spontanicznie i wbrew oczekiwaniom wszystkich. Wygrał pomysł Seby, któty zakasował Sopot, Czarnocin i Półwysep. Dąbki to mała, uzdrowiskowa miejscowość wciśnieta pomiędzy jezioro Bukowo a wybrzeże Bałtyku.

Tradycyjnie już termin zlotu wypadł na długi, majowy weekend. Wystarczyło tylko załatwić sobie wolny poniedziałek i już można było oddawać się balandze we wspaniałym towarzystwie i we wspaniałym miejscu przez całe 4 dni (3 maj przypadał na wtorek). Organizacją imprezy zajęli się Seba i Pete. Jadąc na miejsce już przed Koszalinem spotkaliśmy zapakowany samochód na krakowskich blachach, który jak się okazało zmierzał w tym samym kierunku co my. Na miejscu byliśmy około godziny 10 w sobotę jako pierwsi wraz ze wspomnianymi Krakowiakami. Przywitała nas piękna, słoneczna i bezwietrzna pogoda. Jak okazało się chwilkę później ciepło było wszędzie oprócz naszych pokoi. Po południu powoli zaczęło przybywać gości by pod wieczór ośrodek zapełnił się już większością zaanonsowanych windsurferów wraz w rodzinami i znajomymi.


Pojawiło się sporo znanych już sobie wcześniej grupowiczów, ale pokazało się też troszkę nowych twarzy. Rekord świata pobił Dawid przyjeżdzając wraz w kobietą pociągiem z Wrocławia. Jak zwykle inaugurująca zlot impreza odbyła się przy grillu i piwie (były też mocniejsze trunki ;)). Nie obyło się również bez pokazów filmów na prowizorycznie przygotowanym ekranie (dzięki Jastu i Pete, którzy dostarczyli sprzęt). Impreza rozkręciła się do tego stopnia, że niewiele brakowało, a doszło do dosyć wyjątkowego striptizu (tym razem rozbierać mieli się panowie). Nie obyło się oczywiście bez tańców przy rurce i innych dość ciekawych konkurencji ;). Bawiliśmy sie tak w najlepsze do momentu w którym nasze wątroby powiedziały dość ("wściekłe psy" spełniły swoje zadanie) i zaciągneły nas do wyziębionych pokoi w których to mroziły się już piwka na dzień następny. Niedziela przywitała nas bezwietrzną i troszkę chłodniejszą aurą (jak zwykle wszelkie prognozy wzięły w łeb). Trzeba było znaleźć jakąś alternatywę dla pływania (ileż można w siebie lać ;)) i wybór padł na "rowery". Sir B@m postanowił pokazać nam miejscówę w ktorej to wieki temu spędzał swoje windsurfingowe wakacje. Zapakowaliśmy się więc na wypożyczone wehikułu, zabraliśmy niezbędny prowiant i udaliśmy w nieznane. U celu naszej podróży oprócz bardzo uroczego i wręcz wspaniałego miejsca dla windsurfingu spotkaliśmy człowieka, który to w hołdzie Papieżowi i ofiarom Tsunami postanowił przejść granice Polski na piechote. To się nazywa wyzwanie ...


Jeszcze tylko podróź powrotna, obiadek i przystąpiliśmy do oglądania żagielków Challeger i pokrowców Crossmax, które to zaprezentował Sir B@m. Po prezentacji zaczęliśmy rozgrywki siatkarskie o beczułkę wina, którą to miał zasponsorować Tomek. Mecz zakończył się oczywiście wygraną lepszych :), i dzień powoli zmierzał ku kolejnej imprezie. Jednak w Pika internetowej kafejce pojawiła się szansa na poniedziałkowy wiatr więc jak przystało na prawdziwych sportowców zaczęliśmy sie troche oszczędzać. W sumie jak by nie patrzył, każdy naprzywoził tyle sprzętu, że wstyd by było nie popływać. Standardowo już grill, muzyczka, filmy i doborowe towarzystwo to było to po co wszyscy tu przyjechali. Do pełni szczęścia brakowało tylko wiatru.

Poniedziałkowy poranek przywitał nas całymi 5 węzłami jednak prognozy dawały nadzieję na popołudniowe pływanie. Jako, że wielu z nas jeszcze w tym sezonie nie schodziło na wodę ciśnienie było na tyle duże, że od samego rana w ruch poszły najwieksze zestawy. Udaliśmy się więc na jeziorko zmyć z siebie "pozimowy kurz". Pojawiliśmy się więc na wodzie z żaglami czterokrotnie większymi od tych, na których trenowali uczniaki z pobliskiej szkółki (dzięki B@m za użycznie swojego zestawu) jednak i to nie pozwoliło nam złapać wystarczającą ilośc ślizgów. W piankach udaliśmy się na obiad by już po chwili zacząć taklować mniejsze żagielki. Pogoda wynagrodziła nas na tyle, że całe popoludnie "lataliśmy" już bez wiekszych problemów (lżejsi rajderzy odpalali już na żagielkach w granicach 6 m2). Nieprzyjemny okazał sie tylko kontakt z dnem które to w wielu miejscach można się było wbić jak w w stojące cały dzień na słońcu masło ;). No i w końcu mieliśmy okazję zobaczyć slynne już wyścigi B@m vs Kapeć (kto wygrał tego nie wiedzą nawet sami uczesnicy:)).


Pierwszy kontakt z wodą dla wielu okazał sie na tyle męczący, że cały czas trzeba było donosić schłodzone piwko na brzeg ;). Pod koniec dnia, tym razem już w pełni usatysfakcjonowani zasiedliśmy do wieczornej, pożegnalnej już kolacji. Późno wieczorem, gdy impreza zaczęła sie już rozkręcać, któs nagle skierował rzutnik na ściąne sąsiedniego budynku i nagle wszyscy poczuliśmy sie jak w kinie samochodowym :). Na szczęście nie doszło do projekcji filmów "akcji" (za to są już paragrafy ;)), ale sam widok loopów w wykonaniu najlepszych na kilkunastometrowym ekranie wyglądał naprawdę imponująco.


Wtorek to już dzień w którym wszyscy zaczęli rozjeżdzać się do domów. Był to jak zwykle wspaniały czas, spędzony w najlepszym towarzystwie, ktorego dopełnieniem było miejsce pozwalające odpocząć od codziennej gonitwy. Częśc uczestników przebywała na miejscu 4 dni, część dojeżdżała by choć na chwilę poczuć tą wspaniałą atmosferę, ale mam nadzieje, że wszyscy bawili sie tak samo dobrze. W imieniu grupy pl.rec.windsurfing czuję się w obowiązku zlożyć gorące podziękowania dla Seby i Pete za trud włożony w przygotowania, firmie "Terravita" za osłodzenie nam pobytu jak i szkółce "Sun-Sport Dąbki" za wypożyczenie namiotu służącego nam jako hangar i ekran projekcyjny.

Więcej zdjęć tutaj


1 komentarz: