piątek, 17 grudnia 2010

niedziela, 12 grudnia 2010

3 grosze na temat finansów - Maroko Trip 2010

Małe podsumowanie naszego krótkiego acz bardzo intensywnego wyjazdu.


Tam i z powrotem czyli jak po taniości dostać się na czarny ląd...


Do Maroka i z powrotem dostaliśmy się tanimi liniami Wizzair i Ryanair trasą Warszawa - Bruksela (Charleroi) - Agadir. Koszt samych przelotów to około 260 PLN za całość. Niestety w obie strony loty się "nie nakładały" więc za każdym razem nocowaliśmy w hotelu Formula 1 w Chaleroi (17,5 Eur + 5 Eur śniadanie) - twardziele mogą koczować na lotnisku ale lekko w nocy na betonie nie jest.

Ceny w Maroku podaję w EURO. Na miejscu płaci się DIRHAMAMI, 1 Eu to około 10 Dh.

Łonna Kamela czyli jak przemieścić się z miejsca A do B i C a potem XY oraz Z.


Po Maroku poruszaliśmy się tym co było pod ręką. Pomiędzy głównymi miastami jeździliśmy lokalnymi autokarami. Ich koszt to 5-7 Eu za osobę na trasie o długości 200-300 km. W Marrakeszu korzystaliśmy z autobusu miejskiego za 0,35 Eu. Do Sidi Kaouki z Essaouiry pojechaliśmy grand taxi, czyli najczęściej Mercedes beczka zabierająca do 6 pasażerów. W zależności od umiejętności targowania za cały kurs na trasie około 20 km płaci się w granicach 10 Eu (informacyjnie za trasę z Marrakeszu do Essaouiri, czyli około 180 km, między 60 a 80 Eu). Po Essauoirze jeździliśmy petit taxi (najczęściej stare UNO zabierające do 3 pasażerów) za 0,6 Eu w dzien i 0,7 Eu w nocy za kurs, oraz bryczką za 2 Eu za kurs.

Jak sobie pościelesz... to mnie zawołaj


Nocleg w Marrakeszu w hotelu zlokalizowanym około 100 metrów od głównego placu w medynie (Dżamaa al-Fina) w pokoju z umywalką (zimna woda), prysznicem i toaletą na korytarzu to 6 Eu.
Nocleg w Essaouirze. Wynajęcie trzypokojowego mieszkania z kuchnia na lokalnym osiedlu, 10 min. spacerem od spotu to koszt około 5 Eu za noc od osoby. Standard jak na kwaterze w Łebie ;) tzn: pod prysznicem ciepła woda, lodówka, butla z palnikiem do gotowania herbaty, łóżka, klika koców i materaców. Aha, był jeszcze telewizor z satelitą.

Jedzenie - czyli na kogo wypadnie...


Do wyboru do koloru. Śniadanie w knajpie w Marrakeszu na placu Dżamaa al Fina (omlet, naleśniki, ciastko, kawa lub herbata) to koszt 2 Eu. W Essaouirze śniadania robiliśmy sami. Sklepy w okolicy dość przyzwoicie zaopatrzone, ceny jak w PL lub zbliżone, uwaga dość drogie jedzenie importowane, tanie są za to lokalne wyroby np. sardynki za 0,5 Eu puszka. Przekąski/obiady/kolacje - w zależności od upodobań np. grillowana kanapka z wątróbką 2 Eu, zestaw obiadowy: szaszłyk + frytki + surówka + cola około 5 Eu, grillowana dorada i krewetki z sałatką i colą to 5 Eu, gotowane ślimaki - duża porcja 1 Eu, tadżin - w zależności od rodzaju między 2 a 6 Eu i wiele, wiele innych... Dodam tylko, że nikt z nas nie miał problemów żołądkowych a naprawdę się nie oszczędzaliśmy (grunt to czyste ręce i wieczorem szklaneczka czegoś mocniejszego, zakupionego na lotnisku).

Just to be in the water...


W Essaouirze są przynajmniej cztery bazy ze sprzętem do WS, kite i surfingu. Ceny wypożyczenia podobne do tych obowiązujących na Świecie czyli 174 Eu w Mistralu za 5 dni za zestaw WS, 100 Eu za tydzień za deskę do surfingu. My braliśmy sprzęt z bazy najbliżej medyny, za deskę surf za 3h - 15 Eu, za zestaw WS 30 Eu za 1/2 dnia - ceny negocjowane. W Sidi Kaouki ceny podobne. Warto brać ubezpieczenie sprzętu WS ;).

Tipy i tipsiki ;)


- doprowadzacz - czyli koleś który ci coś pokaże, np. gdzie jest dworzec, hotel lub sklep brata - ok 2 Eu, zapłaciliśmy 1 raz jak szukaliśmy około 1:30 w nocy przyzwoitego hotelu w Marrakeszu;
- pamiątki - w zależności od umiejętności handlowych - od 1 Eu do ???
- kartki pocztowe 0,2-1 Eu - uwaga dość drogie znaczki ok. 1 Eu do Europy,
- zdjęcie z wężem - 30 Eu - po targach 3 Eu ;)
- Grand Taxi na trasie Inezgane (przedmieścia Agadiru) - lotnisko 10 Eu (wyjściowa cena 25 Eu),
- herbata - w zależności od lokalu od 0,5 do 1,5 Eu
- szisza - 10 Eu w porządnym lokalu libańskim w Marakeszu, 2 Eu w lokaleskim klubie w Essaouirze,
- wielbłąd - 15 Eu/h (im dłużej tym taniej)
- golenie - 2E
- golenie + strzyżenie - 5 Eu
- wynajem quada na 3h - 55 Eu
- piwo w naprawdę dobrze zakamuflowanym sklepie - 2 Eu za 1/2 ltr. (o sklep w Essaouirze pytać lokalesów najlepiej w bazie WS).

The winner is....


Biorąc pod uwagę koszt podróży, mieszkania i jedzenia można spędzić tydzień w Essaouirze za mniej niż 1000 PLN (nie wchodzi w to wypożyczenie sprzetu, nocleg w czasie podróży np. w belgijskim Formula 1, zwiedzanie np. Marrakeszu, Brukseli). Nasze wydatki kształtowały się na poziomie 1400-1800 PLN ze wszystkim (wliczając w to również sprzęt WS i SURF, pamiątki oraz m.in. wypożyczenie samochodu w Belgii w trakcie zwiedzania Brukseli).

To tyle... w lutym podobno Maroko na ostro czyli być może Dakhla...

PZDR

Qter

P.S.
Galeria zdjęć oraz film soon - jak się trochę obrobimy... ;) Pokaż całość ...

sobota, 11 grudnia 2010

Dzień 9/10 - powrót.

Rano pobudka, szybkie śniadanie i ładujemy się w dwie Petit Taxi które zabierają nas na dworzec autobusowy. Taksówki dzielą się tu na dwa rodzaje, Grand i Petit. Te duże są na podmiejskie trasy, małe obsługują miasto. Mimo braku jakiegoś zarządcy działa to jak dobrze zorganizowany transport publiczny, ceny są w miarę stałe, taksówek jest mnóstwo a dodatkowa zaleta jest taka, że dowożą cię pod drzwi domu. Oczywiście zanim rozgryźliśmy ze istnieje taki podział, wtopiliśmy. Na szczęście raz bo ten kilometr przejechany Grand Taxi po mieście był bardzo drogi.


Ruszamy w ostatni ciepły etap naszej podróży
Dłuższe trasy obsługiwane są już przez autobusy, głównie prywatnych przewoźników. Jeśli chodzi o komfort to trafić można różnie. Nam na trzy podróże nie udało się trafić na nic lepszego niż komfort, jakby to napisać, lokalny. Taki mocno wysłużony acz sprawny PKS. Mimo tego podróż jest w miarę wygodna i z grubsza rzecz biorąc przebiega punktualnie. Wyjazd jest o określonej godzinie, gorzej jest z godziną przyjazdu. Niby tez jest określona ale rozsądnie jest dodać do niej jakąś godzinkę bo na trasie zwykle jest dużo rzeczy do załatwienia. Autobus na przykład wyjeżdża punktualnie z dworca po czym za jego bramą kierowca staje żeby zabrać dodatkowych pasażerów, czasem na kogoś czeka, czasem ktoś z załogi musi podskoczyć do sklepu lub po prostu trzeba zatankować. Na trasie jest też zawsze obowiązkowy postój na jedzenie w jakimś lokalnym Tadżin&Drive plus kilkanaście niewidocznych przystanków dla wsiadających lub wysiadających pasażerów.

Odpoczynek w trasie. Silnik też zasłużył.
Naszym ostatnim miastem w Maroku było Inezgane. To jakby przedmieście Agadiru nieprzeznaczone dla turystów. Zwykły marokański tygiel handlowy, który raczej nie przyciąga ludzi którzy wybierają Agadir na miejsce swojego pobytu. Podjedliśmy, porobiliśmy ostatnie zakupy i ruszyliśmy załatwiać taksówkę na lotnisko. I tu się dużo działo. Postój taksówek to olbrzymi plac zastawiony setkami granatowych Mercedesów z setkami czekających na klientów taksówkarzy. Pierwsza z brzegu taksówka wyglądała na zajętą więc po krótkim targowaniu wskoczyliśmy do drugiej w kolejce. Nie bardzo się to spodobało pozostałym taksówkarzom. Na szczęście obskoczyli naszego kierowce a nie nas. Kłótnia była intensywna, biedak próbował się bronić ale gdy dotarło do niego że będzie tu musiał wrócić po tym złotym kursie, pękł. Każdy by pękł ale nasz na tyle długo zgrywał twardziela że zdążyło się zrobić spore zamieszania. Wysiedliśmy z naszej niedoszłej taksówki i zostaliśmy zaprowadzeni do tej „właściwej”. Tu harmidru ciąg dalszy, tym razem w sprawie ustalania ceny. Pierwsza była z kosmosu, druga niewiele niższa więc udając obrażonych najpierw rzuciliśmy znane chyba w każdym kraju słowo „police” a potem zaczęliśmy odchodzić. Kierowca dał za wygraną, spuścił do rozsądnej ceny i mimo tego zadowolony zapakował usłużnie nasze plecaki do bagażnika. Niestety okazało się że w trakcie negocjacji do samochodu wsiadł już pełen skład marokańskich pasażerów. Jakaś rodzinka plus dostojnie wyglądający biznesmen oczekiwali sobie beztrosko na odjazd. Kierowca bezpardonowo, przy pomocy paru słów oraz wymownego gestu oczyścił pojazd i wreszcie po całym tym pożegnalnym cyrku, we właściwej taksówce, z uśmiechniętym taksówkarzem i w zadziwiająco niskiej cenie ruszyliśmy w stronę lotniska.

To bardzo ważna śrubka. Trzyma w luku nasze bagaże.
 W Belgii, w Charleroi wylądowaliśmy późno w nocy więc pozostał nam tylko szybki transfer do znanego już hotelu Formule 1. Odlot do Polski mieliśmy następnego dnia dopiero o 21 więc rano wypożyczyliśmy samochód i ruszyliśmy na zwiedzanie Brukseli. Poszwendaliśmy się prawie cały dzień po bardzo ładnym i pełnym ciekawej architektury ale i horrendalnie drogim mieście i mocno zmarznięci wieczorem polecieliśmy w ostatni etap naszej podróży. 

Skromna, peruwiańska demonstracja w Brukseli
I to koniec. W czasie wyjazdu pojawiły się groźby powrotu, tym razem bardziej na południe, dalej od turystycznej wersji Maroka. Może nawet Sahara Zachodnia i jej południowe rubieże czyli Dakhla. Zobaczymy co wyjdzie.

--
hubert

Pokaż całość ...

czwartek, 9 grudnia 2010

Dzień 8 - wtorkowe ostatki.

Wyszedł nam na wyjeździe ładny przekładaniec. Co drugi dzień zmiana dyscypliny. Wczoraj surfing wiec wypada żeby wtorek był na windsurfingowo. Wiatru jak zwykle na naszym osiedlu nie było. Jeśli wieje to widać to dopiero nad oceanem. I czuć. O ile większość naszych wspólnych wyjazdów polega na szukaniu wiatru, to tu ze względu na to że nawiewa on równocześnie tumany piasku daje się tak we znaki, że jeśli nie bawisz się na wodzie to czym prędzej uciekasz w uliczki miasta.
  
Ręcznik w wydaniu berberyjskim. Inaczej ciężko wytrzymać w wiejącym piachu.
Dziś na wodzie skromna reprezentacja. Dwóch najtwardszych czyli Qter i Chrabcio ciosało fale w raz za silnym raz za słabym wietrze. W użyciu największe dostępne tu chyba rozmiary, 5.0. Polatali, poskakali, pokatapili, żagle porozwalali, dzień udany tym bardziej że ostatni z możliwością popływania. 

Tym razem na niebiesko Qtr.
Jutro zwijamy się znad oceanu i jedziemy na południe. Ostatnie zakupy i wieczorem odlot do Brukseli. Siedząc sobie tu na plaży ciężko uwierzyć że marokańską zimę różni od polskiej jakieś trzydzieści stopni na termometrze. No i że pociąga to za sobą anomalie w postaci śniegu i grubych ubrań. Już jutro trzeba się będzie rozstać na dłużej z krótkimi gatkami. Choć plany na ucieczkę z mrozu w lutym są mocno kuszące jeśli się ma świadomość tego, że w cenie przejazdu na Hel jest opcja całkowitej zmiany klimatu.
--
hubert

Pokaż całość ...

wtorek, 7 grudnia 2010

Dzień 7 - poniedziałek, czyli powrot do surfingu.

Dziś daliśmy się oceanowi wciągać i wypluwać, bo tak mniej więcej wyglądają nasze próby na surfingu. Przed południem wylądowaliśmy w Sidi Kaouki. Wioska, choc to i tak chyba za dużo powiedziane, leży 20 km na południe od Essaouiry. Zapakowaliśmy się do Grand Taxi, czyli starego Mercedesa którego przed kompletnym rozleceniem chroni chyba tylko lokalny tuning i ruzyliśmy po przygodę. Poza silnikiem i układem napędowym nic w tych samochodach raczej nie działa. Jeśli coś odpadło to dorabia się w lokalnych warsztatach jakiś surogat. W naszym pojeździe w drzwiach były na przykład stylowe drewniane uchwyty, wykonane z drewna z którego robi się tu pamiątki dla turystów. Innym fenomenem tych taksówek jest wykorzystanie do maksimum dostępnej przestrzeni. Jadąc w pięciu czuliśmy się już mocno skompresowani a zwyczajowy ładunek to sześciu pasażerów. W drodze powrotnej zagadka się rozwikłała. Dostaliśmy lokalna pasażerkę do podrzucenia i konfiguracja była taka: czterech siedzi na tylnej kanapie, jeden standardowo na przednim siedzeniu pasażera, szósta osoba na miejscu podniesionego podłokietnika gdzie ze złożonego koca umoszczone jest małe siedzonko. 

Beka w beczce.
W Sidi Kaouki uderzyliśmy od razu do wypożyczalni. Dużo innych opcji tam zresztą nie ma. Kilka budynków z czego trzy to jakieś pensjonaciki, do tego dwie knajpki i kilka rozlatujących się chałup mieszkańców. Psy, koty plus tym razem konie na których można tu galopować po olbrzymiej, pustej plaży. 

Muki, taksiarska beczka i jakieś 40 % zabudowań w Sidi Kaouki

Ocean wyglądał poważnie. Właściciel wypożyczalni uśmiał się nieźle gdy po określeniu się jako beginners stwierdziliśmy ze schodzimy na wodę. Dał nam po longbordzie, trochę wosku do smarowania bo widocznie optymistycznie założył że się jednak trochę na rzeczy znamy i weszliśmy w piane. Było mocno, samo przejście przez taką kipiel nieźle wykańcza, do tego dochodzi potężny prąd a potem jeszcze trzeba złapać jakaś falę. Kilka razy się udało ale tego dnia zdecydowanie największym sukcesem było to, że wszyscy zeszli z wody w całości. Małego obicia żebra Chrabcia nie liczymy, podobnie jak życiowej mielonki Qtra. Odkąd „biała piana” zaczęła go prześladować w Klit rachunki wciąż pozostają niewyrównane.
Mały człowiek i morze.
 A w nagrodę spróbowaliśmy wreszcie prawdziwego tadżina. W knajpce kolo wypożyczalni. I na dodatek na żywo oglądaliśmy cały proces gromadzenia produktów. Kucharz z dziesięć razy leciał za płot a to po cebulę, a to po marchewkę a to po jakieś naczynie. Było już po sezonie i wzięliśmy go chyba z zaskoczenia ale smakowało wszystkim, łącznie z czterema kotami i dwoma psami które próbowały podłączyć się do naszej uczty. 

W takich najlepiej smakuje.
Powrót niemiecko-arabską wersją Mercedesa i wieczorna, tradycyjna już włóczęga po medynie. Okazało się, że paru rzeczy jeszcze tu nie widzieliśmy. Odkryliśmy na przykład że można wejść na potężne mury obronne. Poza najeźdźcami, których teraz akurat niewielu, mury ochraniają miasto przed oceanem. Spędziliśmy dobre kilkadziesiąt minut obserwując jak woda mozolnie, fala za fala próbuje je rozbić. A ze ocean był mocno rozkołysany widowisko urzekało. Potem znaleźliśmy zdewastowana i w dużej części opuszczoną dzielnice żydowska będącą teraz, z powodu nieuregulowanej kanalizacji, jednym wielkim ściekiem. Na koniec wyczulony nos Qtra doprowadził nas do nieźle ukrytej palarni fajki. Klimat mocno lokaleski, szisza, karty, dużo dymu, tradycyjnie już jak to w tutejszej knajpie sami arabscy faceci. No i pięciu przypadkowych białasów dla urozmaicenia.

--
hubert

Pokaż całość ...

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Dzień 6 - niedziela winsurfingowa.


Dziś zawiało. A rano szykowaliśmy się już na surfing. Mieszkamy na zwykłym marokańskim osiedlu a ponieważ jest ono dosyć gęsto zabudowane wiatru tu nie widać. Pierwszym sygnałem że jednak wieje była moja koszulka która się grzecznie suszyła na oknie po czym spadła. Niestety upadku nie zarejestrowałem. No i chyba zrobiłem prezent któremuś z dzieciaków których pełno jest na placyku przed naszym domem.


Placyk przed naszym domem.

 
Mała narkotykowa dygresja. Trochę zszokował nas jeden z tych chłopców który podszedł do nas później i pokazując na swoja wypchana kieszeń rzucił wszechobecne tu słowo szisz. Miał z 12 lat. Tyle że lokalnie to chyba nic gorszącego. Dosłownie co pięć minut ma się na mieście ofertę kupna haszyszu, słabiej jest z opium. Sprzedawca pojawia się raz na godzinę. Koniec dygresji.

Lokalesi vs przybysze.

  Nad woda okazało się, ze z surfingu zdecydowanie nici. Wiało na 4.7 wiec rzuciliśmy na wodę prawie wszystkie nasze siły. Muki, Qtr i Chrabcio dzielnie katowali przez cale trzy godziny. Wydaje się mało ale długa przerwa w pływaniu plus szybka i krótka fala zrobiły swoje. Essaouria leży w zatoce która jest oddzielona od oceanu kilkoma wyspami. Wyspy niestety robią swoje i blokują wejście fali z oceanu więc warunki na wodzie trochę przypominają nierozbujaną Łebę
. Różnica jest taka że fala jest bardziej przewidywalna. Żeby popływać w warunkach oceanicznych trzeba się ruszyć gdzieś poza miejską zatokę. Jeśli ktoś musi wypożyczać sprzęt to 20 km na południe jest Sidi Kaouki, 20 km na północ Moulay. W obu są wypożyczalnie i duża szansa na typowo waveove warunki. Jeśli ktoś ma własny to do dyspozycji  jest właściwie całe wybrzeże. Kwestia dojazdu i jakiegoś ludzkiego dojścia do wody. Wracając do samego pływania, najbardziej spektakularne były w nim przede wszystkim straty. Muki skręcił nogę w kostce a Qtr zdemolował jedno okno i zerwał dwie linki trapezowe. Na szczęście sprzęt ubezpieczony ale początek niezły. A jutro zapowiada się powtórka.

Nasz człowiek walczy.
Ja w tym czasie machnąłem sobie półtoragodzinny spacerek wzdłuż plaży do pobliskiego miasteczka, znajdującego się na południowym końcu naszej zatoki. Spacerek pod wiatr tez nieźle pokazał czemu ten region jest nazywany najbardziej wietrznym miejscem Maroka. Piach miałem w najgłębszych zakamarkach uszu i kieszeni. Plus taki że powrót był ze wspomaganiem. Samo miasteczko malutkie, ciche I trochę czystsze niż Essaouira. Ze dwie kawiarenki, kilka sklepików, tuzin szwendających się psów i kilka kotów dla równowagi w przyrodzie. Przy wjeździe zajazd dla wielbłądów na których w Essaourii wożą turystów. No i meczet, a pod meczetem pasące się osły. 

Wieje
Meczetów tu w ogóle sporo. Przy naszym domu są dwa w promieniu 300 metrów. Atmosfera pod nimi chyba trochę mniej pompatyczna niż pod naszymi kościołami. Oprócz osiołków przed wejściem widziałem już mecz w piłkę, dzieciaki robiące sobie bardzo głośne wyścigi, targ owocowy i inne nieprzystające do świętego miejsca atrakcje. Oczywiście według naszej kultury bo tu widać trochę inne podejście. 

Święte miejsce.
Po południu zaliczyliśmy wreszcie, kuszące zapachem przyportowe smażalnie na których można wybrać dopiero co złowione ryby lub owoce morza. Wskazany towar po krótkiej i bardzo pobieżnej obróbce od razu ląduje na grillu. Dla nas były cztery dorady i sterta krewetek. Szczerze powiedziawszy poza tym ze wszystko jest świeże to rewelacji smakowych jak dla mnie nie było. Takie jedzenie wymaga jednak niewielkiego chociażby przyrządzenia. 

Ocean się sam wyżywi.

Wieczorem znowu włóczęga po medynie. Z ciekawostek, udało nam sie odkryc sklep z alkoholem. W ogóle pierwszy jaki widzieliśmy podczas naszego pobytu. Zaletą muzułmańskiego podejścia do tej kwestii jest duże poczucie bezpieczeństwa na ulicach. A parę razy zapędziliśmy się w naprawdę ciemne uliczki na obrzeżach miast, na dodatek z aparatem i kamera na wierzchu. Kilku podpitych gości zdarzyło się nam zauważyć ale skala jest absolutnie nieporównywalna do polskich zakamarków. Żeby nie było tak za kolorowo to poprzednio było o tym ze się adaptujemy do arabskiego sposobu handlu i ustalania cen. Niestety przedwcześnie, dziś się znowu frajersko daliśmy zrobić na cenie za soki pomarańczowe. Straty niewielkie i więcej zabawy z tym niż jakichś niedogodności ale wjeżdżają nam niesamowicie na ambicje tym, że są w stanie wykiwać nie byle w końcu kogo, bo Polaków.

--
hubert

Pokaż całość ...

niedziela, 5 grudnia 2010

Dzien 5 - surfing.

Zima w Maroku.
Nie licząc małej przygody w zeszłym roku w Klit mieliśmy dziś swój debiut na surfingu. Było wypaśnie ale najfajniejszy był sam dojazd na spot. Za surfbusa robiła bryczka z zaprzęgniętym koniem. Jeździ tu mnóstwo dziwnych pojazdów ale sześciu gości w piankach z deskami na bryczkowym dachu wzbudzało jednak sensacje. 3 godziny orania surfingu w dosyć gęstych falach dało nieźle w kość.


Surfing musi być ekologiczny.

Po południu miejscowy przysmak czyli tadżin w rożnych wersjach a wieczorem powolne włóczenie się po uliczkach medyny. Zakupy, kawiarenki, słodka herbata, sprzedawcy haszu oraz inni naciągacze. Robimy postępy w adaptacji do miejscowej kultury i coraz lepiej radzimy sobie w tym handlowym tyglu. Jest już na tyle dobrze, że nie dość ze możemy spokojnie spacerować to i czasem uda nam się kupić coś w cenach dla miejscowych.

--
hubert

Pokaż całość ...

sobota, 4 grudnia 2010

Dzien 4 - ocean.

Dotarliśmy do windsurfingowego celu naszej podróży. Ale po kolei.

Wczorajszy dzień niespodziewanie się przedłużył. Okazuje się, że kojarząca się wszystkim z arabskimi krajami szisza jest w Maroku właściwie niedostępna. Chłopy lekkie ciśnienie na palenie mieli wiec i szisza się znalazła. W libańskiej knajpie, trochę poza centrum miasta. Na miejscu klimat disco-lebanon z grajkiem przy syntezatorze i miejscową diwą śpiewająca jedną, poskładaną z nieodróżnialnych dla nas kawałków pieśń. Prawdopodobnie o miłości ale mogło być też coś o pięciu białasach którzy trafili tam gdzie nie powinni. W każdym razie przeżyliśmy. Tytoń był mocny a atmosfera stworzona przez tańczące dziewczyny na tyle wesoła, jakby libańska wersja kultury arabskiej mocno już odbiła w stronę "zepsutego" zachodu. I choć próbka mogła być oczywiście niereprezentatywna to jednak marokańskich knajp w takim luźnym wydaniu nie widzieliśmy.

Z Qtra aż dymiło gdy próbował zrozumieć miłosne rozterki libańskiej kobiety.
Następnego dnia wyjeżdżaliśmy z Marrakeszu lekko schłodzeni. Z perspektywy zasypanej przez śnieg Polski może to wyglądać denerwująco ale było "marokańsko" zimno. Gdzieś tak w okolicach 20 stopni. Na dodatek bez słońca. Uroczo wyglądają Marokańczycy chodzący przy tej temperaturze w grubych kurtkach. Na targu pojawiły się też zimowe rękawiczki. Zima jest zima.

Świeże, pyszne i do kupienia wszędzie po 1,5 pln za kilo.

Już trochę obeznani z tematem transport załatwiliśmy niespodziewanie szybko. Zbyliśmy naciągających nas na podroż taryfiarzy, wskoczyliśmy do lokalnego MZK jadącego na dworzec i po 20 minutach od wyjścia z domu siedzieliśmy już w autobusie nad ocean. Po drodze było ze dwadzieścia przystanków z których żaden fizycznie nie istniał. Kierowca wie gdzie ma stanąć, pasażer wie gdzie ma czekać ale żadnego znaku że to właśnie to miejsce nie ma. Białas by się prawdopodobnie kompletnie zawiesił próbując złapać taki autobus na trasie. Zaliczyliśmy tez, chyba obowiązkowy na dłuższych trasach, postój na jedzenie.

Dla nas to ludzie-śmierci, dla Marokańczyków jedna z wersji ubioru. 
Wypadł w małej mieścinie w której oczywiście wszyscy handlują wszystkim. To bardzo charakterystyczne dla tego kraju i pewnie dla całej Afryki. Wygląda to tak jak by każdy tu miał jakiś sklep, stragan czy punkcik z jakimiś usługami. Sklepików są tysiące. Ci którzy nie handlują zajmują się dostarczaniem towarów, ci którzy nie dostarczają sprzątają, reszta zajmuje się naganianiem klientów bądź inną formą wyłudzania kasy. Mało jest tu czegoś takiego jak w naszej biurowej Europie w której ludzie pracują w jakiejś papierowo-komputerowej rzeczywistości. Praca jest jakby mniej wyalienowana i polega na zaspokajaniu realnych potrzeb konkretnych ludzi. I wszystko to przelewa się ulicami a nie tkwi zamknięte gdzieś w klimatyzowanym biurze.

Cwaniaki na bulwarze.
Essaouira powitała nas słońcem a na dodatek już jakieś 50 km przed miastem widać było ze mocno wieje. Pierwsze kroki po przyjeździe skierowaliśmy więc do taksówki i wylądowaliśmy w bazie Mistrala. Niestety nad woda wiatru było malutko, fali tez praktycznie żadnej wiec zabraliśmy się za załatwianie noclegu. Człowiek z bazy wykonał telefon i ostatecznie wylądowaliśmy w osobnym mieszkaniu u chłopaka który, nie dość ze pływa na desce to jeszcze był mistrzem Maroka w wavie. Mamy kilka planów jak ten bonus wykorzystać.
--
hubert Pokaż całość ...

czwartek, 2 grudnia 2010

Dzien 3 czyli Marrakesz na gęsto

Za Chrabciem wejście do naszego hoteliku.
 Pierwszy dzień w Maroku i od razu zaliczmy chyba najintensywniejsze miasto. Centrum Marrakeszu to wielka medyna będąca jednocześnie ogromnym targiem ze wszystkim czego dusza zapragnie. Począwszy od golibrody, przez przygotowywane na miejscu jedzenie, zaklinaczy węży a skończywszy na stoiskach z armatura łazienkową oferującymi między innymi kible "na narciarza". Zgubiliśmy się w tych uliczkach po 15 minutach ale o dziwo wyszliśmy po 4 godzinach z grubsza w tym samym miejscu.

Nasi tu są.
Zregenerowaliśmy siły przy słodkiej herbacie i ruszyliśmy szukać zabytków zlokalizowanych poza medyna. Po godzinnym marszu wylądowaliśmy na przedmieściach które chyba dawno nie widziały białych ludzi. No w każdym bądź razie mieszkańcy byli wyraźnie zaciekawieni naszą obecnością. Nakarmili nas smacznie, policjant grzecznie i po angielsku pokierował nas do autobusu i bezpiecznie wróciliśmy do centrum. 

Inny przedstawiciel naszego kraju.
Ogólnie jest tu, jak na takie mocno turystyczne miasto, mało nachalnie i zadziwiająco bezpiecznie. Szwendamy się po wszelkich zaułkach, nawet tych bardzo ciemnych i jak dotąd wszyscy żyją i wszystko co przywieźliśmy ze sobą mamy w komplecie. Poza masą wrażeń jesteśmy bogatsi o lokalny hit zakupowy. Mamy już z 10 czapek, kolorowych, miejscowych i na dodatek tylko po 10 DH/1Euro sztuka (cena wyjściowa 30 DH). Wieczór w paru knajpkach pod znakiem miejscowej kuchni i słodkiej herbaty zaparzanej z miętą.

Król i jedno z bogactw Maroka - słodycze.
Jutro koniec czystej turystyki. Rano ruszamy na spotkanie z oceanem. Cel Essaouria vel As-Sawira vel Mogador. Jednym słowem miasto, które cieszyło się powodzeniem u różnych najeźdźców.

--
hubert

Pokaż całość ...

U celu

Muki wita na lotnisku w Agadirze
Szybka przeprowadzka na inny kontynent a na miejscu równie szybka decyzja o ruszeniu się do Marrakeszu. Wylądowaliśmy późno w nocy, po trzy i półgodzinnym locie i przydługim oczekiwaniu na odlot, więc dodatkowe cztery godzinki w autobusie z Agadiru były już bardzo męczące. Na miejscu byliśmy o pierwszej nad ranem. 

Pod meczetem Kutubijja. Można pod nim WiFi złapać :)
Mimo późnej pory i tak lokalnemu naganiaczowi udało się sprzedać nam hotel. Na szczęście jest w miarę komfortowo no i prawie w zakładanym budżecie. Zmęczenie i późna pora nie przeszkodziły nam w powłóczeniu się po opustoszałych, malutkich uliczkach medyny.  Miasto po części śpi, po części się sprząta, a wszystko to w przygotowaniu na startujący o poranku i trwający cały dzień targ. 
--
hubert

Pokaż całość ...

środa, 1 grudnia 2010

Dzien 2


Dzień 2 ale za to w Formule 1, choć nazwa bardziej adekwatna do ceny niż warunków. Zostawiamy zimę w Belgii i ruszamy w stronę czarnego lądu. No może do jego części nie tak do końca czarnej ale nie zagłębiajmy się w szczegóły.

--
hubert

Pokaż całość ...

Dzien 1


 Trip za chwile wystartuje. Na razie co prawda tylko do Brukseli. Jutro okaże się czy nagły atak zimy nie zakończy naszej podróży już na pierwszym przystanku.


Wygląda na to że jednak lecimy
--
hubert

Pokaż całość ...