piątek, 26 września 2014

Wilki Morskie


Wilki Morskie


 

Tym razem zachciało się nam na morskiej przygody. Super okazją wydawały się zawody red Bull Air Show, które miały się odbywać 26-27 lipca w Gdyni. Pogoda miała być ładna tak więc zostało tylko zorganizować ekipę bo łódki zorganizowały się same.


W Błotniku gdzie były zacumowane zjawiliśmy się w piątek rano. Po wrzuceniu gratów do łódki okazało się, że na drugiej łajbie nie ma sternika. Szybka decyzja i po krótkim szkoleniu ja z Fafikiem przejmujemy stery. Reszta załogi, którą zastaliśmy już ok 8 rano w stanie permanentnego upojenia zdawało by się, że nie zauważyła by czy jesteśmy w porcie czy na otwartym morzu.

O 10:00 musieliśmy zjawić się przy moście pontonowym, który miał być otwarty abyśmy mogli wypłynąć na Zatokę Gdańską. Na zatoce okazało się, że wieje. Ja wziąłem nawet deskę, która teraz płynęła z nami przymocowana do relingów, ale nie było szans na otaklowanie sprzętu na pokładzie. Była jakaś 4 z falami wchodzącymi z otwartego morza. Tak więc była całkiem niezła zabawa. U nas na łódce impreza trwała. Zabrakło tylko tańców. Na drugiej łódce Gosiak walczyła z chorobą morską i stresem … ;) Popołudniem dotarliśmy do portu w Helu. Był niezły upał. Pojedliśmy, pokąpaliśmy się i wróciliśmy na wieczór na łajby „dokończyć” się już na pokładzie. 


 
W sobotę szybkie śniadanie, wizyta w fokarium i startujemy do Gdyni na „Red Bull Air Show”. Pogada się pogarsza, czasem nawet popaduje i wiatr w połowie naszej drogi zdycha do marnego 1B. Odpalamy diesle i na „grot-dieslu” zjawiamy się w miejscu w którym były organizowane zawody. Spory tłum na kotwicowisku, ale znajdujemy miejsce z którego coś widać, zrzucamy kotwicę i próbujemy obserwować zawody. Generalnie niezła nuda. Samolot nadlatuje, trzy razy skręca, wzbija się w powietrze i tak na okrągło. Nuuuuuudy.... Podnosimy kotwicę i płyniemy podjąć z portu w Sopocie Marcina i jego rodzinkę.
- Dopływając do Sopotu i przybijając do kei, staję na dziobie gotowy, by rzucić cumy. Kilka metrów przed zacumowaniem miał być wrzucony wsteczny, żeby łódka zdążyła wyhamować. Ku mojemu zdziwieniu betonowe nabrzeże zbliża się ciągle tak samo szybko. 3 sekundy później próbuję odepchnąć dziób od nabrzeża, ale 10 metrowy jacht jednak trochę waży. Małe łup i stoimy. Każdy pomyślał, że to zwykły błąd sternika. Zapakowaliśmy pasażerów na pokład i odepchnęliśmy się od kei. Nagle okazało się, że nie mamy napędu. Na szczęście byliśmy ok 20m od wyjścia z portu, więc szybkie postawienie foka i przynajmniej wypłynęliśmy nie robiąc nikomu krzywdy. Szybkie przywołanie przez radio drugiej łódki i na holu odpływamy kilkaset metrów od portu.


Silnik chodzi napędu brak. Dobieramy się do wału i okazuje się, że wał wypadł z jarzma i brak jest napędu na śrubie. Jedyna możliwość to zanurkować pod łódkę i wcisnąć z powrotem wał ze śrubą w jarzmo. Zakładamy maski nurkujemy, wpychamy wał, skręcamy jarzmo i po 20 minutach możemy kontynuować rejs.
Dziś naszym celem jest port w Gdańsku przy starówce. Na miejscu okazuje się, że nie ma wolnego miejsca. Krótka wymiana zdań z kapitanem portu i cumujemy przy nabrzeżu przy którym jest deptak i nowo postawione koło młyńskie. Jesteśmy w pępku miasta. Po obiedzie Marcin z rodzinką nas opuszcza dołącza za to żona Michała. Do 4 w nocy miasto nie śpi a my razem z nim. Jest fajnie.
Rano pobudka i wracamy do Błotnika. Spóźniamy się na otwarcie mostu o 14 więc musimy przeczekać w pobliskim porcie kolejne 3 godzinki. Zatrzymujemy się więc na obiad, zostawiamy dziewuchę, która myślała, że jest na rejsie „all inclusive”, kąpiemy się i spokojnie pod wieczór dopływamy do macierzystego portu.
Jeszcze tylko 200 km do Rybna, Fafik kolejne 200 do Warszawy i możemy iść spać.
Do następnego razu
Ahoj !

muki


Więcej zdjęć tutaj



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz