czwartek, 18 sierpnia 2011

Starość i radość – czyli jeszcze dajemy radę



Aby stawić czoła demencji i udowodnić, że ciągle jeszcze możemy i
potrafimy zebraliśmy się w sobie i postanowiliśmy nie odpuścić prognozie.



Pospolite ruszenie spowodowało ostatecznie uformowanie się ekipy w składzie Chrabąszcz i ja czyli Muki. Start z Wawy poszedł gładko jak na Chrabąszcza standardy :) (tylko jeden powrót do Piaseczna po klucz do boxa, kilka spotkań itd). Tak więc wyjeżdżamy ok 22 i po 2 godzinach lądujemy w Rybnie. Szybkie piwko i spać. Rano pakowanko mojego sprzętu na dach i o 7 jesteśmy z powrotem w drodze.

Decyzja zapada, że jedziemy do Jastarni sprawdzić czy rzeczywiście da się tam popływać na falach. Jako, że wcześniej wiało lekko z południa powinny tworzyć się falki. W Łebie co prawda odbywają się zawody wave, ale zapowiadane 30 węzłów + rozbujane morze skłaniają nas do rozgrzania się w lajcikowych warunkach. W Jastarni lądujemy przed południem. O 12 schodzimy na wodę na żaglach w okolicach 5m2. Latamy z 1.5 godziny żeby przetaklować sie na szmatki 4-metrowe. I tak już zostaje do końca dnia. Czasmi przywiewa tak, że przydało by się cos w granicach 3m2, ale generalnie jest dobrze. W okolicy wejścia do portu rzeczywiście formują się falki o wysokości ok 1.2 -1.5m. Zero przyboju. Bawimy się tak do upadłego. Schodzimy z wody dopiero jak słońce zaczyna chylić sie ku horyzontowi. Piękny dzień. Kwaterę znajdujemy praktycznie w pierwszym domu. Zrzucamy graty i ruszamy coś zjeść.




Trochę włóczęgi po Jastarni uświadamia nas, że wypadliśmy już z obiegu. Przed lokalnymi klubami, w deszczu, odziani w japonki, spodnie moro, polary i sztormiaki nie pasujemy troche do młodego pokolenia. Bez fryzury typu the Beatlles, spodenek w kwiaty i modnego sweterka albo koszuli nie mamy tu czego szukać. Trafiamy więc do kawiarni z wymiatającym na gitarze bardem i tu finiszujemy. Spanie bo jutro rano ma coś zawiać.

Jako, że prognoza mówiła, że wiatr ma być tylko do 11-12 na spocie meldujemy sie chwilę po 8 rano. Pada, jest zimno i na wodzie jakieś marne 4B. Czekamy czy się coś rozwieje bo po wczorajszym dniu nie chce nam sie schodzić na największych żaglach. Jednak z każda godziną wiatr siada. Spotykamy ziomka z naszego lokalnego spotu, który informuje nas, że w Łebie były warunki na żagle w granicach 3m2. Jastarnia to był dobry wybór. W ramach leczenia ran i dusz udajemy się w stronę Władka, żeby zajrzeć do hydrosfery i innych sklepów. Dawno nie bywaliśmy w takich miejscach :). Jednak korek do ronda zmusza nas do zawrócenia i po zwiedzeniu kilku kempingów i muzeum bunkrów wracamy do Jastarni. Cały dzień pada i jest zimno. W międzyczasie odwiedzamy port i próbujemy umówić się na rejs speedboatem ale właściciel nie jest zainteresowany wożeniem dwóch znudzonych gości. Trochę zabawy dostarcza nam widok instruktora, który próbuje zmusić omege i 3 kadetów do wyjścia z portu. Po 20 minutach walki z pagajami, kadetami, wiatrem i samą łajbą poddaje się. Szkolenie zmienia się w kurs motorowodny (przecież łatwiej wyśc z portu na silniku niż na pagajach, szczególnie przy 3-4B) i cała ekipa dosiada pontonu z silnikiem. Zapewne czas na żagle przyjdzie jak nie będzie wiało ;) Wieczorem znajdujemy szisza pub, chrabaszcz okupuje kibel robiąc wieczorna toaletę (nie wypadało wejść z brudnymi stopami do „sziszacornera" ;)), ja zasypiam przy fajce no i wieczór kończymy kolejną sesją z lokalnym bardem.



Ranem o 8 już siedzimy w samochodzie w drodze powrotnej. Ja wysiadam w Rybnie a Chrabąszcz robi kolejne kilometry by wieczorem zawitać w Rzeszowie.

Wszystkim niedowiarkom i samym sobie udowodniliśmy, że jeszcze się da więc teraz czekamy na kolejna prognozę ;)

To pisałem JA czyli: MUKI

Więcej zdjęć tutaj


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz