wtorek, 7 grudnia 2010

Dzień 7 - poniedziałek, czyli powrot do surfingu.

Dziś daliśmy się oceanowi wciągać i wypluwać, bo tak mniej więcej wyglądają nasze próby na surfingu. Przed południem wylądowaliśmy w Sidi Kaouki. Wioska, choc to i tak chyba za dużo powiedziane, leży 20 km na południe od Essaouiry. Zapakowaliśmy się do Grand Taxi, czyli starego Mercedesa którego przed kompletnym rozleceniem chroni chyba tylko lokalny tuning i ruzyliśmy po przygodę. Poza silnikiem i układem napędowym nic w tych samochodach raczej nie działa. Jeśli coś odpadło to dorabia się w lokalnych warsztatach jakiś surogat. W naszym pojeździe w drzwiach były na przykład stylowe drewniane uchwyty, wykonane z drewna z którego robi się tu pamiątki dla turystów. Innym fenomenem tych taksówek jest wykorzystanie do maksimum dostępnej przestrzeni. Jadąc w pięciu czuliśmy się już mocno skompresowani a zwyczajowy ładunek to sześciu pasażerów. W drodze powrotnej zagadka się rozwikłała. Dostaliśmy lokalna pasażerkę do podrzucenia i konfiguracja była taka: czterech siedzi na tylnej kanapie, jeden standardowo na przednim siedzeniu pasażera, szósta osoba na miejscu podniesionego podłokietnika gdzie ze złożonego koca umoszczone jest małe siedzonko. 

Beka w beczce.
W Sidi Kaouki uderzyliśmy od razu do wypożyczalni. Dużo innych opcji tam zresztą nie ma. Kilka budynków z czego trzy to jakieś pensjonaciki, do tego dwie knajpki i kilka rozlatujących się chałup mieszkańców. Psy, koty plus tym razem konie na których można tu galopować po olbrzymiej, pustej plaży. 

Muki, taksiarska beczka i jakieś 40 % zabudowań w Sidi Kaouki

Ocean wyglądał poważnie. Właściciel wypożyczalni uśmiał się nieźle gdy po określeniu się jako beginners stwierdziliśmy ze schodzimy na wodę. Dał nam po longbordzie, trochę wosku do smarowania bo widocznie optymistycznie założył że się jednak trochę na rzeczy znamy i weszliśmy w piane. Było mocno, samo przejście przez taką kipiel nieźle wykańcza, do tego dochodzi potężny prąd a potem jeszcze trzeba złapać jakaś falę. Kilka razy się udało ale tego dnia zdecydowanie największym sukcesem było to, że wszyscy zeszli z wody w całości. Małego obicia żebra Chrabcia nie liczymy, podobnie jak życiowej mielonki Qtra. Odkąd „biała piana” zaczęła go prześladować w Klit rachunki wciąż pozostają niewyrównane.
Mały człowiek i morze.
 A w nagrodę spróbowaliśmy wreszcie prawdziwego tadżina. W knajpce kolo wypożyczalni. I na dodatek na żywo oglądaliśmy cały proces gromadzenia produktów. Kucharz z dziesięć razy leciał za płot a to po cebulę, a to po marchewkę a to po jakieś naczynie. Było już po sezonie i wzięliśmy go chyba z zaskoczenia ale smakowało wszystkim, łącznie z czterema kotami i dwoma psami które próbowały podłączyć się do naszej uczty. 

W takich najlepiej smakuje.
Powrót niemiecko-arabską wersją Mercedesa i wieczorna, tradycyjna już włóczęga po medynie. Okazało się, że paru rzeczy jeszcze tu nie widzieliśmy. Odkryliśmy na przykład że można wejść na potężne mury obronne. Poza najeźdźcami, których teraz akurat niewielu, mury ochraniają miasto przed oceanem. Spędziliśmy dobre kilkadziesiąt minut obserwując jak woda mozolnie, fala za fala próbuje je rozbić. A ze ocean był mocno rozkołysany widowisko urzekało. Potem znaleźliśmy zdewastowana i w dużej części opuszczoną dzielnice żydowska będącą teraz, z powodu nieuregulowanej kanalizacji, jednym wielkim ściekiem. Na koniec wyczulony nos Qtra doprowadził nas do nieźle ukrytej palarni fajki. Klimat mocno lokaleski, szisza, karty, dużo dymu, tradycyjnie już jak to w tutejszej knajpie sami arabscy faceci. No i pięciu przypadkowych białasów dla urozmaicenia.

--
hubert

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz