sobota, 11 grudnia 2010

Dzień 9/10 - powrót.

Rano pobudka, szybkie śniadanie i ładujemy się w dwie Petit Taxi które zabierają nas na dworzec autobusowy. Taksówki dzielą się tu na dwa rodzaje, Grand i Petit. Te duże są na podmiejskie trasy, małe obsługują miasto. Mimo braku jakiegoś zarządcy działa to jak dobrze zorganizowany transport publiczny, ceny są w miarę stałe, taksówek jest mnóstwo a dodatkowa zaleta jest taka, że dowożą cię pod drzwi domu. Oczywiście zanim rozgryźliśmy ze istnieje taki podział, wtopiliśmy. Na szczęście raz bo ten kilometr przejechany Grand Taxi po mieście był bardzo drogi.


Ruszamy w ostatni ciepły etap naszej podróży
Dłuższe trasy obsługiwane są już przez autobusy, głównie prywatnych przewoźników. Jeśli chodzi o komfort to trafić można różnie. Nam na trzy podróże nie udało się trafić na nic lepszego niż komfort, jakby to napisać, lokalny. Taki mocno wysłużony acz sprawny PKS. Mimo tego podróż jest w miarę wygodna i z grubsza rzecz biorąc przebiega punktualnie. Wyjazd jest o określonej godzinie, gorzej jest z godziną przyjazdu. Niby tez jest określona ale rozsądnie jest dodać do niej jakąś godzinkę bo na trasie zwykle jest dużo rzeczy do załatwienia. Autobus na przykład wyjeżdża punktualnie z dworca po czym za jego bramą kierowca staje żeby zabrać dodatkowych pasażerów, czasem na kogoś czeka, czasem ktoś z załogi musi podskoczyć do sklepu lub po prostu trzeba zatankować. Na trasie jest też zawsze obowiązkowy postój na jedzenie w jakimś lokalnym Tadżin&Drive plus kilkanaście niewidocznych przystanków dla wsiadających lub wysiadających pasażerów.

Odpoczynek w trasie. Silnik też zasłużył.
Naszym ostatnim miastem w Maroku było Inezgane. To jakby przedmieście Agadiru nieprzeznaczone dla turystów. Zwykły marokański tygiel handlowy, który raczej nie przyciąga ludzi którzy wybierają Agadir na miejsce swojego pobytu. Podjedliśmy, porobiliśmy ostatnie zakupy i ruszyliśmy załatwiać taksówkę na lotnisko. I tu się dużo działo. Postój taksówek to olbrzymi plac zastawiony setkami granatowych Mercedesów z setkami czekających na klientów taksówkarzy. Pierwsza z brzegu taksówka wyglądała na zajętą więc po krótkim targowaniu wskoczyliśmy do drugiej w kolejce. Nie bardzo się to spodobało pozostałym taksówkarzom. Na szczęście obskoczyli naszego kierowce a nie nas. Kłótnia była intensywna, biedak próbował się bronić ale gdy dotarło do niego że będzie tu musiał wrócić po tym złotym kursie, pękł. Każdy by pękł ale nasz na tyle długo zgrywał twardziela że zdążyło się zrobić spore zamieszania. Wysiedliśmy z naszej niedoszłej taksówki i zostaliśmy zaprowadzeni do tej „właściwej”. Tu harmidru ciąg dalszy, tym razem w sprawie ustalania ceny. Pierwsza była z kosmosu, druga niewiele niższa więc udając obrażonych najpierw rzuciliśmy znane chyba w każdym kraju słowo „police” a potem zaczęliśmy odchodzić. Kierowca dał za wygraną, spuścił do rozsądnej ceny i mimo tego zadowolony zapakował usłużnie nasze plecaki do bagażnika. Niestety okazało się że w trakcie negocjacji do samochodu wsiadł już pełen skład marokańskich pasażerów. Jakaś rodzinka plus dostojnie wyglądający biznesmen oczekiwali sobie beztrosko na odjazd. Kierowca bezpardonowo, przy pomocy paru słów oraz wymownego gestu oczyścił pojazd i wreszcie po całym tym pożegnalnym cyrku, we właściwej taksówce, z uśmiechniętym taksówkarzem i w zadziwiająco niskiej cenie ruszyliśmy w stronę lotniska.

To bardzo ważna śrubka. Trzyma w luku nasze bagaże.
 W Belgii, w Charleroi wylądowaliśmy późno w nocy więc pozostał nam tylko szybki transfer do znanego już hotelu Formule 1. Odlot do Polski mieliśmy następnego dnia dopiero o 21 więc rano wypożyczyliśmy samochód i ruszyliśmy na zwiedzanie Brukseli. Poszwendaliśmy się prawie cały dzień po bardzo ładnym i pełnym ciekawej architektury ale i horrendalnie drogim mieście i mocno zmarznięci wieczorem polecieliśmy w ostatni etap naszej podróży. 

Skromna, peruwiańska demonstracja w Brukseli
I to koniec. W czasie wyjazdu pojawiły się groźby powrotu, tym razem bardziej na południe, dalej od turystycznej wersji Maroka. Może nawet Sahara Zachodnia i jej południowe rubieże czyli Dakhla. Zobaczymy co wyjdzie.

--
hubert

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz