czwartek, 20 listopada 2014


VASS Deja vu 2014



Poszukiwania wietrznego miejsca do spędzenia wakacji rozpoczęliśmy już w zimę. Stanęło na Naxos. Zarezerwowaliśmy kwatery i wystarczyło czekać do czerwca. Jednak z czasem wszyscy odpadli i na placu boju zostaliśmy sami. Do Naxos kawał drogi więc jednym samochodem trochę duże ryzyko więc i my zrezygnowaliśmy.
Ostatecznie przełożyliśmy wakacje na wrzesień – wtedy była szansa, że dołączą do nas Choszczaki.


Ostateczny termin to przełom sierpnia i września i Vassiliki.
Zarezerwowaliśmy kwatery i czekaliśmy na wyjazd.


W tym roku trasę rozłożyliśmy na dwa skoki z jednym noclegiem w Niszu (jakieś 100km na południe od Belgradu). Tym sposobem większość trasy zrobiliśmy pierwszego dnia i drugiego zostało nam tylko ok 700 km do celu. Opcja dobra, ale bez wprawy i przyzwyczajenia dzieci do dłuższych podróży może być męcząca.


Ostatecznie w Vass wylądowaliśmy wieczorkiem ok godziny 23. I tu niemiłe zaskoczenie bo okazuje się, że pokoje które mieliśmy zarezerwowane są zajęte. I my mamy iść spać do pensjonatu obok (przez drogę) a Choszcze jedną noc mają spędzić w pakamerze bo ich pokój będzie dostępny od jutra. Oj byliśmy źli, a Grecy jak to Grecy udawali idiotów bo przecież nic się nie stało.


Na szczęście pokój w pensjonacie obok był przyzwoity tyle, że było po prostu odrobinę mniej wygodnie bo musieliśmy przejść przez drogę idąc na plażę. Po tygodniu przenieśliśmy się już ostatecznie do pokojów z widokiem na plażę.

Od początku wiało codziennie na 4-5 metrowe żagle według standardu czyli w okolicach godziny15- 16 czas na wodę i pływanie do zachodu słońca.



Czas leciał sielsko i powoli. Jednego dnia wynajęliśmy łódź motorową w Nidri i sami opłynęliśmy pobliskie wysepki. Dopłynęliśmy aż do jaskiń (do których można wpłynąć łodzią), ponurkowaliśmy, wykąpaliśmy się na rajskiej plaży i wykończeni wróciliśmy do Vass.
Czas upływał podobnie jak dwa lata temu. Rano, albo opalanie, wycieczka, zwiedzanie a popołudniu pływanie.
3 dni przed naszym wyjazdem nadciągnęły chmury i zaczęło padać. Lało momentami całkiem nieźle ale ciągle było ciepło. Jednego dnia pojawił się na około godzinę baryczny wiatr do brzegu.
Niestety był za słaby, żeby spróbować odpalić sprzęt (pojawił się tylko jeden kajt), ale zrobiły się około metrowe fale i wszyscy wylegli ze skimami a deski windsurfingowe robiły za surfingowe :)
Fale dały się nam pobawić przez około 2 godziny. Po tej „anomalii” wsiedliśmy w samochody i pojechaliśmy do Lefkady a po drodze znaleźliśmy plaże na której był niezły swell i Włoch ujeżdżający fale na surfie. A więc da się :)



Jak były chmury to oczywiście nie wiało co jak się okazało było dla mnie nawet korzystne. Przez poprzednie dni katując vulcany i pochodne strasznie ponaciągałem sobie nadgarstki i potrzebny był mi jakiś odpoczynek. Niestety jak wiało to nie potrafiłem sobie darować więc z każdym dniem stan moich nadgarstków był gorszy. Wiec brak wiatru pierwszy raz przyjąłem jako coś pozytywnego ;)

Powrót to znowu jeden nocleg po drodze, tym razem zaraz za granicą Serbsko-Węgierską w ośrodku z kompleksem basenów i wód termalnych. Zdążyliśmy się jeszcze załapać na sesyjkę w basenach i następnego dnia wieczorem byliśmy w domach.

Teraz czas myśleć o kolejnym wietrznym wyjeździe.


muki

Więcej zdjęć tutaj


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz