poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Niebieska woda jest inaczej...


W środę 26 sierpnia dostaje info na Skype’ie od Qtra – „w weekend robimy Łebę”. No to jedziemy.

W piątek o 23:00 jako ostatni wsiadam do Mukowozu, który z uwagi na brak relingów, ciągnie za sobą przyczepkę. Jak mawiali już starożytni Rzymianie – każda trasa prowadzi do Działdowa więc co oczywiste i my tan zawitaliśmy – Muki zabiera sprzęt i jedziemy na Gdańsk, ale nie – trzeba jeszcze zaliczyć Rybno. Bez przygód docieramy na „secret spot” w Łebie około 5:30 - nie ma co szukać kwatery więc Qter i ja rozkładamy po męsku karimaty obok samochodu a Hub i Muki moszczą sobie romantyczne legowisko w kombiaku.

Słońce i ludzie udający się na plażę budzą nas około 9-tej, nieziemsko głodni razem z Qter i Mukim idziemy do miasta na śniadanie. Jajecznica, kawa i kilku germańskich turystów całkowicie przepędzają resztki snu. Nic nie wieje, więc urządzamy sobie wypad turystyczny na miasto i po godzinie znów jesteśmy przy aucie. Mały wypad - w pełnym już z składzie - na plażę i widzimy, że z pływania nic nie będzie - trzeba będzie pokręcić się po okolicy. Jedziemy więc na Sarbsko – tu jak się okazuje, też nie wieje ale bogaty park maszynowy oraz złożone wcześniej przysięgi sprawiają, że Muki na godzinkę schodzi na wodę na dużym zestawie i łapie ślizgi gdzieś na środku jeziora. Około 15-tej rezygnujemy z czekania na wiatr i wracamy do Łeby w celu znalezienie kwatery, na szczęście chłopaki znają lokalną gastronomiczną legendę – pana Henia Jarockiego, właściciela VIKING’a. Dzięki jego pomocy po chwili mamy całkiem przyzwoite pokoje. Parkujemy auto i wracamy do Vikinga na lokalne specjały – legendarną zupę rybną i dorsza/flądrę z patelni; najedzeni i zadowoleni z życia udajemy się na kolejny trip po mieście, który kończy się w knajpie na plaży. Zmrok i wieczorny chłód wyganiają nas znów do Vikinga, gdzie leje się piwo, lecą rzutki, brzęczą automaty – generalnie impreza w stylu „dziwki i koks”.
Niedziela wita nas siąpiącym deszczem i brakiem jakiegokolwiek użytecznego wiatru. Śniadanie robimy w kuchni na miejscu i koło 10-tej kierujemy się w kierunku plaży. Hubert i Qter wypuszczeni na zwiady wracają ze smętnymi minami – nic nie wieje… Jako, że dzień się dopiero rozpoczął postanawiamy uderzyć do Słowińskiego Parku Narodowego gdzie znajdują się największe wydmy w Polsce - po drodze kontrolnie wizytujemy jezioro Łebsko. Na miejscu wypożyczamy rowery i pedałujemy w kierunku wydm – zajmuje nam to 25 minut.



W międzyczasie wypogadza się, znikają chmury, pojawia się wiatr, robi się przyjemnie ciepło. Wydmy robią wrażenie – taki mały Egipt 550 km od Warszawy, towarzyszy im bardzo fajna plaża z płytkim dnem co tworzy bardzo fajne fale.


Niewiele myśląc postanawiamy skorzystać z pogody i we czterech wskakujemy do wody – jest lodowata ale po chwili nic nie czuć zwłaszcza, że wszyscy mają niezły fun bawiąc się z falami przyboju. Z wydm udajemy się w kierunku jeziora Łebsko – widać tam latawce kitesurferów. Z pewnym trudem udaje nam się dotrzeć nad kite’owy spot – może i wieje ale dla kite’ciarzy. Postanawiamy wracać do Wawy jako że nie ma szans na jakieś konkretne pływanie, przed wyjazdem jeszcze szybki obiad nad Łebskiem. Wracamy przez obwodnicę Trójmiasta, później Tczew gdzie przed wjazdem na stary most wita nad uzbrojona w karabiny grupka mężczyzn. Pierwsza myśl – kibice „Unii Tczew”! ale nie, ich wiek i stan wskazują raczej na członków Tczewskiego Klubu Abstynenta "Sambor" a raczej byłych członków… Zachęceni ogólnym klimatem miasta udajemy się na starówkę gdzie w przytulnej herbaciarni (www.herbaciarnia-tczew.pl) raczymy się sernikiem, kawą i mnóstwem nikotyny. Żeby tradycji stało się zadość i w drodze powrotnej zatrzymujemy się w Działdowie. Później już prosto do Warszawy – o w pół do pierwszej jestem w domu.

To pisałem JA – czyli Fafik


Więcej zdjęć tutaj

Pokaż całość ...

środa, 19 sierpnia 2009

Dawno, dawno temu ...


... za siedmioma falami, za siedmioma wydmami żyło sobie plemię Wiatrolutków. Plemię które nie splamiło się odpuszczeniem żadnej.

Żadnej prognozie. Niestety bajkowe czasy mineły i na pierwszą konkretną prognozę po dwóch miesiacach posuchy dane mi było wybrac sie samemu. W sensie windsurfingowym samemu bo na szczeście znalazła sie koleżanka która zapaliła się do takiej wycieczki i dotrzymała mi towarzystwa. Wyjechaliśmy sobie trochę nietypowo bo w środę rano, rozwiewać się miało dopiero po południu więc nie było potrzeby nigdzie się spieszyć. Plan był takie zeby wskoczyć najpierw na rozruch na półwysep a nastepnego dnia uderzyć na morze. Na półwysep dojechaliśmy, odwiedziliśmy Jarka w jego tatarskiej jutrze na Albatrosie a ponieważ wiało trochę niemrawo to postanowiliśmy skoczyć coś zjeśc i zabukować sobie jakąś kwaterę. Jak zaczęliśmy bukować ok 14 to skończyliśmy po 22. Masakra jakaś, w zadnej miejscowości na plw nie było nic wolnego, we Wladku trochę lepiej ale byly tylko pokoje 4-osobowe a ludzie generalnie bardzo zdziwieni ze ktoś chce wynająć dwojkę ??? Udało się w końcu cos wyhaczyć w Swarzewie i niniejszym padliśmy na pysk ze zmęczenia.

Następnego dnia wiało akurat tyle żeby powozic mój suchy tyłek na 4.7. Po kilku godzinkach spędzonych w Chałupach na katowaniu konfiguracji krecha, zwrot, krecha zaczęło mi się już trochę nudzić, szczęśliwie w tym samym niemal momencie zaczęło siadać i z czystym sumieniem można było uciec na rybkę. W planach było jeszcze popołudniowe pływanko ale jakoś tak się złożyło ze resztę dnia spędziliśmy w Pucku i z planów nic nie wyszło.


W piątek postanowiłem odwiedzić zapomniany już trochę spot w Karwii. Trochę problemów z dojazdem miałem bo nie byłem pewny czy charakterystyczne dwie budki telefoniczne przy których trzeba zawinąć w kierunku plaży będą wciąż, w czasach telefonii komórkowej, stały. Na szczęście TPSA w Karwieńskich Błotach ma się dobrze i postanowiła pozostawić swoje drogowskazy. Mała dygresja niewindsurfingowa - same Karwieńskie Błota to błogi odpoczynek po zawalonych wszechobecnym odpustem i goframi z watą cukrową "promenadach" Władka, Jastarni czy innych tego typu Łeb. Pusto, cicho, ludzie tez jakby inni i widać ze przyjezdzaja nad morze odpocząć w odrożnieniu od stonki spędającej czas na pałętaniu się w poszukiwaniu plastikowych atrakcji.

Wracając do własciwego tematu. Pamiętam że kiedyś wraz z pojawieniem się samochodu na nadmorskim parkingu automatycznie i znienacka aktywowała się tak nielubiana przez wszystkich ale bardzo powszechna postać "piątak się należy". Teraz o dziwo parking jest za free. No i to by było chyba na tyle jeśli chodzi o plusy tego spotu. Po kilku wizytach w Łebie zapomniałem już jak niewaveowy potrafi byc Bałtyk. "Przybój" to po prostu fale atakujące nagle i z każdej niemal strony na dodatek okraszone prądem rodem z górskiego potoku. Ciężko jednym słowem. Na dodatek na początku trochę słabo wiało więc pierwsza przejażdzka zakończyła sie mocnym trójkątem. W ramach odpoczynku wziąłem skima i poszedłem pobodysurfować. Też porażka, złapanie jakiejkolwiek fali to czysty przypadek, zero przewidywalności. Przy okazji mogłem się przekonać jak silna "rzeka" tam plynie, wygląda to tak że na głębszej wodzie nie można zwyczajnie ustać. "Rzeka" zmywa. Zostawiłem więc skima i poszedłem przetestować to zjawisko wpław, po uruchomieniu wszystkich moich pływackich rezerw byłem w stanie ledwo, ledwo poruszać się pod prąd. Czyli "potok" musi zapindalać w tempie około 2 m/s. Jedna mała, niefortunna wtopka na starcie i po 30 sekundach zużytych na ustawienie sprzętu do startu jesteś ponad 50 metrów dalej :). Na szczęście po jakimś czasie zaczęło przyzwoicie wiac, dałem sobie spokój z ekperymentami i resztę dnia spędziłem po bożemu. Dało się spokojnie pływac na 5,5, pozniej pewnie na 4,7 ale wolalem zostać z zapasem na spokojne przechodzenie "przyboju". Oprócz mnie jeszcze dwóch gości, słońce i cały spocik dla nas. Wiało lekko side-on i niestety dobry wiatr zaczynał się trochę za "przybojem" więc najlepsze fale do skoków trzeba było odpuszczać żeby spokojnie wyjechać. Niemniej pływanko, mimo wszystkich niedostatków tego miejsca naprawdę udane. Tradycyjna rybka w Karwieńskim barze i zmyliśmy się do domu, do właściwego czyli do Warszawy. O 3 nad ranem było już po wyjeździe.


/hub/

Trochę widoczków ale małowindsurfingowych, jak ktoś lubi windsurfingowe to lepiej na żywo :)


Pokaż całość ...