niedziela, 24 maja 2009

Łeba first time - last minute

Zaczęło się od ciekawej prognozy, a przez chwilę były chwile grozy ... bynajmniej nie ze względu na warunki i siłę wiatru. ;)


The day before:
Martinez z Mukim i Hubertem wyruszyli w czwartek w nocy. Niestety z Qtrem nie mogliśmy się w piątek urwać z pracy ale plan był taki, żeby wyjechać wieczorem. W czwartek wieczorem ustalając plan wyjazdu okazało się, że ... nie mamy czym jechać ... ach te kobiety ;)

Piątek:
Rano po dotarciu do pracy obudziłem Martineza telefonem z pytaniem czy już wieje i pływają. Okazało się, że chłopaki jeszcze śpią w samochodzie i są jeszcze słabo wyspani ;). Później jednak się rozwiało i pływanie było na 4,5m2 i małych deskach ! Ciśnienie na pływanie wzrosło po kolejnych telefonach oraz śledzeniu aktualnej siły wiatru. Nadzieja na wyjazd już prawie prysła, przebijały się pomysły z wypożyczeniem samochodu ale w ostatniej chwili WIR nadciągnął z odsieczą i zaproponował pożyczenie swojego saxo :D. Radości nie było granic. Telefon do Qtra ... JEDZIEMY!!! Mamy samochód!!!
Wyruszyliśmy wieczorem tak jak chłopaki poprzedniego dnia. W drodze odebraliśmy kilka telefonów z imprezy w Wikingu oraz z oblężenia sklepu. Muki starał się ustalić ile kabanosów nam kupić na śniadanie ;)

Sobota:
W Łebie byliśmy ok 5tej i od razu uderzyliśmy w kimę. Przed 9tą obudził nas lekko niewyspany kabanosiarz lecz z zakupów został jedynie mały kawałek kiełbaski i kawałek chleba. Na śniadanie nadawało się to średnio, więc wybraliśmy się na poszukiwania jakiejś miejscówki z dobrym żarciem. Hubert po nocnej imprezie lekko zaniemógł i odpuścił sobie śniadanie.

Pływanie:
Ok. 11 dotarliśmy w końcu na sikret spot. Z zapowiadanej prognozy została wielka dupa. Czekaliśmy jakieś 1,5h aż się rozwieje i znajdzie się pierwszy śmiałek, który zejdzie na wodę. Wiatromierz średnio pokazywał 14-16 węzłów, w porywach do 18, falki praktycznie nie było. Po tym jak w końcu znalazł się chętny i na 4,4 odpalił cała reszta zaczęła się zbroić i schodzić na wodę. Otaklowałem nowy nabytek Aerotecha 5.3 i zszedłem na wodę na Tabou Martineza. Niestety z wiatrem rewelacji nie było ... brakowało kilku węzłów żeby być dobrze dożaglowanym. Ogólnie przez kilka godzin w miarę fajnie popływaliśmy. Jak na pierwsze morskie pływanie w tym roku było w miarę przyzwoicie. W porównaniu do Karwi spot bardzo spokojny. Nie dane nam było ujeżdżać słynnych łebskich fal, spodziewaliśmy się czegoś lepszego po prognozach. Po pływaniu wybraliśmy się tradycyjnie do Wikinga coś przekąsić. Muki z Martinezem po obiadku się zwinęli z powrotem do domu, a Hubert został ze mną i Qtrem z nadzieją na niedzielny wiatr. Wieczór spędziliśmy grając w lotki i pijąc piwo w Wikingu.

Dokumentacji zdjęciowej i filmowej z soboty niestety zabrakło. Narzędzia były, jednak tradycyjnie jak jest pływanie to nie ma komu zdjęć robić i kręcić.

Kilka fotek z leniwego, niedzielnego bujania się na Sarbsku.
ufo

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz