niedziela, 5 grudnia 2010

Dzien 5 - surfing.

Zima w Maroku.
Nie licząc małej przygody w zeszłym roku w Klit mieliśmy dziś swój debiut na surfingu. Było wypaśnie ale najfajniejszy był sam dojazd na spot. Za surfbusa robiła bryczka z zaprzęgniętym koniem. Jeździ tu mnóstwo dziwnych pojazdów ale sześciu gości w piankach z deskami na bryczkowym dachu wzbudzało jednak sensacje. 3 godziny orania surfingu w dosyć gęstych falach dało nieźle w kość.


Surfing musi być ekologiczny.

Po południu miejscowy przysmak czyli tadżin w rożnych wersjach a wieczorem powolne włóczenie się po uliczkach medyny. Zakupy, kawiarenki, słodka herbata, sprzedawcy haszu oraz inni naciągacze. Robimy postępy w adaptacji do miejscowej kultury i coraz lepiej radzimy sobie w tym handlowym tyglu. Jest już na tyle dobrze, że nie dość ze możemy spokojnie spacerować to i czasem uda nam się kupić coś w cenach dla miejscowych.

--
hubert

2 komentarze:

  1. Przy samejplazy jest kilka szkolek/wypozyczalni. Jest Mistral, Fanatic i jeszcze zdaje sie 3 inne. My wybralismy maly grajdolek z dosyc starym sprzetem. Bylo to niby cos a'la zrzeszenie lokalnych wind/kite surferow.

    pzdr
    muki

    OdpowiedzUsuń