czwartek, 2 grudnia 2010

Dzien 3 czyli Marrakesz na gęsto

Za Chrabciem wejście do naszego hoteliku.
 Pierwszy dzień w Maroku i od razu zaliczmy chyba najintensywniejsze miasto. Centrum Marrakeszu to wielka medyna będąca jednocześnie ogromnym targiem ze wszystkim czego dusza zapragnie. Począwszy od golibrody, przez przygotowywane na miejscu jedzenie, zaklinaczy węży a skończywszy na stoiskach z armatura łazienkową oferującymi między innymi kible "na narciarza". Zgubiliśmy się w tych uliczkach po 15 minutach ale o dziwo wyszliśmy po 4 godzinach z grubsza w tym samym miejscu.

Nasi tu są.
Zregenerowaliśmy siły przy słodkiej herbacie i ruszyliśmy szukać zabytków zlokalizowanych poza medyna. Po godzinnym marszu wylądowaliśmy na przedmieściach które chyba dawno nie widziały białych ludzi. No w każdym bądź razie mieszkańcy byli wyraźnie zaciekawieni naszą obecnością. Nakarmili nas smacznie, policjant grzecznie i po angielsku pokierował nas do autobusu i bezpiecznie wróciliśmy do centrum. 

Inny przedstawiciel naszego kraju.
Ogólnie jest tu, jak na takie mocno turystyczne miasto, mało nachalnie i zadziwiająco bezpiecznie. Szwendamy się po wszelkich zaułkach, nawet tych bardzo ciemnych i jak dotąd wszyscy żyją i wszystko co przywieźliśmy ze sobą mamy w komplecie. Poza masą wrażeń jesteśmy bogatsi o lokalny hit zakupowy. Mamy już z 10 czapek, kolorowych, miejscowych i na dodatek tylko po 10 DH/1Euro sztuka (cena wyjściowa 30 DH). Wieczór w paru knajpkach pod znakiem miejscowej kuchni i słodkiej herbaty zaparzanej z miętą.

Król i jedno z bogactw Maroka - słodycze.
Jutro koniec czystej turystyki. Rano ruszamy na spotkanie z oceanem. Cel Essaouria vel As-Sawira vel Mogador. Jednym słowem miasto, które cieszyło się powodzeniem u różnych najeźdźców.

--
hubert

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz