czwartek, 9 grudnia 2010

Dzień 8 - wtorkowe ostatki.

Wyszedł nam na wyjeździe ładny przekładaniec. Co drugi dzień zmiana dyscypliny. Wczoraj surfing wiec wypada żeby wtorek był na windsurfingowo. Wiatru jak zwykle na naszym osiedlu nie było. Jeśli wieje to widać to dopiero nad oceanem. I czuć. O ile większość naszych wspólnych wyjazdów polega na szukaniu wiatru, to tu ze względu na to że nawiewa on równocześnie tumany piasku daje się tak we znaki, że jeśli nie bawisz się na wodzie to czym prędzej uciekasz w uliczki miasta.
  
Ręcznik w wydaniu berberyjskim. Inaczej ciężko wytrzymać w wiejącym piachu.
Dziś na wodzie skromna reprezentacja. Dwóch najtwardszych czyli Qter i Chrabcio ciosało fale w raz za silnym raz za słabym wietrze. W użyciu największe dostępne tu chyba rozmiary, 5.0. Polatali, poskakali, pokatapili, żagle porozwalali, dzień udany tym bardziej że ostatni z możliwością popływania. 

Tym razem na niebiesko Qtr.
Jutro zwijamy się znad oceanu i jedziemy na południe. Ostatnie zakupy i wieczorem odlot do Brukseli. Siedząc sobie tu na plaży ciężko uwierzyć że marokańską zimę różni od polskiej jakieś trzydzieści stopni na termometrze. No i że pociąga to za sobą anomalie w postaci śniegu i grubych ubrań. Już jutro trzeba się będzie rozstać na dłużej z krótkimi gatkami. Choć plany na ucieczkę z mrozu w lutym są mocno kuszące jeśli się ma świadomość tego, że w cenie przejazdu na Hel jest opcja całkowitej zmiany klimatu.
--
hubert

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz