poniedziałek, 6 grudnia 2010

Dzień 6 - niedziela winsurfingowa.


Dziś zawiało. A rano szykowaliśmy się już na surfing. Mieszkamy na zwykłym marokańskim osiedlu a ponieważ jest ono dosyć gęsto zabudowane wiatru tu nie widać. Pierwszym sygnałem że jednak wieje była moja koszulka która się grzecznie suszyła na oknie po czym spadła. Niestety upadku nie zarejestrowałem. No i chyba zrobiłem prezent któremuś z dzieciaków których pełno jest na placyku przed naszym domem.


Placyk przed naszym domem.

 
Mała narkotykowa dygresja. Trochę zszokował nas jeden z tych chłopców który podszedł do nas później i pokazując na swoja wypchana kieszeń rzucił wszechobecne tu słowo szisz. Miał z 12 lat. Tyle że lokalnie to chyba nic gorszącego. Dosłownie co pięć minut ma się na mieście ofertę kupna haszyszu, słabiej jest z opium. Sprzedawca pojawia się raz na godzinę. Koniec dygresji.

Lokalesi vs przybysze.

  Nad woda okazało się, ze z surfingu zdecydowanie nici. Wiało na 4.7 wiec rzuciliśmy na wodę prawie wszystkie nasze siły. Muki, Qtr i Chrabcio dzielnie katowali przez cale trzy godziny. Wydaje się mało ale długa przerwa w pływaniu plus szybka i krótka fala zrobiły swoje. Essaouria leży w zatoce która jest oddzielona od oceanu kilkoma wyspami. Wyspy niestety robią swoje i blokują wejście fali z oceanu więc warunki na wodzie trochę przypominają nierozbujaną Łebę
. Różnica jest taka że fala jest bardziej przewidywalna. Żeby popływać w warunkach oceanicznych trzeba się ruszyć gdzieś poza miejską zatokę. Jeśli ktoś musi wypożyczać sprzęt to 20 km na południe jest Sidi Kaouki, 20 km na północ Moulay. W obu są wypożyczalnie i duża szansa na typowo waveove warunki. Jeśli ktoś ma własny to do dyspozycji  jest właściwie całe wybrzeże. Kwestia dojazdu i jakiegoś ludzkiego dojścia do wody. Wracając do samego pływania, najbardziej spektakularne były w nim przede wszystkim straty. Muki skręcił nogę w kostce a Qtr zdemolował jedno okno i zerwał dwie linki trapezowe. Na szczęście sprzęt ubezpieczony ale początek niezły. A jutro zapowiada się powtórka.

Nasz człowiek walczy.
Ja w tym czasie machnąłem sobie półtoragodzinny spacerek wzdłuż plaży do pobliskiego miasteczka, znajdującego się na południowym końcu naszej zatoki. Spacerek pod wiatr tez nieźle pokazał czemu ten region jest nazywany najbardziej wietrznym miejscem Maroka. Piach miałem w najgłębszych zakamarkach uszu i kieszeni. Plus taki że powrót był ze wspomaganiem. Samo miasteczko malutkie, ciche I trochę czystsze niż Essaouira. Ze dwie kawiarenki, kilka sklepików, tuzin szwendających się psów i kilka kotów dla równowagi w przyrodzie. Przy wjeździe zajazd dla wielbłądów na których w Essaourii wożą turystów. No i meczet, a pod meczetem pasące się osły. 

Wieje
Meczetów tu w ogóle sporo. Przy naszym domu są dwa w promieniu 300 metrów. Atmosfera pod nimi chyba trochę mniej pompatyczna niż pod naszymi kościołami. Oprócz osiołków przed wejściem widziałem już mecz w piłkę, dzieciaki robiące sobie bardzo głośne wyścigi, targ owocowy i inne nieprzystające do świętego miejsca atrakcje. Oczywiście według naszej kultury bo tu widać trochę inne podejście. 

Święte miejsce.
Po południu zaliczyliśmy wreszcie, kuszące zapachem przyportowe smażalnie na których można wybrać dopiero co złowione ryby lub owoce morza. Wskazany towar po krótkiej i bardzo pobieżnej obróbce od razu ląduje na grillu. Dla nas były cztery dorady i sterta krewetek. Szczerze powiedziawszy poza tym ze wszystko jest świeże to rewelacji smakowych jak dla mnie nie było. Takie jedzenie wymaga jednak niewielkiego chociażby przyrządzenia. 

Ocean się sam wyżywi.

Wieczorem znowu włóczęga po medynie. Z ciekawostek, udało nam sie odkryc sklep z alkoholem. W ogóle pierwszy jaki widzieliśmy podczas naszego pobytu. Zaletą muzułmańskiego podejścia do tej kwestii jest duże poczucie bezpieczeństwa na ulicach. A parę razy zapędziliśmy się w naprawdę ciemne uliczki na obrzeżach miast, na dodatek z aparatem i kamera na wierzchu. Kilku podpitych gości zdarzyło się nam zauważyć ale skala jest absolutnie nieporównywalna do polskich zakamarków. Żeby nie było tak za kolorowo to poprzednio było o tym ze się adaptujemy do arabskiego sposobu handlu i ustalania cen. Niestety przedwcześnie, dziś się znowu frajersko daliśmy zrobić na cenie za soki pomarańczowe. Straty niewielkie i więcej zabawy z tym niż jakichś niedogodności ale wjeżdżają nam niesamowicie na ambicje tym, że są w stanie wykiwać nie byle w końcu kogo, bo Polaków.

--
hubert

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz