sobota, 4 grudnia 2010

Dzien 4 - ocean.

Dotarliśmy do windsurfingowego celu naszej podróży. Ale po kolei.

Wczorajszy dzień niespodziewanie się przedłużył. Okazuje się, że kojarząca się wszystkim z arabskimi krajami szisza jest w Maroku właściwie niedostępna. Chłopy lekkie ciśnienie na palenie mieli wiec i szisza się znalazła. W libańskiej knajpie, trochę poza centrum miasta. Na miejscu klimat disco-lebanon z grajkiem przy syntezatorze i miejscową diwą śpiewająca jedną, poskładaną z nieodróżnialnych dla nas kawałków pieśń. Prawdopodobnie o miłości ale mogło być też coś o pięciu białasach którzy trafili tam gdzie nie powinni. W każdym razie przeżyliśmy. Tytoń był mocny a atmosfera stworzona przez tańczące dziewczyny na tyle wesoła, jakby libańska wersja kultury arabskiej mocno już odbiła w stronę "zepsutego" zachodu. I choć próbka mogła być oczywiście niereprezentatywna to jednak marokańskich knajp w takim luźnym wydaniu nie widzieliśmy.

Z Qtra aż dymiło gdy próbował zrozumieć miłosne rozterki libańskiej kobiety.
Następnego dnia wyjeżdżaliśmy z Marrakeszu lekko schłodzeni. Z perspektywy zasypanej przez śnieg Polski może to wyglądać denerwująco ale było "marokańsko" zimno. Gdzieś tak w okolicach 20 stopni. Na dodatek bez słońca. Uroczo wyglądają Marokańczycy chodzący przy tej temperaturze w grubych kurtkach. Na targu pojawiły się też zimowe rękawiczki. Zima jest zima.

Świeże, pyszne i do kupienia wszędzie po 1,5 pln za kilo.

Już trochę obeznani z tematem transport załatwiliśmy niespodziewanie szybko. Zbyliśmy naciągających nas na podroż taryfiarzy, wskoczyliśmy do lokalnego MZK jadącego na dworzec i po 20 minutach od wyjścia z domu siedzieliśmy już w autobusie nad ocean. Po drodze było ze dwadzieścia przystanków z których żaden fizycznie nie istniał. Kierowca wie gdzie ma stanąć, pasażer wie gdzie ma czekać ale żadnego znaku że to właśnie to miejsce nie ma. Białas by się prawdopodobnie kompletnie zawiesił próbując złapać taki autobus na trasie. Zaliczyliśmy tez, chyba obowiązkowy na dłuższych trasach, postój na jedzenie.

Dla nas to ludzie-śmierci, dla Marokańczyków jedna z wersji ubioru. 
Wypadł w małej mieścinie w której oczywiście wszyscy handlują wszystkim. To bardzo charakterystyczne dla tego kraju i pewnie dla całej Afryki. Wygląda to tak jak by każdy tu miał jakiś sklep, stragan czy punkcik z jakimiś usługami. Sklepików są tysiące. Ci którzy nie handlują zajmują się dostarczaniem towarów, ci którzy nie dostarczają sprzątają, reszta zajmuje się naganianiem klientów bądź inną formą wyłudzania kasy. Mało jest tu czegoś takiego jak w naszej biurowej Europie w której ludzie pracują w jakiejś papierowo-komputerowej rzeczywistości. Praca jest jakby mniej wyalienowana i polega na zaspokajaniu realnych potrzeb konkretnych ludzi. I wszystko to przelewa się ulicami a nie tkwi zamknięte gdzieś w klimatyzowanym biurze.

Cwaniaki na bulwarze.
Essaouira powitała nas słońcem a na dodatek już jakieś 50 km przed miastem widać było ze mocno wieje. Pierwsze kroki po przyjeździe skierowaliśmy więc do taksówki i wylądowaliśmy w bazie Mistrala. Niestety nad woda wiatru było malutko, fali tez praktycznie żadnej wiec zabraliśmy się za załatwianie noclegu. Człowiek z bazy wykonał telefon i ostatecznie wylądowaliśmy w osobnym mieszkaniu u chłopaka który, nie dość ze pływa na desce to jeszcze był mistrzem Maroka w wavie. Mamy kilka planów jak ten bonus wykorzystać.
--
hubert

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz