środa, 20 listopada 2013

Przez Tatry pieszo ...



Pomysł pojawił się w zimę na jednym z wyjazdów na narty. Chcieliśmy spędzić kilka dni z dala od cywilizacji, jednocześnie próbując czegoś nowego. I tak wymyśliliśmy, że pojedziemy się powłóczyć z plecakami po górach - od schroniska do schroniska. Jak było możecie przeczytać w tej relacji.


Pomysł na ten wypad pojawił się jakiś rok temu. Obiecaliśmy sobie z Fafikiem, że zrealizujemy go w tym roku. Kilka razy przekładaliśmy termin – a to Chrabcio chciał dołączyć a nie mógł, a to mi nie pasowała to znów Faf miał już inne plany. Ostatecznie ustalamy, że wyjeżdżamy w piątek do poniedziałku, rezerwuje miejsca w schroniskach, ustalamy wstępną trasę i czekamy na godzina zero. Wyjazd miał nastąpić w sobotę o 4 rano. Chrabąszcza gazowóz jako najbardziej ekonomiczny miał nas zabrać w podróż. Ustaliliśmy, że śpimy w piątek wszyscy u Chraba, tak, aby sprawnie o 4 rano wsiąść w furę i ruszyć. Jednak nie może być za lekko. Gosiaka dopadła jakaś żołądkowa dolegliwość i w piątek wieczorem nie wiedziałem jeszcze czy będę mógł jechać. Ustalam z chłopakami, że wcześnie rano dopiero będę wiedział jak zadziałały na Gosiaka tablety przepisane przez lekarza i czy mogę ruszać. O 5 rano okazuje się, że jest lepiej. SMS do Fafika i jadę do niego. Faf zabiera mnie spod stacji metra i ruszamy do Chrabcia. Chrabcio był uprzedzony godzinę wcześniej SMS-em, ale coś podejrzanie cicho siedzi. Dzwonimy, że będziemy u niego za 15 minut i okazuje się, że chłop w najlepsze śpi. Ostatecznie z Piaseczna od Chrabcia udaje się nam wyjechać w miarę sprawnie.

Uffff jedziemy …



Po drodze jeszcze szybkie zakupy prowiantu w Biedronce, sklep w Białce (naprawdę przepyszna kiełbasa , ale Wiśniówka droższa o 10 PLN niż w Chrabąszcza zaprzyjaźnionych sklepach) i meldujemy się na Łysej Polanie. Parking dla tych, którzy zostają na więcej niż jeden dzień jest jakiś kilometr w stronę drogi na Morskie Oko. Dobrze, mamy mniej do przejścia. Tam też zostawiamy samochód (60 PLN za 3 dni) zabieramy plecaki i wyruszamy w drogę. Dziś mamy tylko dotrzeć do schroniska nad Morskim Okiem. Później wyjmiemy przewodnik, który Faf specjalnie kupił na tą wyprawę i ustalimy trasę. Tyle, że przewodnik Fafik sobie przeczytał i zostawił w domu na półce z książkami przyrodniczymi i kucharskimi ....


Pogoda jest super. Droga na Morskie Oko mocno zatłoczona. Gdy docieramy na miejsce zostaje nam już się tylko zameldować się w schronisku i planować jutrzejszą trasę. Miejsca do spania mamy w ok 12 osobowym pokoju z piętrowymi łóżkami w „Starym Schronisku” (są dwa budynki, jeden w którym jest recepcja i restauracja dla turystów zwany „Nowym Schroniskiem”, drugi to stary budynek w którym są tylko wieloosobowe pokoje i klimatyczna kuchnia - „Stare Schronisko”). Zrzucamy graty w pokoju i zasiadamy w kuchni. Znajdujemy jakieś stare szachy, otwieramy Wiśniówkę i planujemy jutrzejszy dzień. Powoli do schroniska zaczyna ściągać coraz więcej osób. Okolica pustoszeje od wszystkich „jednodniowych” turystów i zaczyna być czuć klimat, którego właśnie przyjechaliśmy poszukać. W kuchni poznajemy trochę ludzi, którzy doradzają nam jakie trasy wybrać na kolejne dni, kończymy jeszcze przed snem Pigwówkę i próbujemy zasnąć. Rano czekają na nas Rysy !



Skoro świt (tej nocy przestawiane były zegary), zbieramy się, jemy szybkie śniadanie i ruszamy w trasę. Wszystkie prognozy mówią, że mamy 2 dniowe „okno pogodowe” i trzeba je wykorzystać najlepiej jak można. Zostawimy trochę zbędnych rzeczy w przechowalni bagażu i z odciążonymi plecakami opuszczamy bazę (1403 m npm) i o 7 rano wyruszamy na szlak.
Pogoda piękna. Obchodzimy Morskie Oko i powoli dochodzimy nad Czarny Staw. Między morskim Okiem a Czarnym stawek wita nas sarna. Chodzi obok nas w odległości 4-5m i wygląda na to, że totalnie nas ignoruje. Próbujemy ja sfotografować naszymi profesjonalnymi aparatami (Samsunga Galaxy SII) i wbijamy się nad czarny staw. I tu szok. Wieje tak na oko 5-6 a czasem w kopach do 7B. Na wodzie białe grzywy. Termika robi swoje. Od razu pojawiają się plany wtargania srzetu i popływania, a docelowo zrobienia tu spotu i otworzenia bazy windsurfingowej, ale strach przed Strażnikami TPN (Tatrzański Park Narodowy) studzi nasze zapały. Omijamy Czarny staw i udajemy się pomału na szlak pod Rysy. Na wodzie co i rusz przechodzą potężna szkwały.



 Zaczyna się ścieżka pod górę. Dookoła nie ma już żadnej roślinności. Tylko kamienie i skały. Droga mało komfortowa, kamienista, stroma. Docieramy do ok 1800 m npm. Rozbijamy 1 obóz, zwalniamy Szerpów (dalej może być już niebezpiecznie więc nie chcemy nikogo niepotrzebnie narażać) i delektujemy się kiełbachą z Biedronki. Daje o sobie znać wypita Pigwówka. Za długo nie możemy siedzieć bo według mapy, którą zakupiliśmy w schronisku droga do góry ma zająć nam jakieś 4 godziny. Obóz numer 2 rozbijamy na wysokości ok 2000 m npm. Chwila odpoczynku i trzeba iść dalej. Zaczyna się coraz bardziej stromo. Kamienie zamieniają się w lite skały, zaczynają się pojawiać łańcuchy i śnieg. Jest coraz stromiej. Jakieś 200m przed szczytem zaczynają się pojawiać wątpliwości. Damy radę ? Nie za mało Pigwówki wczoraj ? A może powinniśmy wziaść tlen ? Powiedzieliśmy A to musimy powiedzieć i B. Następne okno pogodowe może się trafić dopiero w przyszłym roku więc nie ma na co czekać. Ostry atak na szczyt i po naprawdę niezłej wspinaczce zdobywały nasz włany Mont Everest (Rysy). Jesteśmy na 2499 m npm. Na szczycie ok 10 osób. Wieje nieźle, widok piękny i świeci słońce. Napawamy się chwilą jeszcze całe 5 minut, otwieramy browara, żeby wznieść toast i wracamy na dół. Droga powrotna wcale nie jest łatwiejsza. Jednak około 15 meldujemy się z powrotem w schronisku. Zabieramy nasze graty z przechowalni i natychmiast ruszamy do Doliny Pieciu Stawów. Tam mamy rezerwację w drugim schronisku, trasa to ok 1.5 drogi, my już nie mamy sił a niedługo będzie się robiło ciemno. 



Docieramy kilka minut przez zmierzchem do Piątki. To już zupełnie inny klimat niż nad Morskim Okiem. Tu nie da się dojść asfaltową dróżką. Są tu tylko ci, którzy zeszli z gór zostają na noc i rano znów wyruszają na szlak. W schronisku widać jeszcze niedobitki wczorajszego świętowania Dnia Ratownika” więc atmosfera wesoła. Lądujemy w pokoju 6 osobowym z rodziną, która chodzi po górach z rocznym dzieckiem ... Jesteśmy zmęczeni więc chwilę po 20 śpimy.

Pobudka rano, szybkie śniadanie i ruszamy w drogę. Za namową współlokatorów wybieramy czarny szlak, przez Orlą Perć i Żleb Kulczyńskiego do Murowańca a potem do Kuźnic. Na początku mijamy stawy i wchodzimy na czarny szlak. Na razie wchodzimy do góry. Momentami łatwiej, momentami trzeba się trochę powspinać. Wieje wiatr i pojawiają się chmury. Momentami szkwały są tak silne, że próbują nas porwać ze ścieżki w stronę urwisk. Trzeba uważać. Idzie się ciężko, podejście jest bardzo stronę. Nie najlżejsze plecaki też nam doskwierają. Robimy krótkie przystanki co kilkanaście minut. Docieramy na grań i wchodzimy na Orlą Perć. Widoki przepiękne, trasa trudna. Trzeba być czujnym bo każde poślizgnięcie czy złe postawienie stopy może się skończyć ześliźnięciem ze ściany kilkadziesiąt metrów w dół. Jest pięknie. 



W pewnym momencie docieram do żlebu Kulczyńskiego. Po prawej stronie pionowa ściana i na niej drabinka (dalsza część szlaku Orlą Percią) a w dół żleb. Gołe skały, żadnych zabezpieczeń i kilkaset metrów w dół. Musimy tam zejść. Przechodzimy szybki kurs wspinaczki. Każde postawienie stopy, poszukiwania choćby odrobiny podparcia dla buta, uchwytu, aby można była choć końcówki palców o coś zaczepić. Schodzimy, schodzimy a końca nie widać. Pojawiają się pionowe zejścia w dół i łańcuchy. Jest się przynajmniej czego złapać. Po ok godzinie jesteśmy na dole. Piękne miejsce. Nagle dostrzegamy kozice. Zbliżają się do nas na odległość około 100 m. Wydają się w ogóle na nas nie zwracać uwagi. Kilka fotek pięknej okolicy naszymi high-endowymi aparatami i ruszamy w stronę Murowańca. Mijamy staw Gąsienicowy (na wodzie znów szkwały 6-7B) i wchodzimy na szeroką ścieżkę. Po kolejnych 20 min docieramy do Murowańca. Szybka herbata i ruszamy w stronę Kuźnic. Schodzimy już lasem i po kolejnej godzinie wsiadamy do Taxi, które odwozi nas na parking na Łysej Polanie gdzie zostawiliśmy samochód.

Zdejmujemy płotki anty-misiowe (był przypadki, że misiaki chciały sprawdzić jak smakuje samochód) odpalamy furę i koło północy lądujemy w domach.

Do zobaczenia na szlaku !

muki

Więcej zdjęć tutaj

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz